8.5.09

Z opasłych, pokrytych kurzem tomisk, jakie lubię najbardziej

AUDIO


Gaude mater Polonia
O ciesz się, Matko-Polsko


Gaude, mater Polonia, O ciesz się, Matko-Polsko,
prole fecunda nobili. w sławne potomstwo płodna!
Summi Regis magnalia Króla królów i najwyższego Pana wielkość
laude frequenta vigili. Uwielbiaj chwałą przynależną.
Cuius benigna gratia Albowiem z Jego łaskawości
Stanislai Pontificis Biskupa Stanisława męki
passionis insignia Niezmierne, jakie on wycierpiał,
signis fulgent mirificis. Jaśnieją cudownymi znaki.
Hic certans pro iustitia, Potykał się za sprawiedliwość,
Regis non cedit furiae: Przed gniewem króla nie ustąpił:
Stat pro plebis iniuria I staje żołnierz Chrystusowy
Christi miles in acie. Za krzywdę ludu sam do walki.
Tyranni truculentiam, Ponieważ stale wypominał
Qui dum constanter arguit, On okrucieństwo tyranowi,
Martyrii victoriam Koronę zdobył męczennika,
Membratim caesus meruit. Padł posiekany na kawałki.
Novum pandit miraculum Niebiosa nowy cud zdziałały,
Splendor in sancto ceritus, Bo mocą swą Niebieski Lekarz
Redintegrat corpusculum Poćwiartowane jego ciało
Sparsum caelestis medicus. Przedziwne znowu w jedno złączył.
Sic Stanislaus pontifex Tak to Stanisław biskup przeszedł
Transit ad caeli curiam, W przybytki Króla niebieskiego,
Ut apud Deum opifex Aby u Boga Stworzyciela
Nobis imploret veniam. Nam wyjednać przebaczenie.
Poscentes eius merita, Gdy kto dla zasług jego prosi,
Salutis dona referunt: Wnet otrzymuje zbawcze dary:
Morte praeventi subita Ci, co pomarli nagłą śmiercią,
Ad vitae potum redeunt. Do życia znowu powracają.
Cuius ad tactum anuli Choroby wszelkie pod dotknięciem
Morbi fugantur turgidi: Pierścienia jego uciekają,
Ad locum sancti tumuli Przy jego świętym grobie zdrowie
Multi curantur languidi. Niemocnych wielu odzyskuje.
Surdis auditus redditur, Słuch głuchym bywa przywrócony
Claudis gressus officum, A chromy kroki stawia raźno,
Mutorum lingua solvitur Niemowom język się rozwiązał,
Et fugatur daemonium. W popłochu szatan precz ucieka.
Ergo, felix Cracovia, A przeto szczęsny ty, Krakowie,
Sacro dotata corpore Uposażony świętym ciałem,
Deum, qui fecit omnia, Błogosław po wsze czasy Boga,
Benedic omni tempore. Który z niczego wszystko stworzył.
Sit Trinitati gloria, Niech Trójcy Przenajświętszej zabrzmi
Laus, honor, iubilatio: Cześć, chwała, sława, uwielbienie,
De Martyris victoria A nam tryumfy męczennika
Sit nobis exsultatio. Niech wyjednają radość wieczną.
Amen Amen

Tekst oryginalny- Wincenty z Kielczy

Przekład polski - częściowo w wersji L. Staffa

Tekst "Gaude Mater" (zdjęcie ze strony www.staropolska.pl)



Nie byłabym sobą, gdybym folgując swojemu zamiłowaniu do starożytnych języków, nie zamieściła dziś tu tej pieśni. Pieśń to zapewne niezwykła. Mnie zawsze kojarząca się z początkiem roku akademickiego, kiedy to z ulgą a bywa że i niepokojem, bo różne były w życiu losy mojej wiary, niewiary, ateizmu itd odkrywałam, że nikt z mających coś do powiedzenia nie wstydził się u murach naszej alma mater słowa "amen". Że rozum nie wyklucza wiary. Że wiara nie jest nieracjonalna. Że może ale nie musi być małostkowa i śmieszna. Bo wszystko zależy od tego, jak się wierzy. Ale ta pieśń na w sobie coś jeszcze bardziej niezwykłego. Swego bohatera. A zarazem bohatera dnia dzisiejszego. Imię znane, oklepane osobiście go nie lubię. Ale postać jakże wielką. Święty Stanisław. Nie lubię też słodkich obrazków z aureolami, oczami mistycznie utkwionymi w niebo. Lubię tych samych ludzi widzieć inaczej. Bo przecież mistycyzm jest w codzienności. bez niej jest tylko eteryczny i nic niewart. Lubię ludzi widzieć konkretnie, jak tych, co chodzili po ziemi. Takich z krwi i kości. Dlatego zwykle zamieszczam kadry, wolę zdjęcia niż święte obrazki. Stanisław to postać tak odległa, że zdjęć brak. Ale został obraz inny. Literacki. I ten wolę.

