Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święci - ludzkie drogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święci - ludzkie drogi. Pokaż wszystkie posty

1.5.11

Habemus beatem - Iskra, która przygotuje świat

Zamiast dziś o papieżu pisać, wstawię tylko




Gaude, mater Polonia,
O ciesz się, Matko-Polsko,
prole fecunda nobili.
w sławne potomstwo płodna!
Summi Regis magnalia
Króla królów i najwyższego Pana wielkość
laude frequenta vigili.
Uwielbiaj chwałą przynależną.








Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego.

848 Wtem usłyszałam glos podczas odmawiania tej koronki: O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronką. Zapisz te słowa, córko moja, mów świa­tu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione mi­łosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła. O dusze ludzkie, gdzie się schronicie w dzień gniewu Bo­żego?

1731 (93) Dziś zbudziła mnie wielka burza, wicher szalał i deszcz, ja­koby chmura była oberwana, co chwila uderzały pioruny. Zaczę­łam się modlić, aby burza nie wyrządziła żadnej szkody; wtem usły­szałam te słowa: Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą moją.

1732. Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje.

s. Faustyna Kowalska: Dzienniczek




28.8.09

Kobieciarz i sekciarz doktorem Kościoła...

No tak, bo dziś świętego Augustyna. Jak ja lubię tę postać... Zresztą lektura jego "Wyznań" postawiła kropkę nad i w moim nawróceniu przed laty. Zbierało sie we mnie, zbieralo na to nawrócenie, ale to Augustyn mi dał ostatecznego kopniaka i przeważyl szale. A po latach doceniłam i postać św. Moniki, jego matki. Upartej tak, że pewnie on przez te lata miał jej dość. Chodziła za nim wszedzie, jeździła, gderała. Ale nie to mi w niej imponuje. Modliła się za niego latami. Uparta, niemozebnie uparta. I wymodliła...

Pochodziła z rodziny chrześcijańskiej, najprawdopodobniej pochodzenia berberskiego, wyszła za mąż za poganina, Patrycjusza, który był urzędnikiem.

"Św. Augustyn i św. Monika" (1846), obraz autorstwa Ary Scheffer.

W wieku 23 lat Monika urodziła pierwszego syna – znanego dzisiaj jako św. Augustyn. Potem miała jeszcze jednego syna Nawigiusza i córkę, której imię nie jest znane. Popędliwy mąż pod wpływem św. Moniki przyjął przed śmiercią chrzest (371). Dorastający Augustyn zaczął sprawiać jej kłopoty, wybierając hedonistyczny styl życia. Związał się z sektą manicheistyczną i zaczął wierzyć w ich naukę. Monika nie zrażając się trudnościami modliła się za niego, błagając Boga o nawrócenie Augustyna. Obawiając się o swego syna Monika wyjeżdżała za nim do Kartaginy, Rzymu i Mediolanu. Kiedy biskup poznał przyczynę jej smutku, prorokował: "Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga".

W Mediolanie Augustyn poznał św. Ambrożego i pod wpływem jego nauk przyjął wraz z Alipiuszem i Adeodatem, 24 lub 25 kwietnia chrzest. W drodze powrotnej do rodzinnej Tagasty, w Ostii zachorowała na febrę i zmarła.

Ciało św. Moniki zostało złożone w Ostii w kościele św. Aurei. W 1162 r. augustianie zabrali je do Francji i umieścili w Arrouaise pod Arras. W 1430 r. zostało przeniesione do Rzymu i umieszczono w kościele świętego Tryfona, który później przemianowano na kościół św. Augustyna.

Świadectwo o życiu swojej matki Augustyn złożył w Wyznaniach. One też są jej najwcześniejszym życiorysem.

Pierwotnie wspomnienie św. Moniki obchodzono 4 maja w wigilię domniemanego nawrócenia św. Augustyna, w czasie reformy kalendarza (1969) zostało przeniesione na dzień 27 sierpnia (wspomnienie św. Augustyna przeniesiono na 28 sierpnia).

Św. Monika jest patronką kobiet chrześcijańskich, matek, wdów, kobiet zamężnych, tych które przeżywają kłopoty małżeńskie i nieudane małżeństwa, kobiet, które zawiodły się na dzieciach lub mają z dziećmi kłopoty, kobiet będących ofiarami cudzołóstwa, alkoholizmu, złorzeczeń i oszczerstw. Do niej odprawia sie modlitwy w intencji ratowania duszy dziecka, męża.

W ikonografii Monika przedstawiana jest jako matrona lub w welonie wdowy; trzyma księgę, krucyfiks albo różaniec. Czasami – nawiązując do syna Moniki, Augustyna – przedstawia się ją jako augustiankę.

(Wikipedia)


Niedawno za, bagatela, niecałe 20 zł udało mi się kupić książkę, którą bardzo chciałam mieć - "Wyznania" św. Augustyna właśnie.




Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach i tam Ciebie szukałem, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie - rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią - i oto dyszę pragnieniem ku Tobie. Skosztowałem - i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie - i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim. [...]



29.7.09

Co w moim życiu "namieszał" pewien nawrócony rycerz?




Pozostając w kręgu lipcowych sentymentów do lipcowych świętych, o których kiedyś tu wspominałam, nie mogę pominąć patrona dania dzisiejszego - św. Ignacego z Loyoli. Pominąć go nie mogę z dwu powodów. Z powodów, jak się można domyślić - osobistych. Chodzi mi nie tyle o historię tego świętego, ile o jego osobowość. I o to, czego dokonał.

Ignacy Loyola- Exercitia spiritualia (Ćwiczenia duchowne)


Pisałam już kiedyś, że przez lata zafascynowana byłam duchowością Karmelu, tą specyficzną duchowością spotkania. Przez lata też jednak szukałam recepty na moje problemy z modlitwą. Recepty na coś więcej niż modlitwy ustne, nauczone od dziecka. Recepty na odkrycie głębi tych modlitw, ale też na bycie z Pismem Świętym. Bo w ogóle też w historii mojego nawrócenia, które - to nawrócenie pierwsze i fundamentalne - odbyło się we mnie przed(zaraz, zaraz, niech policzę) jakoś dwunastu czy trzynastu laty - w historii tego pierwszego nawrócenia Pismo Święte właśnie mnie prześladowało.


Miałam w swoim życiu taki czas, kiedy uparcie wszystkim wokoło - i sobie też - wmawiałam, ze jestem ateistką, że Boga nie ma itd itp, rzeczy, których tu powtarzać nie chcę, bo dziś już trudno mi przechodzą przez gardło. W głębi duszy wiedziałam, że Bóg jest. Tak jak wiedziałam, że jest powietrze, którym oddycham - choć go nie widzę. Całemu światu chciałam udowodnić własną samowystarczalność. Ale gdy przychodziły chwile samotności, które - o dziwo - lubiłam, dopadała mnie moja bezsilność. Płakałam i po kryjomu, by ktoś mnie przypadkiem nie zauważył, brałam z półki Biblię mojej siostry, otwierałam na chybił trafił i godzinami czytałam. Nie wiem, dlaczego. czułam, że muszę. Że gdy czytam, coś powoli we mnie pęka.
No i kiedyś pękło.