I oto gdy święty biskup sprawował służbę Bożą w kościele Św. Michała na Skałce i błagał świętych o opiekę, on przed ołtarzem, wśród świętych obrzędów, nie bacząc na dostojeństwo stanu, miejsca ani chwili, nie lękając się świętych ani obecności Boskiego majestatu, kazał porwać biskupa i odciągnąć od ołtarza. Ale ilekroć okrutni pachołkowie próbowali rzucić się na niego, tyle razy padali, tyle razy powalała ich skrucha; a za trzecim razem upadłszy na ziemię zupełnie złagodnieli. A ów tyran stojąc przed drzwiami kościoła łaje ich obelżywie wołając: "O wy tchórze wyrodni, nie potraficie porwać jednego kapłana?" Następnie rzucił się do ołtarza i jak Idumejczyk Doeg3 podniósłszy zbrodniczą rękę na pomazańca Bożego, oderwał oblubieńca od łona oblubienicy, pasterza od trzody, zabił ojca w uścisku córki, a syna niemal we wnętrznościach matki. Cóż to za żałosne, co za przeżałobne widowisko! Okrutnie mieczem powalił bezbożnik świętego, zbrodniarz pobożnego, świętokradca biskupa, a zadawszy mu okropne rany i miecz już krwią zbroczywszy uczynił go ofiarą godną Boga. Tak sprawiedliwy ginie z rąk bezbożnika, tak dobry pasterz oddaje życie za trzodę swoją, tak ziarno zboża rzucone w ziemię wzrasta w bujny kłos i po odrzuceniu słomy dostaje się do spichlerza Pańskiego z obfitym plonem; tak żołnierz Chrystusa, tak zapaśnik Pański walczy za sprawiedliwość, zaiste jak Naboth4 umiera na swej roli, aby winnica nie stała się ogrodem warzywnym. Woła do nieba głos krwi wylanej, ziemia wilgotna od krwawej rosy nie milczy, a sam miecz zabójcy zbroczony krwią męczennika domaga się pomsty na sprawcy dokonanej zbrodni. Tak okrutnik zbrodniczymi rękami zabija niewinnego, czyniąc go pełnym chwały męczennikiem, i rozdarłszy go na kawałki, poszczególne członki jeszcze sieka i rozrzuca na wszystkie strony świata dzikim zwierzętom i ptakom niebieskim, jakby poszczególnym cząstkom członków należało wymierzyć karę i jakby sądził, że w ten sposób pamięć jego imienia usunie ze świata. O miły, o słodki wyroku Boży, pełen wszelakiej słodyczy: oto Bolesław, ów pyszny zabójca pokornego biskupa, sporządził jakby kosztowny diadem i królewską purpurę dla tegoż św. Stanisława, którego zabił okrutnymi rękami, aby on mógł wejść do pałacu Króla wieczności.
(Wincenty z Kielczy)




Rękopis strony z Kroniki Polskiej Galla Anonima, jedynego współczesnego Stanisławowi źródła historycznego, z którego dowiadujemy się o śmierci świętego, zdjęcie ze strony www.giecz.pl

Tu z kolei fragment Kadłubkowej kroniki z komentarzem ks Bolesława Przybyszewskiego

Z problematyki badań nad sprawą św. Stanisława Mistrz Wincenty Kadłubek zapisał w II księdze swej Kroniki rzekomo wygłoszony przez Bolesława Śmiałego w momencie gdy ten po opuszczeniu Polski przybył na ziemię węgierską. W monologu tym rzuca wiele oskarżeń pod adresem św. Stanisława. Zastanawiają one od dawna historyków tej epoki, toteż niektórzy usiłują nawet wyciągnąć z treści monologu ujemne wnioski tak w odniesieniu do osoby Stanisława, jak i jego działalności w Krakowie. Monolog ów został napisany przez Kadłubka, pod koniec XII stulecia , a więc po upływie całego wieku od śmierci Bolesława Śmiałego. Trudno zatem przypuścić, by ktoś wówczas jeszcze pamiętał treść wypowiedzi króla, do tego tak specyficznej wygłoszonej daleko od ziemi ojczystej. Należy więc uznać monolog za literacką fikcję, włączoną do tekstu z powodów wiadomych autorowi Kroniki. Dla jasności dalszego wykładu przytaczam odnośny fragment w przekładzie polskim.


Ówże (to jest Bolesław Śmiały przyjęty na Węgrzech przez św. Władysława zaś spryciarz tak dalece zrzucił z siebie podejrzenie świętokradztwa, że nie tylko nie uważali go za świętokradcę, lecz [widzieli w nim] najczcigodniejszego mściciela świętokradztw. Albowiem to, że w wolności urodzone niewiasty wydane zostały niewolnikom na rozpustę, że świętość małżeńskiego związku tak haniebnie zastała skalana, że zgraja niewolników sprzysięgła się przeciw panom, że tyle głów na śmierć wystawiono, że wreszcie spiskowaniem królowi gotowano zagładę - to wszystko zrzucił na św. Biskupa. Twierdzi, że w nim jest początek zdrady, korzeń wszelkiego zła; to wszystko, mówi, wypłynęło z tego zgubnego źródła. Podwójnie bezecny jest ten, który odebrawszy komuś życie, lecz nie mogąc odebrać mu sławy, usiłuje ją obrzucić i słowami prześladuje tego, który nie może prześladować. Opojem go nazywa nie biskupem, piekarzem nie pasterzem. Był, mówi, ciemięzcą od ciemiężenia nie arcykapłanem, zbieraczem bogactw a nie biskupem, szpiegiem a nie stróżem, i, na co ze wstydu rumienić się trzeba, że z badacza spraw świętych stał się badaczem nerek. I dlatego popuszczał cugli lubieżności innych, ponieważ gdzie są wspólnicy tej samej zbrodni, tam brak oskarżyciela. I cóż więcej? Całe jego zachowanie było karą dla wszystkich. Czegóż więc - rzecze - dopuszczano się, gdy usunięto zakałę królestwa, potwora ojczyzny, zgorszenie dla religii; gdy w rzeczpospolitej zgaszono publiczny pożar? Chociaż te kłamstwa w pojęciu ludzi nieświadomych przyniosły męczennikowi pewną ujmę, jednak nie mogły pozbawić go powagi świętości. Za chmurą bowiem często kryje się słońce, lecz nigdy za chmurą nie gaśnie. Wkrótce potem Bolesław dotknięty niezwykłą chorobą zadał sobie śmierć.
Zanim wszakże rozpatrzymy ten syllabus fictorum criminum św. Stanisława, z tak pozorną starannością zanotowany przez Kadłubka, przyjrzyjmy się najpierw, jak w ciągu tych stu lat, które upłynęły od śmierci Biskupa krakowskiego do czasu wygłoszenia oskarżycielskiej mowy przez pisarza z końca XII wieku, rozwijała się w Krakowie autentyczna, miejscowa tradycja o św. Biskupie, który zginął w r. 1079.

Pewnie że i stylizacji nie brak. Taka konwencja, czas, epoka. Ale za tym w wyobraźni wyłonić się może żywy konkretny człowiek. Heros, jakich dziś nie ma? Być może. Heros jakich nie potrzeba? Wątpię.

Tak postać Stanisława na podstawie Gallowej Kroniki widział Jan Matejko




Ile trzeba mieć odwagi by nazwać zło złem! By nazwać homoseksualizm chorobą, a nie normą. In vitro kradzieżą praw Boga, a nie prawem do dziecka. Ile odwagi trzeba mieć, wiedząc, że za to nie zostanie się miss USA. Albo kimś godnym poszanowania, autorytetem.


Ale były współcześnie i postacie do złudzenia przypominające świętego sprzed wieków. Abp Salwadoru Oskar Romero. 1980 rok. Śmierć u stóp ołtarza.

Jak wielka musiała być miłość arcybiskupa Salwadoru do swojego umiłowanego i cierpiącego ludu, skoro oddał swoje życie, „aby oni życie mieli i obficie mieli”. Kim był i co robił, że zastrzelono go odprawiającego Najświętszą Ofiarę? Więcej TUTAJ


Tak wiele się przez wieki zmieniło? A może nie zmieniło się nic?
Zabijano proroków Izraela. Zabito Jana Chrzciciela, zabito jego Boskiego Kuzyna, Tego, Który denerwował najbardziej. Zabito Szczepana, Piotra, Pawła, Stanisława, Romero, brata Rogera, dziś zabito kolejnych chrześcijan w Chinach, Indiach, Iraku. Bo nei chcieli zdjąć krzyżyka. I tylu, tylu zabito. Jeden z zabitych wstał z martwych. I tylko dlatego śmierć innych ma sens.
Zabito...
A nas co najwyżej wyśmieją.

By niemożliwe stało się możliwym

Ostatnio, zupełnie mimo woli, na skutek wszakże pewnych dobrowolnych wydarzeń, no, powiedzmy dobrowolnie zaaranżowanych, znalazłam się w sytuacji, w której - chcąc nie chcąc - musiałam zapytać siebie, co w gruncie rzeczy jest w chrześcijaństwie najtrudniejsze.
Ano, różnie mówią - że miłość nieprzyjaciół, że słuchanie papieża, że spowiedź, że etyka seksualna, że jeszcze coś tam.
Każdy ma chyba jakąś tam swoją poprzeczkę, której przeskoczyć nie umie. Zmienić jej pozycji na niższą - też nie bardzo, bo toż to już przecież absolutnie nie byłoby chrześcijaństwo. Skoro miejsce poprzeczki w samej Ewangelii określone...