Ale problemy z modlitwą zaczęłam mieć od tamtej pory. Brakowało mi jakiegoś algorytmu, sposobu. W modlitwie nie można się przecież tylko na uczuciach opierać, trzeba je w nią jakoś wpleść, ale nie czynić ich warunkiem modlitwy czy miernikiem jej skuteczności.
I wtedy, na wakacyjnym wyjeździe dla młodzieży, trafiłam na wprowadzenie do rekolekcji ignacjańskich, robione przez pewnego księdza, który sam tą duchowością był zafascynowany. Zrobił kilka wprowadzeń do medytacji, potem ja pożyczyłam parę książek z wprowadzeniami. Wreszcie pojechałam na takie rekolekcje zamknięte do jezuitów do Częstochowy. Tydzień milczenia. Tylko ja i Bóg i rozmowy z kierownikiem duchowym. Zero komórek, wyjść na zewnątrz (oczywiście nikt nas nie kontrolował, bo to nie więzienie, ale po prostu w naszym duchowym interesie leżało trzymać się wytycznych). Opłacało się. Rekolekcje pamiętam do dziś, do dziś we mnie owocują, do mnie wracają. I duchowość, i ich konkretna wymowa. Odkryłam, jak podejść do Biblii, by nie szukać tam siebie, ale kiedyś - szukając Boga - i siebie odnaleźć.
Od tamtej pory, kiedy nie mam ktoregoś dnia swoich kilkunastu minut z Biblia, czuję się po prostu głodna To jest chwila, która musi być, by pomilczeć, by Boga usłyszeć i...powiedzieć Mu, że choć słyszę, wciąż słuchać, być posłuszna nie potrafię.



Duchowość ignacjańska wprowadziła mnie w niesamowite doświadczenie modlitwy. niesamowite nie dlatego, że jest to jakaś modlitwa bujająca w obłokach. Nie, bo tak nie jest. Niesamowite dlatego, że to właśnie modlitwa chodząca twardo po ziemi. Odnosząca sie do tego, co mnie w Słowie zachwyca, czasem denerwuje. Do tego, co mnie stanowi. To, jak ja to w skrócie nazywam, połaczenie duchowości z psychologią.
Wtedy też zaczęła się moja fascynacja psychologią w ogóle.
Doświadczenie milczenia też jest niesamowite. Zwłaszcza dla mnie - gaduły. Kiedy w tłumie ludzi w stołówce nikt się nie odzywa, a jest tylko uśmiech i prośba gestem o podanie soli, po jakimś czasie przestajesz się bać, co ktoś o tobie powie - po przecież nie powie. Potem już nawet się nie zastanawiasz, co pomyśli. Jesteś sobą. To oczyszcza. Czyni ludzi bardziej delikatnymi. To widać. A jak potem miło się rozmawia już po rekolekcjach z kimś, kogo znasz tylko ze wspólnego stolika i z perspektywy milczenia...
Marzyłam kiedyś o odprawieniu całego cyklu rekolekcji ignacjańskich (byłam tylko na fundamencie), ale moje losy życiowe potoczyły się inaczej. teraz mam rodzinę i nie mogę sobie tak po prostu wyjechać i nie odbierać telefonów.
Ale to nic. Widocznie tak ma być. Zawsze przecież mogę brać owoce z tego drzewa ignacjańskiej duchowości zasadzonego we mnie przed laty. Byle tylko nie zapomnieć na co dzień podlewać to drzewo.


Powód mojego sentymentu do św. Ignacego jest jeszcze jeden. Kiedy braliśmy z mężem ślub, odruchowo zerknęłam do kalendarza, kogóż to tego dnia jest wspomnienie. tak trochę jakby w poszukiwaniu patrona naszego małżeństwa. Patrzę - a to właśnie Ignacy. Patron od duchowości i psychologii. Heh, ale się przyda w małżeństwie. I tak już nam patronuje pięć okrągłych lat - dziś mija....


Ja to w ogóle się śmieję, że naszą rodzinę coś lubią Ignacowie wyjątkowo. Mój syn tez urodzony w Ignacego. Co prawda Antiocheńskiego...
Wracając do kwestii duchowości ignacjańskiej - cieszę się, że na nią trafiłam. Uzupełnia się dla mnie z duchowością karmelitańską tak jakoś. O szczegółach i rysach tej duchowości dużo by pisać, dla zainteresowanych więc, podaję kilka linków. Będą też stale dostępne w linkowni obok - po prawej stronie bloga.

Wprowadzenia do medytacji i kontemplacji na podstawie Ćwiczeń duchownych Ignacego Loyoli (książki online)
Część I
Część II
Część III
Część IV

Zagadnienia duchowe
TUTAJ

Rekolekcje ignacjańskie
TUTAJ, także rekolekcje www, ale nie tylko

Bardzo cenna książka o medytacji chrześcijańskiej
TUTAJ

25.7.09

Złotymi literami pisane

Dziś wspomnienie św. Krzysztofa.


Lipiec to dla mnie miesiąc szczególny, jeśli patrzeć pod kątem i wspomnień świętych w tym miesiącu, i mojej osobistej historii. A że mam w rodzinie Krzysztofa, nie sposób tutaj nie przytoczyć historii jego patrona.


Zaczerpnięta jest owa historia ze Złotej Legendy Jakuba da Voragine, która to legenda oznacza według średniowiecznych kryteriów (bo z tamtej epoki ów tekst pochodzi), nie historię nieprawdopodobną, jakbyśmy to dziś odczytywali, ale coś ad legendum - do czytania i rozważania o losach i postawie serca takich czy innych świętych.


Już sama Legenda aurea wywołuje we mnie falę sentymentu. Przypominam sobie godziny spędzone w czytelni uniwersyteckiej biblioteki polonistycznej (któż tam wtedy miał Internet?! a jeszcze w domu?!) nad zaczytanym już egzemplarzem, którj to pozycji zreszta na całą biblioteke było tylko kilka, a przeczytać musieli wszyscy ze 150-osobowej grupy studentów na pierwszym roku. Ech, siedziało się, czytało, robiło notatki. Pamiętam atmosferę tych posiedzeń.




Chodziłyśmy z reguły we dwie - ja i moja przyjaciółka z lat studenckich. Pamiętam te rozmowy o dziwnych skądinąd historiach, jakie o świętych czytałyśmy. Zapoznawałyśmy się z dziejami kilku wybranych dowolnie świętych. Takie były zalecenia profesorów.