Odpowiedź na pytanie postawione sobie na początku zacznę... od końca. Kocham podróże. To moja pasja, nie, więcej, to mój drugi dom, moim drugim domem jest... wiatr, co gna mnie z jakimś nienasyceniem po świecie i wciąż wszystko każe schodzić na własnych nogach.
W podróży włącza mi się inny, kompletnie inny bieg. Zachwytu, oszołomienia, fascynacji. Bycia na chwilę kimś innym - bo w innym miejscu.
Nagle ta fascynacja powoduje, że i Bóg staje się kimś innym. Fascynującym, dalekim jak obce miejsca. No i On pewnie takim jest.





Ale przestaje być... codzienny, a moje myślenie o Nim w otoczeniu codziennych przedmiotów, na wyjeździe dającym upust tej fascynacji jest zgoła inne.
I wtedy jakoś fascynacja światem przeradza się w fascynację ... sobą i SWOIM poznawaniem tego świata.
I To jest chyba najtrudniejsze. To przerodzenie w fascynację sobą.
To, że "Nie możecie dwom panom służyć". A tak by się chciało....
Bo przecież to bez mała niemożliwe, słuzyć tylko jednemu i na jedną kartę wszystko postawić.
A może......

3.5.09

Po co?

Maryja Dziewica, kadr z filmu "Narodzenie"


Dziś też Maryi Królowej Polski, a ja tak myślę - warto zamieścić refleksję, na którą być może po latach uśmiechnę się z niedowierzaniem, jak to się człowiek zmienia. Jak to mnie się zmienia to i owo w głowie, w podejściu, w uzasadnieniach.
Maryja Dziewica, kadr z filmu "Jezus z Nazaretu" , 1977

Zawsze irytowała mnie tzw. pobożność maryjna.
No bo jeszcze rozumiem - prosić świętych o wstawiennictwo, tak jak się czasem na ziemi przyjaciół prosi - słuchaj, módl się o to czy tamto za mnie. Wiadomo, we dwóch zawsze raźniej, wiara jednego wspomoże wiarę drugiego.
Ale żeby wszystko odnosić do Maryi, żeby się bez niej obyć nie można było? Żeby nawet papież mówił "Totus Tuus" jej? Po co? Na co? No! Po co?
Latami nie mogłam sobie tego poukładać, mogłam sobie podziwiać Maryję jako wzorzec takich czy innych cech kobiecych, ale żeby ją o wstawiennictwo prosić... No, zdarzało się czasem, w sytuacjach podbramkowych, wiedziałam i doświadczałam, że ona jest po prostu skuteczna, że ma tam chody. Ale tak jakoś...

Maryja Dziewica, Kadr z filmu "Jezus z Nazaretu" , 1977

Dopiero przekonał mnie o sensowności jej wstawiennictwa pewien gdzieś przeczytany tekst, który, jak się dziś dowiedziałam, okazał się być fragmentem książki Ludwika Marii Grignon de Montfort:
Poświęcić się w ten sposób Jezusowi przez Maryję – znaczy złożyć w Jej ręce nasze dobre uczynki, które choć wydają się dobre, są często splamione i niegodne spojrzenia i przyjęcia przez Boga, przed którym nawet gwiazdy nie są czyste. Prośmy te dobra Matkę i Mistrzynię, by przyjąwszy nasz skromny dar, oczyściła go i uświęciła, podniosła i ozdobiła w taki sposób, by stał się godny Boga. Wszystkie osiągnięcia naszej duszy mniej znaczą przed Bogiem, ojcem Rodziny, dla zdobycia Jego przyjaźni i łaski, aniżeli znaczyłoby przed królem robaczywe jabłko biednego wieśniaka – dzierżawcy, który chciałby nim przed królewskim Majestatem wypłacić się z winnej dzierżawy. Cóż by czynił ten biedny człowiek, gdyby był mądry, a miałby poparcie królowej? Przyjazna biednemu wieśniakowi i ciesząca się poważaniem króla, czyż nie usunie z owego jabłka to, co w nim robaczywe i zepsute, i nie położy go na złotej misie przybranej kwiatami? A król, czy odmówi przyjęcia daru i to nawet z radością, z rąk królowej, przyjaznej owemu wieśniakowi?

No i przyznam szczerze - to mnie przekonało o sensowności nie jej modlitwy ( bo co do tego wątpliwości nie miałam), ale jej pośrednictwa. No bo faktycznie. Jak człowiekowi głupio podejść do króla, to może łatwiej będzie pogadać najpierw z jego żoną?
Wraz z tym fragmentem Maryja przestała mi się wreszcie wydawać jakaś taka nienaturalna, papierowa, przestałam mieć potrzebę pytania "po co?"
Dalej jakoś w osobistą relację z nią wejść nie umiem, chyba się trochę boję, że przysłoniłaby mi Boga (choć to pewnie bzdurna obawa, bo już ona by mnie dobrze pilnowała zapewne, by mi się hierarchia nie poprzestawiała), dalej za różańcem nie przepadam, za to wolę Litanię loretańską (może taka moja uroda, a może raczej do różańca po prostu jeszcze nie dorosłam i wciąż przez lata dorosnąć nie mogę, bo czego jak czego, ale modlitwy kontemplacyjnej czy medytacyjnej to ja tam za nic na świecie, mimo najszczerszych chęci i wyczytanych tyle razy u Jana Pawła II sugestii, dostrzec nie potrafię. Dalej takie jakieś koślawe to wszystko u mnie, no ale przynajmniej co nieco mi ten Montfort poukładał. Jak dziś odkryłam, że to właśnie Montfort jest autorem tego fragmentu o jabłku, postanowiłam poczytać całą jego książkę. Może co ciekawego jeszcze tam wyczytam?
Tymczasem na koniec refleksja osobista - odkryłam z radością, że im dłużej jestem matką, tym częściej o niej myślę. I właśnie taką Maryję lubię, takiej potrzebuję czasem. Takiej, jak żyła w Nazarecie, zdjętej z piedestału. Myślę o niej wtedy, gdy moje dziecko drze się do nieprzytomności z powodu wychodzących zębów na przykład. Patrzę na postawioną w dziecięcym pokoju ikonę Maryi z Dzieciątkiem, prezent ślubny zresztą, patrzę, by złapać oddech i nie oszaleć ze zdenerwowania, niewyspania i czego tam jeszcze. I Tak sobie myślę - ciekawe, co wtedy ona robiła, gdy mały mokry, głodny czy ząbkujący Jezus darł się po całych nocach? I taką ją lubię. chodzącą po ziemi.

Maryja Dziewica w sytuacji rodzinnej, kadr z filmu "Narodzenie"

Aż dziw bierze, że z takiego chodzenia po ziemi stała się... Królową. Aż wierzyć się w to nie da. Że tędy właśnie wiodła ta droga, przez codzienność.
Tak mało wiary jeszcze, tak mało...

Pasterz niesielski

Dziś Niedziela Dobrego Pasterza.
A ja prosto z mostu zacznę - nie przepadam za takimi obrazkami. Jakoś się do nich przyzwyczaiłam. Miłe, sielskie, ciepłe. Może zbyt mi się opatrzyły, nie wiem. Dość stwierdzić, że Jezus na nich jest taki miły, kochany i... nie szokuje. Nie szarpie. Po prostu jest.
Żeby ta owieczka była chociaż brudna, poraniona, taka co to widać, że ją Pasterz świeżo z jakichś chaszczy wyrwał. Ale nie. Po prostu jest, może głupiutka, taka co to nie wie, gdzie ścieżka, a gdzie dróżka.




Szukając w necie innych - przemawiających do mnie pasterskich obrazków, znalazłam takie.


Poruszają mnie, bo to, o co w nich chodzi, to.. relacja. Jak patrzę na to, to jakby wszystko w nich mówi: "Hej, Aga, przestań się wygłupiać, naprawdę zależy mi na tobie. Słyszysz? Naprawdę".
To dotyka, łapie za serce, tak jakoś... Trudno to opisać.
Ale jest jeszcze coś. Są obrazy - słowne i wizualne, te dużo mocniejsze. Gdzie pasterz szokuje. I chyba dobrze, bo przecież On taki jest - wciąż szokujący - kochać tych, co nienawidzą, jeść Ciało, pić Krew...
Pierwszy szokujący obraz usłyszałam w okolicach tegorocznych świąt Wielkiej Nocy. To było jakieś radiowe streszczenie fragmentu książki czy opis dzieła plastycznego czy zwykła wizualizacja - nie wiem. Ale zapamiętałam to chyba już do końca życia. Ten słowny obraz. Spróbuję go tu odtworzyć:

Zielona trawa. Polana, głębiej las. Stado owieczek chodzących każda w swoją stronę. Jedne bliżej lasu, inne dalej od niego, Jedne kuśtykające, inne poranione, jeszcze inne brudne, kolejne - całkiem czyste, radosne.
Pod lasem w oddali wilk.
Na pierwszym planie pasterz.
Leży.
Jest pokrwawiony.
Jest martwy.

Pasterz jest martwy, wilk odszedł.

Podobnie szokuje, porusza mnie ten obraz

Christoph Weigel, Biblia w obrazach, 1695

Pasterz w akcji. To już nie przelewki.