Nie czytałam wtedy o Krzysztofie, bo też i do głowy mi nie przyszło, że kiedyś będę mieć Krzysztofa w rodzinie.
A dzieje tego świętego są takie:

Krzysztof był z pochodzenia Chananejczykiem olbrzymiego wzrostu i groźnej twarzy, a na długość liczył sobie 12 łokci. W niektórych jego żywotach czytamy, że służąc u pewnego króla chananejskiego powziął myśl, aby poszukać sobie największego pana, jaki jest na świecie i do niego na stałe zaciągnąć się na służbę. Udał się zatem do jednego wielkiego króla, o którym wieść głosiła, że nie ma nadeń większego pana na świecie, a król obejrzawszy go przyjął go chętnie i zatrzymał na swoim dworze.


Pewnego dnia jednak jakiś rybałt śpiewał przed królem pieśń, w której często wspominał o diable, a król, który wyznawał wiarę Chrystusową, ilekroć usłyszał imię diabła, żegnał się znakiem krzyża. Krzysztof widząc to dziwił się bardzo, dlaczego król tak czyni i co ten znak krzyża może znaczyć.

Gdy zapytał o to króla, ten nie chciał mu tego wyjawić, ale wtedy Krzysztof rzekł: Jeśli mi tego nie powiesz, nie zostanę dłużej u ciebie. Król przymuszony w ten sposób odpowiedział wreszcie: Ilekroć słyszę, że ktoś wspomina diabła, ubezpieczam się tym znakiem w obawie, aby mnie nie zagarnął pod swą władzę i nie szkodził mi. Na to Krzysztof: Jeśli boisz się, aby ci diabeł nie zaszkodził, wynika stąd, że jest on większy i potężniejszy od ciebie, skoro tak bardzo obawiasz się go. Zawiodłem się zatem uważając, że znalazłem największego i najpotężniejszego pana na świecie. Ale bywaj zdrów, bo idę szukać owego diabła, aby wziąć go sobie za pana i zostać jego sługą. Odszedł tedy od tego króla i poszedł szukać diabła.


A gdy wędrował przez jedną pustynię, zobaczył wielki orszak rycerzy z których jeden, dziki i groźny, zbliżył się doń i zapytał, dokąd idzie. Idę na poszukiwanie pana diabła - odparł Krzysztof - aby wziąć go sobie za pana. A on na to: Jam jest tym, którego szukasz. Ucieszył się Krzysztof, zobowiązał się do stałej służby u niego i uznał go swoim panem. Gdy jednak wędrowali razem, spotkali przy ruchliwej drodze znak krzyża, a diabeł na jego widok uciekł przestraszony, zeszedł z drogi, poprowadził Krzysztofa przez bezludne wertepy i za jakiś czas dopiero wrócił na drogę. Krzysztof widząc to ze zdziwieniem zapytał go, dlaczego w takim pomieszaniu opuścił równy gościniec i tyle nakładając drogi poszedł przez bezludne wertepy. On jednak nie chciał mu tego żadną miarą wyjawić i dopiero gdy Krzysztof rzekł: Jeśli mi tego nie wyjawisz, zaraz odejdę od ciebie - diabeł przymuszony powiedział mu: Pewien człowiek, zwany Chrystusem, był przybity do krzyża, a ja ilekroć zobaczę Jego znak, trwożę się wielce i uciekam. Na to Krzysztof: A zatem ów Chrystus jest większy i potężniejszy od ciebie, skoro tak bardzo obawiasz się Jego znaku? Na darmo tedy trudziłem się i nie znalazłem jeszcze największego pana na świecie. Ale teraz bądź zdrów, bo myślę cię opuścić, a szukać tego Chrystusa.


Po długim szukaniu kogoś takiego, kto by mógł mu powiedzieć o Chrystusie, trafił wreszcie do pewnego pustelnika, który opowiedział mu o Chrystusie i starannie wyuczył go prawd wiary. Rzekł tedy ów pustelnik do Krzysztofa: Ten król, któremu pragniesz służyć, wymaga służby polegającej na tym, że będziesz musiał często pościć. Ale Krzysztof odparł na to: Niech innej służby żąda ode mnie, bo tego w żaden sposób nie potrafię. Będziesz też musiał - ciągnął dalej pustelnik - wiele się modlić! A Krzysztof na to: Nie wiem, co to jest, i takiej służby nie potrafię pełnić! A czy znasz - zapytał pustelnik - taką rzekę, przez którą przeprawa jest niebezpieczna i w której wielu podróżnych ginie? Znam - odrzekł Krzysztof. A on na to: Skoro jesteś taki wielki i mocny, to jeśli osiedlisz się nad tą rzeką i będziesz wszystkich przeprawiał, będzie to na pewno miłe królowi Chrystusowi, któremu chcesz służyć, i ufam, że tam ci się objawi. No tak - rzekł Krzysztof - taką służbę mogę pełnić i przyrzekam, że w ten sposób będę Mu służył.

Udał się zatem nad ową rzekę, zbudował tam sobie mieszkanie i mając w rękach zamiast laski długą żerdź, którą podpierał się w wodzie, niestrudzenie przeprawiał wszystkich podróżnych. Minęło już wiele dni, gdy raz spoczywając w swym domku usłyszał głos jakiegoś dziecka, które wołało tymi słowy: Krzysztofie, wyjdź na dwór i przepraw mnie! Krzysztof wybiegł co prędzej, ale nie zobaczył nikogo, a przecież, gdy powrócił do swego domku, znowu usłyszał głos kogoś, kto go wołał. Po raz drugi tedy wyszedł na zewnątrz, ale nie znalazł nikogo. Za trzecim wreszcie razem wyszedł na wołanie i spotkał nad brzegiem rzeki nie znanego sobie chłopca, który go usilnie prosił, by go przeprawił. Krzysztof tedy posadził sobie dziecko na ramionach, wziął laskę i wszedł w rzekę. Lecz oto woda w niej zaczęła powoli wzbierać, a chłopiec ciężył mu tak, jakby był z ołowiu, i im bardziej posuwał się naprzód, tym bardziej fala się wzdymała, a chłopiec coraz bardziej przygniatał jego ramiona nieznośnym ciężarem, tak że znalazł się w nader trudnym położeniu i poważnie lękał się o siebie. Gdy na koniec z biedą pokonał trudności i przebrnął rzekę, postawił chłopca na brzegu i rzekł doń: O wielkie niebezpieczeństwo przyprawiłeś mnie, chłopcze, i tak mi ciążyłeś, że gdybym miał cały świat na sobie, nie czułbym chyba większego ciężaru. A na to chłopiec odparł: Nie dziw się, Krzysztofie, bo miałeś na sobie nie tylko cały świat, lecz niosłeś na swych ramionach także tego, który stworzył ten świat. Ja bowiem jestem królem twoim, Chrystusem, któremu tutaj służysz. Abyś wiedział, że prawdą jest to, co mówię, wbij, gdy wrócisz, laskę twą w ziemię koło twego domku, a rano zobaczysz, że ona zakwitnie i obrodzi. To mówiąc zniknął z jego oczu. Krzysztof zaś powróciwszy wbił laskę w ziemię, a gdy rano wstał, ujrzał, że wydała liście i owoce jak palma.


Następnie przybył do miasta Samos w Licji, a ponieważ nie znał tamtejszego języka, prosił Pana, aby dał mu pojąć tę mowę. Gdy tak stał modląc się, sędziowie uważali go za szalonego i zostawili go w spokoju. On zaś uzyskawszy to, o co prosił, zakrył twarz, przybył na miejsce kaźni i umacniał na duchu chrześcijan, których męczono. Wtedy jeden z sędziów dał mu policzek, ale Krzysztof odsłonił twarz i rzekł: Gdybym nie był chrześcijaninem, zaraz odpłaciłbym ci za moją krzywdę. Wówczas Krzysztof wbił swą laskę w ziemię i prosił Pana, aby wypuściła liście, dla nawrócenia tego ludu. Tak też zaraz się stało i osiem tysięcy ludzi uwierzyło.

Król zaś posłał dwustu rycerzy z poleceniem sprowadzenia go do siebie, ale oni zastawszy go na modlitwie bali się oznajmić mu o tym. Posłał tedy drugich dwustu, a ci widząc go modlącego się, od razu z nim razem zaczęli się modlić. Wreszcie Krzysztof wstał i rzekł do nich: Kogo szukacie? A oni spojrzawszy w jego twarz rzekli: Król nas posłał, abyśmy cię związali i przyprowadzili przed niego. Krzysztof odrzekł: Jeżeli sam nie zechcę, to ani wolnego, ani związanego nie potraficie mnie zaprowadzić! Jeśli chcesz zatem - rzekli mu - to idź wolno, gdzie chcesz, a my powiemy królowi, żeśmy cię nie znaleźli. Nie - odparł - pójdę z wami. Po drodze nawrócił ich na wiarę chrześcijańską, kazał sobie ręce związać na plecach i tak postawić się przed królem. Król zobaczywszy go przeraził się i w jednej chwili spadł ze swego tronu. Dopiero gdy go słudzy podnieśli, zapytał św. Krzysztofa o jego imię i kraj, skąd pochodzi. Ten zaś odparł: Przed chrztem nazywałem się Reprobus, teraz zaś noszę imię Krzysztofa. Król na to: Głupio sobie wybrałeś imię na wzór imienia ukrzyżowanego Chrystusa, który ani sobie nie pomógł, ani tobie pomóc nie potrafi. Ale teraz, ty łotrze chananejski, dlaczego nie składasz ofiar bogom naszym? A Krzysztof odparł; Słusznie zwiesz się Dagnus, bo jesteś śmiercią świata i sprzymierzeńcem diabła, a twoi bogowie są dziełem rąk ludzkich. Król na to: Chowałeś się między dzikimi zwierzętami i potrafisz mówić tylko na sposób zwierzęcy i niezrozumiały dla ludzi. Teraz jednak, jeśli złożysz ofiary, otrzymasz ode mnie wielkie godności, a jeśli nie, to zginiesz na mękach. Skoro jednak św. Krzysztof nie chciał złożyć ofiar, kazał go król wtrącić do więzienia, a tych rycerzy, którzy byli po niego posłani, pościnać za to, że przyjęli chrześcijaństwo.


Następnie polecił razem z Krzysztofem zamknąć w więzieniu dwie piękne dziewczyny, z których jedna nosiła imię Nicea, a druga Akwilina, i obiecał im wielkie wynagrodzenie, jeśli skuszą go do grzechu ze sobą. Na ich widok Krzysztof natychmiast zaczął się modlić. Gdy jednak dziewczęta przeszkadzały mu klaszcząc w ręce i obejmując go, wstał i rzekł do nich: Kogo szukacie i po co was tu wpuszczono? A one przerażone jasnością bijącą z jego twarzy rzekły: Zmiłuj się nad nami, mężu święty, abyśmy mogły uwierzyć w Boga, którego ty głosisz. Na wieść o tym król kazał je przyprowadzić przed siebie i powiedział: Więc i wy dałyście sobie przewrócić w głowie? Przysięgam na bogów, że jeśli nie złożycie ofiar, marnie zginiecie! Ale one odparły: Jeśli chcesz, abyśmy złożyły ofiary, każ przyozdobić ulice i wszystkim zgromadzić się wokół świątyni. Tak też się stało. A one wszedłszy do świątyni zdjęły każda swój pasek, założyły je na szyje bożków, ściągnęły ich na ziemię i rozbiły w proch, po czym rzekły do zgromadzonych wokoło: Idźcie i wołajcie lekarzy, aby zajęli się waszymi bogami! Wówczas na rozkaz króla Akwilinę powieszono za ręce, a do nóg przywiązano jej wielki kamień, tak że całe ciało uległo rozerwaniu. Tak ona odeszła do Pana, siostrę zaś jej, Niceę, wrzucono do ognia, a gdy wyszła zeń nietknięta, ścięto jej głowę.


Następnie postawiono Krzysztofa przed królem, który kazał go siec żelaznymi rózgami i włożyć mu na głowę rozpalony szyszak żelazny, a na koniec sprowadził żelazne krzesło, polecił przywiązać doń Krzysztofa, a pod spodem rozpalić ogień ze smoły. Krzesło jednak rozleciało się, jakby było z wosku, a Krzysztof zeszedł zeń nietknięty. Wreszcie kazał go król przywiązać do pala, a czterystu żołnierzom strzelać doń z łuku. Tymczasem wszystkie ich strzały zatrzymywały się w powietrzu, a żadna nie zdołała dosięgnąć Krzysztofa. Król jednak sądząc, że żołnierze zabili go już strzałami, zaczął mu urągać, lecz wówczas jedna ze strzał zawisłych w powietrzu zawróciła i wbiła się w oko króla oślepiając go od razu. Ale Krzysztof rzekł doń: Jutro ja zakończę życie, a ty, okrutniku, zrób błoto z krwi mojej, pomaż nim swe oko, a odzyskasz zdrowie. Wówczas na rozkaz króla poprowadzono go na stracenie i skoro się pomodlił, ścięto mu głowę, a król wziął odrobinę jego krwi i przyłożył do swego oka ze słowami: W imię Boga i św. Krzysztofa - po czym od razu został uzdrowiony. Wówczas uwierzył i wydał dekret, aby każdy, kto by bluźnił Bogu lub św. Krzysztofowi, od razu karany był na gardle...

30.6.09

"Chleba i igrzysk..."