O. Augustyn Pelanowski tak dziś pisze:

Pasterz, do którego porównuje się Jezus, nie jest bosym pastuszkiem, beztrosko przygrywającym swej trzodzie kojące nuty, ale jest kimś, kto oddaje życie za owce. Który pasterz z karpackich wzgórz oddałby życie za stado owiec? Zbawić, to uratować komuś życie, poświęcając własne. Chrystus ODDAŁ swoje życie, a nie UMARŁ. Umrzeć to jedynie być pozbawionym życia własnego i nikomu przez to nie uratować życia. Oddać życie można tylko za kogoś. Bóg przede wszystkim jest życiem wiecznym, a dzieląc się życiem, konsekwentnie dopuścił nas do wieczności. Dosłownie napisano, że Jezus KŁADZIE albo UMIESZCZA swoje życie za znane Mu osoby.


A tak by się chciało wciąż pozostawać w takiej błogości jak owcze niemowlę mniejsze od dłoni pasterza. I nie wiedzieć, że pasterz ginie. Nie wiedzieć. Bo jak się wie, to to przecież zobowiązuje.

Obuchem go, obuchem!

Ostatnio znów zetknęłam się z jakże znanym, ba, bywa że oklepanym a zarazem niezwykle bogatym treściowo tekstem z Dziejów Apostolskich.
Kawał faceta. Młody zapaleniec, by nie powiedzieć pasjonat. I to zarówno w znaczeniu nowym, jak i tym dawnym uświęconym tradycją łacińską i przekazem wieków. Słowem - połączenie furiata z kimś niezłomnie przekonanym o swojej racji. O słuszności swych działań w obronie dobra.
Nie. Nie Paweł. Szaweł. Paweł to przecież ktoś zupełnie inny.


Dzieje Apostolskie,rękopis, Kodeks Aleksandryjski, V w. po Chrystusie


Robię, co w mojej mocy by bronić dobra przed jakąś dziwną sektą tego Nazarejczyka (jakby co dobrego z Nazaretu mogło być, ech!),co to różne rzeczy o Nim mówią. Że niby zmartwychwstał, a nie wiadomo, czy go nie ukradli z grobu. Że niby ma być królem Izraela. No - to jeszcze można zrozumieć jako jakieś mrzonki, fanaberie, marzenia ludu. Ale żeby uznał się za równego Bogu który mówi że sam jest jeden!? Nie no to już jest przegięcie. Bluźnierstwo. A potem wychodzi taki jeden z drugim. Jeden Szymon zdaje się, nie wiadomo czemu z imieniem nagle zmienionym na Kefas, Petrus czy jakoś tak - ach ci galilejscy rybacy! zwiedziona niewykształcona biedota z manią wielkości...Takich do zawsze da się otumanić. Wychodzi taki z drugim, co to niby jakiegoś Ducha miał otrzymać. Szczepan czy jak mu tam. I gadają. Że to niby nasza wina. Że tego, kogo my zgodnie z prawem skazaliśmy na śmierć, wskrzesił Bóg. Jakby Najwyższy miał przeczyć swemu prawu własnemu, że za bluźnierstwo należy się śmierć. Mało tego! Udają głuchych,jak im się mówi że mają przestać opowiadać te bzdury.Albo mają nasze nakazy w nosie. Z więzienia uciekają szaleńcy -trzy tysiące ludzi za jednym zamachem nabrali. Jak oni to zrobili?
No, coś trzeba z tym robić. Jest ich coraz więcej i więcej! I nie rozumiem jednego. Mój nauczyciel Gamaliel mówi, by to zostawić własnemu biegowi. Że jeśli to ludzkie bzdury, to same przejdą, miną. Ale jeśli od Boga, lepiej nie walczyć. Bo się okaże, że to walka z Bogiem.
Nie poznaję swojego rabbiego. Starszy człowiek, zapał już nie ten, pewnie mu sił brakuje i tak się pokojowo nastawia. Ale jak on, tak światły człowiek, może przypuszczać, że to jest od Boga? Nie pojmuję.

A potem Szaweł dostał w łeb. Nie jadł. Nie pił. Siedział w ciemności z niewidzącymi oczyma. Gdzie utkwionymi? O czym myślał ten gigant zapału? Bo przecież zapaleńcem nigdy być nie przestał, tylko obiekt zmienił. Co się w nim działo? O czym można myśleć przez kilka dni? Tekst jest krótki, oszczędny. I to w nim piękne. Celowe. Trafione. Bo bije po oczach. Po głowie. Krótkie celne zdania. Studnia treści.




Szaweł ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich. Udał się do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jerozolimy mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» «Kto jesteś, Panie?» - powiedział. A On: «Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić».
Ludzie, którzy mu towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. Szaweł podniósł się z ziemi, a kiedy otworzył oczy, nic nie widział. Wprowadzili go więc do Damaszku, trzymając za ręce. Przez trzy dni nic nie widział i ani nie jadł, ani nie pił.
(Dz 9,1-9)


Analizy i interpretacje tego tekstu i zdarzenia podkreślają niesamowitość transformacji Szawła. Jej nadprzyrodzoność. Ale mnie zastanawia coś jeszcze. Coś, co w tym tekście jest zagadką dla mnie niesamowitą. Bo oto mamy postać Szawła, a zaraz obok Ananiasza. Do pierwszego Pan podszedł z grubej rury. Przyszły Paweł dowiedział się tylko, że Jezus jest żyje czuje. Odczuwa bycie prześladowanym. Tyle wiemy z Dziejów. Reszta to tajemnica.