Tak, tak, dziś wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nie wiemy, ilu ich dokładnie było, nie znamy ich imion. Wiem jedno - na pewno istnieli, na pewno było ich bardzo, bardzo wielu, poddawanych torturom wyrafinowanym tylko za to, że ośmielili się wierzyć w Chrystusa, sprzeciwiając się tym samym cesarzowi rzymskiemu.
O pochodniach płonących, które robiono z chrześcijan, o rzucaniu ich na pożarcie lwom, o obarczaniu winą za wszystkie nieszczęścia w cesarstwie rzymskim pisze już rzymski historyk Tacyt.




Ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cesarza i ofiar błagalnych na rzecz bogów, nie ustępowała hańbiąca pogłoska i nadal wierzono, że pożar był nakazany (przez Nerona]. Aby ją więc usunąć, podstawił Neron winowajców i dotknął najbardziej wyszukanymi kaźniami tych, których znienawidzono dla ich sromot, a których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany został na śmierć przez prokuratora Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął, nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko, co potworne i sromotne, zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników. Schwytano więc naprzód tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali, potem na podstawie ich zeznań ogromne mnóstwo innych, i udowodniono im nie tyle zbrodnię podpalenia, ile nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu. A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów [albo przeznaczeni na pastwę płomieni i] gdy zabrakło dnia, palili się służąc za nocne pochodnie.



Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzysko w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał. Stąd, chociaż ci ludzie byli winni i zasługiwali na najsurowsze kary, budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni. (Tacyt: Roczniki (Annales)XV)

Brzmi nieprawdopodobnie - jak fikcja. A jednak - było faktem...

29.6.09

Uroczystość świętych Piotra i Pawła

Dziś niech przemówi Noblista, fragmentami jednej z dwu moich ulubionych powieści (druga są "Nędznicy" Wiktora Hugo...
"O brzasku następnego dnia dwie ciemne postaci posuwały się drogą Apijską ku równinom Kampanii. Jedną z nich był Nazariusz, drugą Piotr Apostoł, który opuszczał Rzym i męczonych w nim współwyznawców. Niebo na wschodzie przybierało już leciuchny odcień zielony, który z wolna, coraz wyraźniej bramował się u dołu barwą szafranną. Drzewa o srebrnych liściach, białe marmury willi i łuki wodociągów, biegnące przez równinę ku miastu, wychylały się z cienia. Rozjaśniała się stopniowo zieloność nieba, nasycając się złotem. Za czym wschód zaczął różowieć i rozświecił Góry Albańskie, które ukazały się cudne, liliowe, jakby z samych tylko blasków złożone. Świt odbijał się w drżących na liściach drzew kroplach rosy. Mgła rzedła odkrywając coraz szerszy widok na równinę, na leżące na niej domy, cmentarze, miasteczka i kępy drzew, między którymi bielały kolumny świątyń.


Kadr z filmu Quo vadis (reż. J. Kawalerowicz, 2001, wszystkie kadry z tego filmu)


Droga była pusta. Wieśniacy, którzy zwozili jarzyny do miasta, nie zdążyli jeszcze widocznie pozaprzęgać do wózków. Od płyt kamiennych, którymi aż do gór wyłożony był gościniec, szedł w ciszy odgłos drewnianych postołów, jakie podróżni mieli na nogach. Potem słońce wychyliło się przez przełęcz gór, ale zarazem dziwny widok uderzył oczy Apostoła. Oto wydało mu się, iż złocisty krąg, zamiast wznosić się wyżej i wyżej na niebie, zsunął się ze wzgórz i toczy się po drodze. Wówczas Piotr zatrzymał się i rzekł: - Widzisz tę jasność, która zbliża się ku nam? - Nie widzę nic - odpowiedział Nazariusz. Lecz Piotr po chwili ozwał się przysłoniwszy oczy dłonią: - Jakowaś postać idzie ku nam w blasku słonecznym. Do uszu ich nie dochodził jednak najmniejszy odgłos kroków. Naokół było cicho zupełnie. Nazariusz widział tylko, że w dali drżą drzewa, jakby je ktoś potrząsał, a blask rozlewa się coraz szerzej na równinie. I począł patrzeć ze zdziwieniem na Apostoła. - Rabbi! Co ci jest? - zawołał z niepokojem. A z rąk Piotra kostur podróżny wysunął się na ziemię, oczy patrzyły nieruchomo przed siebie, usta były otwarte, w twarzy malowało się zdumienie, radość, zachwyt. Nagle rzucił się na kolana z wyciągniętymi przed się ramionami, a z ust jego wyrwał się okrzyk: - Chryste! Chryste!... I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy. Długo trwało milczenie, po czym w ciszy ozwały się przerywane łkaniem słowa starca: - Quo vadis, Domine?...
Aut. Piotr Stachiewicz

I nie słyszał odpowiedzi Nazariusz, lecz do uszu Piotrowych doszedł głos smutny i słodki, który rzekł: - Gdy ty opuszczasz lud mój, do Rzymu idę, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry. Apostoł leżał na ziemi, z twarzą w prochu, bez ruchu i słowa. Nazariuszowi wydało się już, że omdlał lub umarł, ale on powstał wreszcie, drżącymi rękoma podniósł kij pielgrzymi i nic nie mówiąc zawrócił ku siedmiu wzgórzom miasta. Pacholę zaś, widząc to, powtórzyło jak echo: - Quo vadis, Domine?.. - Do Rzymu - odrzekł cicho Apostoł. I wrócił. Paweł i wszyscy wierni przyjęli go ze zdumieniem i z trwogą. Lecz on na wszystkie pytania odpowiadał im tylko z radością i spokojem: - Panam widział! I tegoż jeszcze wieczora udał się nauczać i chrzcić tych, którzy chcieli się skąpać w wodzie życia. I odtąd co dzień ciągnęły za nim liczniejsze tłumy. Zdawało się, że z każdej łzy męczeńskiej rodzą się nowi wyznawcy i że każdy jęk na arenie odbija się echem w tysiącznych piersiach.



Cezar pławił się we krwi, Rzym i cały świat pogański szalał. Ale ci, którym dość było zbrodni i szału, ci, których deptano, ci, których życie było życiem niedoli i ucisku, wszyscy pognębieni, wszyscy smutni, wszyscy nieszczęśni przychodzili słuchać dziwnej powieści o Bogu, który z miłości dla ludzi dał się ukrzyżować, by odkupić ich winy.



Odnajdując zaś Boga, którego mogli kochać, odnajdowali to, czego nie mógł dać dotychczas nikomu świat ówczesny - szczęście z miłości. (...)


Rybak, zwykle pokorny i pochylony, szedł teraz wyprostowany, wyższy wzrostem od żołnierzy, pełen powagi. Nigdy nie widziano w postawie jego tyle majestatu. Zdawać by się mogło, iż to monarcha posuwa się, otoczony przez lud i żołnierzy. Ze wszystkich stron podniosły się głosy: "Oto Piotr odchodzi do Pana." Wszyscy jakby zapomnieli, że czeka go męka i śmierć. Szli w uroczystym skupieniu, ale w spokoju, czując, że od śmierci na Golgocie nie stało się dotychczas nic równie wielkiego i że jako tamta odkupiła świat cały, tak ta ma odkupić to miasto.
Po drodze ludzie zatrzymywali się ze zdziwieniem na widok tego starca, wyznawcy zaś, kładnąc im ręce na ramiona, mówili spokojnymi głosami: "Patrzcie, jako umiera sprawiedliwy, który znał Chrystusa i opowiadał miłość na świecie." A owi wpadali w zadumę, po czym odchodzili mówiąc sobie: "Zaprawdę, ten nie mógł być niesprawiedliwy. Po drodze milkły wrzaski i wołania uliczne.



Orszak posuwał się wśród domów świeżo wzniesionych, wśród białych kolumn świątyń. nad których naczółkami wisiało niebo głębokie. ukojone i błękitne. Szli w ciszy czasem tylko zabrzęczały zbroje żołnierzy lub podniósł się szmer modlitw. Piotr słuchał ich i twarz jaśniała mu coraz większą radością, albowiem wzrok jego zaledwie mógł ogarnąć owe tysiące wyznawców. Czuł, że dzieła dokonał, i wiedział już, że ta Prawda, którą całe życie opowiadał, zaleje wszystko jak fala i że nic już powstrzymać jej nie zdoła. A tak myśląc, podnosił oczy ku górze i mówił: "Panie, kazałeś mi podbić ten gród, który panuje światu, więcem go podbił. Kazałeś mi założyć w nim stolicę swoją, więcem ją założył. To Twoje miasto teraz, Panie, a ja idę do Ciebie, bom się spracował bardzo."
Przechodząc więc koło świątyń mówił im: "Chrystusowymi świątyniami będziecie." Patrząc na roje ludzi, przesuwających się przed jego oczyma, mówił im: "Chrystusowymi będą wasze dzieci sługami." I szedł w poczuciu spełnionego podboju, świadom swej zasługi, świadom mocy, ukojony, wielki. Żołnierze poprowadzili go przez most Tryumfalny, jakby mimo woli dając jego tryumfowi świadectwo, i wiedli dalej ku Naumachii i cyrkowi.




Wierni z Zatybrza przyłączyli się do pochodu i uczyniła się gęstwa ludu tak wielka, iż centurion, przywodzący pretorianom, domyśliwszy się wreszcie, iż prowadzi jakowegoś arcykapłana, którego otaczają wierni, zaniepokoił się zbyt małą liczbą żołnierzy. Lecz ani jeden okrzyk oburzenia lub wściekłości nie ozwał się w tłumie. Twarze były przejęte wielkością chwili, uroczyste i zarazem pełne oczekiwania, niektórzy bowiem wyznawcy przypominając sobie, iż przy śmierci Pana ziemia rozstępowała się z przerażenia, a umarli podnosili się z grobów, myśleli, że i teraz nastąpią może jakieś znaki widome, po których nie zatrze się przez wieki śmierć Apostoła. Inni mówili sobie nawet: "A nuż Pan wybierze godzinę Piotrową, aby zstąpić z nieba, jako był przyobiecał, i uczynić sąd nad światem." W tej zaś myśli polecali się miłosierdziu Zbawiciela.
Ale naokół było spokojnie. Wzgórza zdawały się wygrzewać i odpoczywać w słońcu. Pochód zatrzymał się wreszcie między .cyrkiem a wzgórzem Watykańskim. Żołnierze wzięli się teraz do kopania dołu, inni położyli na ziemi krzyż, młoty i gwoździe, czekając, póki przygotowania nie zostaną ukończone, tłum zaś, cichy zawsze i skupiony, klęknął naokół. Apostoł, z głową w promieniach i złotych blaskach, zwrócił się po raz ostatni ku miastu. Z dala, nieco w dole, widać było Tyber świecący; po drugim brzegu pole Marsowe, wyżej mauzoleum Augusta, niżej olbrzymie termy, które Nero właśnie był wznosić począł, jeszcze niżej teatr Pompejusza, a za nimi miejscami widne, miejscami zakryte przez inne budowy Saepta Julia, mnóstwo portyków, świątyń, kolumn, spiętrzonych gmachów i wreszcie hen, w dali, wzgórza oblepione domami, olbrzymie rojowisko ludzkie, którego krańce niknęły w mgle błękitnej, gniazdo zbrodni, ale i siły, szaleństwa, ale i ładu, które stało się głową świata, jego ciemięzcą, ale zarazem jego prawem i pokojem, wszechpotężne, nieprzemożone, wieczyste. Piotr zaś, otoczony żołnierzami, spoglądał na nie tak, jakby spoglądał władca i król na swe dziedzictwo.




I mówił: "Odkupioneś jest i moje." A nikt, nie tylko między żołnierstwem kopiącym dół, w który miano wstawić krzyż, ale nawet między wyznawcami, nie umiał odgadnąć, że istotnie stoi między nimi prawdziwy władca tego grodu i że miną cezarowie, przepłyną fale barbarzyńców, miną wieki, a ów starzec będzie tu panował nieprzerwanie.
Słońce chyliło się jeszcze bardziej ku Ostii i stało się wielkie i czerwone. Cała zachodnia strona nieba poczęła płonąć blaskiem niezmiernym. Żołnierze zbliżyli się do Piotra, by go rozebrać. Lecz on, modląc się, wyprostował się nagle i wyciągnął wysoko prawicę. Oprawcy zatrzymali się jakby onieśmieleni jego postawą; wierni zatrzymali również oddech w piersiach, sądząc, że chce przemówić, i nastała cisza niezmącona. On zaś, stojąc na wyniesieniu, począł wyciągniętą prawicą czynić znak krzyża, błogosławiąc w godzinie śmierci: - Urbi et orbi! A w ten sam cudny wieczór inny oddział żołnierzy prowadził drogą Ostyjską Pawła z Tarsu ku miejscowości zwanej Aquae Salvia. I za nim również postępowała gromada wiernych, których nawrócił, a on poznawał bliższych znajomych, zatrzymywał się i rozmawiał z nimi, gdyż jako obywatelowi rzymskiemu, straż okazywała mu większe względy. Za bramą, zwaną Tergemina, spotkał Plautyllę, córkę prefekta Flawiusza Sabinusa, i widząc jej młodą twarz zalaną łzami, rzekł: "Plautyllo, córko Zbawienia wiecznego, odejdź w pokoju. Pożycz, mi tylko zasłony, którą zawiążą mi oczy w chwili, gdy będę odchodził do Pana." I wziąwszy zasłonę szedł dalej, z twarzą tak pełną radości, z jaką robotnik, który przepracował dobrze dzień cały, wraca do domu. Myśli jego, podobnie do Piotrowych, były spokojne i pogodne jak owo niebo wieczorne. Oczy patrzyły w zamyśleniu na równinę, która ciągnęła się. przed nim, i na Góry Albańskie, zanurzone w świetle. Rozpamiętywał o swoich podróżach, o trudach i pracy, o walkach, w których zwyciężał, i kościołach, które po wszystkich ziemiach i za wszystkimi morzami założył, i myślał, że dobrze zarobił na spoczynek. I on także dzieła dokonał. Czuł, że siejby jego nie rozwieje już wiatr złości. Odchodził z tą pewnością, że w walce, którą jego Prawda wypowiedziała światu, ona zwycięży, i niezmierna pogoda zstępowała mu do duszy. Droga na miejsce stracenia była daleka i wieczór począł zapadać. Góry stały się purpurowe, a podnóża ich zapadały z wolna w cień. Trzody wracały do domów. Gdzieniegdzie szły gromadki niewolników z narzędziami pracy na ramionach. Przed domami na drodze bawiły się dzieci spoglądając z ciekawością na przechodzący oddział żołnierzy. W tym zaś wieczorze, w tym przezroczym złotym powietrzu był nie tylko spokój i ukojenie, ale jakowaś harmonia, która z ziemi zdawała się podnosić ku niebu. A Paweł słyszał ją i serce przepełniało mu się radością na myśl, że do owej muzyki świata dodał dźwięk jeden, którego nie było dotąd, a bez którego ziemia cała była "jako miedź brząkająca i jako cymbał brzmiący". I przypomniał sobie, jako uczył ludzi miłości, jako im mówił, iż choćby rozdali majętność na ubogich i choćby posiedli wszystkie języki i wszystkie tajemnice, i wszystkie nauki, niczym nie będą bez miłości, która jest łaskawa, cierpliwa, która złego nie wyrządza, nie pragnie czci, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się nadziewa, wszystko wytrwa. Oto mu wiek życia spłynął na nauczaniu ludzi takiej Prawdy.