Szaweł nie wie, czego od niego chce ów Jezus. Nie wiemy nawet, czy i jak zdobył otwartość na Niego w czasie tych trzech dni ciemności i milczenia. Ananiasz słyszy:
«Ananiaszu!» - przemówił do niego Pan w widzeniu. A on odrzekł: «Jestem, Panie!» A Pan do niego: «Idź na ulicę Prostą i zapytaj w domu Judy o Szawła z Tarsu, bo właśnie się modli». (I ujrzał w widzeniu, jak człowiek imieniem Ananiasz wszedł i położył na nim ręce, aby przejrzał). «Panie - odpowiedział Ananiasz - słyszałem z wielu stron, jak dużo złego wyrządził ten człowiek świętym Twoim w Jerozolimie. I ma on także władzę od arcykapłanów więzić tutaj wszystkich, którzy wzywają Twego imienia». «Idź - odpowiedział mu Pan - bo wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela. I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia».
Wtedy Ananiasz poszedł. Wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: «Szawle, bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym». Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. A gdy go nakarmiono, odzyskał siły.(Dz 9,10-19)




Wydawałoby się dużo konkretniejsze wezwanie. Też jest wołany po imieniu. Ale inaczej niż Szaweł. Wołany po prostu. Jakby Jezus czekał na to, czy Ananiasz będzie otwarty... Ananiasza Jezus woła i czeka. Pawła pyta, lecz nie otrzymuje odpowiedzi. Co więcej, w zamian sam Bóg dostaje pytanie:A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» «Kto jesteś, Panie?» - powiedział.
Jakby Szaweł chciał powiedzieć: "Ale zaraz, zaraz, kto mówi. Z byle kim nie gadam." Wtedy zostaje porażony. Informacja go powaliła.

Ileż my dziś mamy powalających informacji! Ale ta powala najbardziej. Bo jest Osobą.


Figura św. Pawła, w tle figura Chrystusa, Plac św. Piotra, Rzym

Z Ananiaszem będącym już po stronie Jezusa jest inaczej. On wie, Kto go woła. Jest otwarty. Boi się jednak tego, co ma zrobić. Ale nie boi się mówić o tym. Zastanawia mnie, że Szawła Jezus nie pyta o otwartość. Wchodzi w jego życie z butami. Jakby nie dawał mu wyboru.

Wybrał Szawła, ale czy pozwolił Szawłowi wybrać siebie? Nie mamy ani słowa o wątpliwościach tego młodzika, tego złamanego wpół chojraka. Ananiasz swoje wątpliwości przedstawia. Bóg go przekonuje, a on decyduje się Boga posłuchać.. A Szaweł czy był zmuszony? Powalony na ziemię, niewidomy. Z wrażenia a może po to, by za swe błędy pokutować, pozostający o głodzie. Wygląda jakby nie miał wyboru. Jakby musiał się za Jezusem opowiedzieć. Ale wcale nie. Nie usłyszał przecież: "Jak opowiesz się po Mojej stronie, to odzyskasz wzrok." Doszło tymczasem jego uszu takie oto zdanie, brzmiące jak rozkaz, których pewnie Szaweł nie lubił, bo - zdaje się- sam rozkazywał nader często, a kto ma władze, ten innej władzy nad sobą nie znosi: "Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić".
Mógł nie iść. Popaść w rozpacz. Uznać, że coś mu się przywidziało od zmęczenia upałem na drodze do Damaszku. Mógł siedzieć do końca i płakać nad swoją ślepotą. Mieć pretensje do siebie, Boga, świata. Mógł. Ale serce mu nie pozwoliło.

Mógł, ale wtedy nigdy by się nie dowiedział, co wymyślił dla niego Jezus.




I nigdy w życiu świat nie ujrzałby tego:

1.5.09

Na wzgórzu - na rozstaju dróg

A oto i obiecane urealnienie:

Cieśla Josef ben Jaakow, obudziwszy się wczesnym rankiem, z trudem wstał z trzcinowej maty, przeciągnął się, i potykając się o narzędzia ciesielskie rozrzucone po ziemi wyszedł przed dom(...) gdyż pragnął nie tylko pozbyć się resztek sennego bezwładu, którym wypełnione było jego ciało, lecz także nasycić oczy widokiem wiosennego krajobrazu, stanowiącego żywe przeciwieństwo smutnego i szarego wnętrza jego lepianki, stojącej na samotnym wzgórzu (...)
Widok był wprawdzie godny zachwytu, niezależnie jednak od swojego uroku posiadał przede wszystkim jedna wartość, bezcenną dla cieśli, a mianowicie był godną oprawą małego domku wykutego w skale, tam, na samym dnie doliny, - właśnie wzrok utkwił w tym miejscu - gdzie mieszkała z rodzicami jego mała Miriam, której piękność porównywał często do owych winnic, cyprysów i oliwek, chociaż wiedział w głębi serca - i to jest ów niezbadany paradoks wszystkich porównań - że jego Miriam jest piękniejsza od najpiękniejszych winnic, cyprysów i gajów oliwnych. (...)
Odszukał wzrokiem wykuty w skale dom małej Miriam i głęboko się wzruszył, albowiem pomyślał, ze już wkrótce wśród weselnych śpiewów wprowadzi ja do swojego domu, a Niewidzialny - błogosławione niech będzie Jego Imię - poruszy łono jego żony, z której przyjdzie na świat jego syn, a syn ten powoła do życia swoich synów, a ci znowu spłodzą synów swoich, i tak jak on dzisiaj, tak jego syn i synowie jego syna i synowie ich synów po najdalsze pokolenia żyć będą na tym wzgórzu i w porannej ciszy błogosławić będą Pana Cebaoth.
I Josef ben Jaakow, dając upust swej wyobraźni, wielkiej radości i uniesieniu ducha zastanawiał się, jakie imię nada swojemu pierworodnemu, albowiem wiedział, ze imię jest niepodzielną częścią człowieka i kształtuje według swojego znaczenia jego życie i los, ale niestety, mimo pobożnego zapału nie umiał wymyślić imienia wyrażającego doskonałą pełnię tych zalet, którymi powinien błyszczeć jego syn.
Roman Brandstaetter: Jezus z Nazarethu (fragmenty)

darmowy hosting obrazków
Kadr z filmu "Narodzenie"

A niemal chwilę potem okazało się, że jego wybrana jest w ciąży. I to nie z nim. A Dziecko ma już nawet Imię...
I wtedy poplątane, rozdzielone ludzko-boskie drogi zaczęły łączyć się w jedno.

1maja

Kto czyta mojego drugiego bloga, ten wie, że ja jakoś ten dzień lubiłam, ale i nie lubiłam od zawsze. Ale jest coś jeszcze.
To dzień św. Józefa.
Postać ogromna, niesamowita, pełna tajemnicy i sprzeczności. Nieswoje dziecko zaakceptował, pokochał, wychował. Nie pytał, jak, na co, po co. Uczył Boga - Jezusa rozumieć Pisma, rzucił wszystko dla planów Boga, swoje marzenia, pragnienia. Zaufał kobiecie, że go nie zdradziła
Kolos duchowy.
Wielki. Ale nie wiem czemu jakiś taki mi odległy. Przecież go podziwiam, cenię. Przecież jest wzorem faceta.
Jakoś do mnie jednocześnie ta postać trafia i nie trafia.
darmowy hosting obrazków
Kadr z filmu "Narodzenie"


Dlaczego? -Tak się zastanawiam.
Chyba przez moją ludzką ułomność, chęć wiedzenia wszystkiego, nawet rzeczy nieistotnych. Bo gdyby były istotne, przecież Bóg by nam je pozwolił znać. A tymczasem nie wiemy, ile miał lat, jak wyglądał itd
To chyba mi jakoś przeszkadza. Nie umiem sobie faceta wyobrazić, w ogóle, mimo lektur rozmaitych, trudno mi sobie wyobrazić Żyda innego niż Jezus, żyjącego 2 tysiące lat temu.
Słowem, Józefa podziwiam, ale jakoś tak - nie umiem go mentalnie, modlitewnie włączyć do własnej rodziny na co dzień.
Pamiętam taką książkę Szaloma Asza O Jezusie, tam postać Josefa. I piękną Brandstaetterowską opowieść na kanwie Ewangelii - tam też Josef dopracowany w każdym calu.
Chyba muszę Brandstaetterowego "Jezusa z Nazaretu" z półki zdjąć, Asza niestety nie mam. I odkurzyć. I poczytać. I wrócić, urealnić sobie.
Jakoś nie lubię, gdy w jednej z wersji kolęd pojawiają się słowa o tym, jak to "Józef stary" Dzieciątko pielęgnuje.
Że mądry, że życiowy realista, to od razu stary? Zresztą, i bibliści (a właściwie przede wszystkim oni, mają co do starości Józefa spore wątpliwości).
A przecież nie trzeba być starym, by być mądrym. Trzeba być otwartym. Trzeba dać się porwać. Jakie to trudne. Trudne jak wszystko, co prawdziwe i piękne.
Tak tak, napisałam "realista", bo rzeczywiście realistą trzeba być, by żonę w ciąży, dwie ukochane Osoby, tak powierzyć, by nie pytać już o nic. Jak realnie pojmować trzeba Boga, by zaufać Mu tak bardzo do końca...