A teraz mówił sobie w duszy: "Jakaż siła jej sprosta i cóż ją zwycięży? Jakoż przytłumić ją zdoła cezar, choćby dwakroć miał tyle legionów, dwakroć tyle miast i mórz, i ziem, i narodów?"
I szedł po zapłatę jako zwycięzca. Orszak porzucił wreszcie wielką drogę i skręcił na wschód wąską ścieżką ku Salwijskim Wodom. Na wrzosach leżało słońce czerwone. Przy źródle centurion zatrzymał żołnierzy, albowiem chwila nadeszła. Lecz Paweł zarzuciwszy na ramię zasłonę Plautylli, aby zawiązać sobie nią oczy, wzniósł po raz ostatni źrenice, pełne niezmiernego spokoju, ku odwiecznym blaskom wieczornym i modlił się. Tak! chwila nadeszła, ale on widział przed sobą wielki gościniec z zórz, wiodący ku niebu, i w duszy mówił sobie te same słowa, które poprzednio w poczuciu swej spełnionej służby i bliskiego końca napisał: "Potykaniem dobrym potykałem się, wiaręm zachował, zawodum dokonał, na ostatek przeznaczon mi jest wieniec sprawiedliwości."

Henryk Sienkiewicz - Quo vadis (Literacka Nagroda Nobla 1905)



Nie pytaj świata, dokąd zmierza,
Bo, nie daj Boże, prawdę powie.
Miast pytać, z paciorków w pacierzu,
Ułóż modlitwę za jej zdrowie.

Co ma przeminąć, to przeminie...
A co ma zranić, do krwi zrani...
Piotr rzekł:
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Dokąd zmierzasz Panie?
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Dokąd zmierzasz Panie?

O cel i sens, nie pytaj świata,
Choć wie co będzie i co było,
Miast pytać, pomódl się za lato
I za pachnącą chlebem miłość.

Co ma przeminąć, to przeminie...
A co ma zranić do krwi zrani...
Piotr rzekł:
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Dokąd zmierzasz Panie?
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Dokąd zmierzasz Panie?

Nie pytaj świata o recepty,
Które uleczą ludzkość całą,
Miast pytać, raczej poproś szeptem,
By się ta jedna uśmiechała.

Co ma przeminąć, to przeminie...
A co ma zranić do krwi zrani...
Piotr rzekł:
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Quo Vadis Domine,
Dokąd zmierzasz Panie?


I na koniec.. czyż nie jest fenomenem rzecz tak dla nas oczywista dziś? - Stolica bałwochwalstwa i rozpusty - Rzym, stała się stolicą chrześcijaństwa...

25.6.09

Jan

Potem Jezus i uczniowie Jego udali się do ziemi judzkiej. Tam z nimi przebywał i udzielał chrztu. Także i Jan był w Ainon, w pobliżu Salim, udzielając chrztu, ponieważ było tam wiele wody. I przychodzili [tam] ludzie i przyjmowali chrzest. Nie wtrącono bowiem jeszcze Jana do więzienia. A powstał spór między uczniami Jana a [pewnym] Żydem w sprawie oczyszczenia. Przyszli więc do Jana i powiedzieli do niego: «Nauczycielu, oto Ten, który był z tobą po drugiej stronie Jordanu i o którym ty wydałeś świadectwo, teraz udziela chrztu i wszyscy idą do Niego». Na to Jan odrzekł: «Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba. Wy sami jesteście mi świadkami, że powiedziałem: Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany. Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał. Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje. Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny. Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a z niezmierzonej obfitości udziela [mu] Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży».(J 3,22-36)

Ain Karem, miejsce zamieszkania św. Elzbiety i Zachariasza i narodzin Jana, zobacz więcej

To, co prawda nie dzisiejszy fragment Ewangelii, ale pozostający w odniesieniu do tego, co wczoraj, choć i też nie wczorajszy.
A wczoraj... dzień wspomnienia postaci niezwykłej. Niezwykłej, bo ostatniego starotestamentowego proroka - Jana Chrzciciela.Co ciekawe, to jedyna postać świętego w Kościele, którego wspomina się w dzień jego narodzin, a nie śmierci. Był wielki nie tylko przez to, kim był, ale że w ogóle był.
Dlaczego dziś ten akurat fragment Ewangelii przytaczam, a nie na przykład wczorajsze liturgiczne teksty o narodzeniu Jana?


Usłyszałam wczoraj coś niezwykle ciekawego. Otóż teolodzy już lata temu dostrzegli, że od dnia Jana Chrzciciela dzień się skraca, ustępując miejsca nocy. Powiązali to właśnie z tym fragmentem: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał. No i dzień się umniejsza, noc nastaje.
Ale przecież Syn Boży jest Światłością.. No to jak to jest? Nie wiem, co na to teologowie, ale ja tak sobie myślę - przecież musiała ciemność nastać, by Światło, tak przez tysiąclecia oczekiwane, wyłoniło się z mroku tajemnicy. Zresztą i mistycy mówią, że Bóg jest dla człowieka światłem, ale światłem tak wielkim, ze oślepia niczym słońce. Siłą rzeczy więc Bóg i w oczyszczającaąciemność wprowadzać musi... Albo raczej chce...


Umniejszanie się Jana w gruncie rzeczy i dla nas powinno być czyms oczywistym, naturalnym. Tymczasem - jak ono nienaturalnie przychodzi, jak się człowiek buntuje przeciw temu czasem swoim wnętrzem całym.
Nie tak dawno czytałam, a potem i ku potwierdzeniu słyszałam, jak to było z tą historią upadłych aniołów:

- Kiedy jest ci to na rękę mówisz, że istniejesz, innym razem bezczelnie twierdzisz że cię nie ma. Powiedz mi jednak Melid, kim byłeś zanim stałeś się demonem?

- „Byłem oficerem na Dworze Anielskim, byłem Cherubinem. Teraz jestem urzędnikiem szatana”.

- Dlaczego opuściłeś Raj i spadłeś do piekła? Nie wiedziałeś o istnieniu piekła? Dlaczego zbuntowałeś się przeciw Bogu?

- „On, Najwyższy, powiedział mi i moim towarzyszom, że podda nas próbie. Nie powiedział, że ukarze nas piekłem, ogniem wiecznym; a tam jest ogień, ogień!”.

- Na czym polegała ta próba, której zostaliście poddani, wy wszyscy Aniołowie?.

- „Mieliśmy pogodzić się z tym, że Syn Najwyższego przyjmie ludzką naturę, a my posiadający naturę anielską, która jest o wiele szlachetniejsza od ludzkiej, mielibyśmy oddać Mu pokłon i czcić Go. Lucyfer, który lśnił jak słońce na niebie, zbuntował się: „Jeśli stanie się człowiekiem, nie będę Mu służył, będę ważniejszy od Niego!”. Podczas tej próby pojawiła się ludzka postać”.

- Człowiek ten miał na głowie cierniową koronę, czy był na Krzyżu?

- „Nie, była to postać normalnego człowieka. Wiele zastępów anielskich podzielało opinię Lucyfera. Wywiązała się straszna walka pomiędzy Michałem i Lucyferem i nagle, wśród ognia i siarki spadliśmy do piekielnej otchłani”.

- Niemało narozrabiałeś owego dnia zbuntowany aniele! Żałujesz teraz zła, które uczyniłeś?

- „Skruszyć się? Przenigdy! On, Najwyższy nie powinien się tak uniżyć! Nienawidzę i zawsze będę nienawidził Chrystusa, bo z Jego winy jestem w piekle. Ten Bóg jest niesprawiedliwy. Tylko jeden grzech popełniłem i jestem potępiony w wiecznym ogniu, podczas gdy wy z wieloma grzechami i to bardzo ciężkimi macie tą Kobietę (.., Maryja...). Gdybyśmy mieli ją także my!”.


ks. Giuseppe Tomaselli, egzorcysta, zapis fragmentów jego rozmowy z demonem w czasie egzorcyzmów


A nam się wydaje takie ludzkie - to, ze się umniejszać nie chcemy. Tymczasem według Ewangelii i historii Jana wychodzi na to, że ludzkie jest umniejszanie się. Jego przeciwieństwo jest pycha, tak dobrze nam znana, a tak niegodna człowieka, bo mająca swoje korzenie... no właśnie, gdzie?

Jakie trudne to wszystko...



18.6.09

Średniowiecze z nowoczesnym Duchem

Nie lubię średniowiecznych świętych. No, może z kilkoma wyjątkami. Lubię Augustyna czy Tomasza z Akwinu - świętych filozofów, ale średniowieczni święci mistycy, a zwłaszcza mistyczki przyprawiają mnie często gęsto o mdłości po prostu.
Naczytałam się swego czasu na studiach jeszcze obowiązkowej, choć trudnej do zdobycia tych kilkanaście lat temu (nie było jeszcze tak rozpowszechnionego Internetu) lektury pt "Złota legenda (Legenda aurea)" Jakuba da Voragine.
Legenda aurea

Ileż tam było hagiograficznego sztafazu, ileż cudów, cudowności, opisanych zupełnie tak, jakby to na nich zasadzała się świętość. A im postać w czasie odleglejsza, tym bardziej cudownością nasycona. Ile z tych cudów zdarzyło się naprawdę? Ile jets tylko alegorią? Ile tylko hagiograficznym ozdobnikiem?

Legenda aurea
Nie lubię patrzeć na hagiografię jak na literaturę tylko, gdzie jest licentia poetica i niestworzone albo i stworzone rzeczy opisywać wolno bez dokumentacji. W cuda, widzenia - owszem, wierzę, ale tylko te potwierdzone.
Z dzisiejszą patronką dnia - Elżbietą z Schönau (zwaną też Elżbietą z Hesji, zmarłą 18 czerwca 1165 roku), jest całkiem inaczej niż z tyloma innymi średniowiecznymi mistyczkami. Miała widzenia, i owszem, ale - co w średniowieczu doścćrzadko spotykane - potwierdziła ich istnienie we własnych listach. Co więcej, jej brak Ekbert spisał je nawet w dwu książkach.

Schönau w okolicach Bonn w Niemczech

Gdy się o tej postaci czyta, rzuca się w oczy przede wszystkim to, co w naszych czasach - czasach Faustyny i Jana Pawła II wydaje się oczywiste, a co u średniowiecznej mistyczki wciąż jednak dziwi - jej widzenia, mistyczne przeżycia były po to, by mogła służyć nimi. To nie były piękne przeżycia - "bo tak mi fajnie", żadna tam duchowa konsumpcja. Bliskość Boga dana (no właśnie, dana, a nie zdobyta!) po to, by potem innych do Niego przybliżać. Nic nie leżało jej na sercu tak, jak wewanie do reform Kościoła, do powrotu do ewangelicznego ducha. Jak Katarzyna ze Sieny, nie bała się napominać duchownych nawet (tak, ona, kobieta - coż to znaczyło w średniowieczu!), kiedy zaszła taka potrzeba.
A my to byśmy wszytsko tak chcieli poznać, wszystkiego doświadczyc - bo to tak fajnie. A tu nie ma! Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie.
Jak widać, przesłanie św. Elżbiety wcale nie takie nieaktualne, jej postawa wcale, wbrew pozorom, nie tak wyrwana z dziejowego kontekstu. Nawet i po tysiącu bez mała lat można się czegoś od niej uczyć. Czago to dowodzi? Ano, Duch Święty zawsze jest młody....

I na koniec ciekawostka - nie zachowały sie do dziś relikwie świętej. Zniszczono je w wojnie trzydziestoletniej (1618-1648). Została tylko... głowa.

17.6.09

Facet zupełnie niezwykły



Dziś słowami nie moimi, ale moje tu zupełnie niepotrzebne.
Trafiłam dziś na innym blogu, księżowskim zresztą, o tutaj, na dość ciekawy cytat Proboszcza z Ars. I tak jakoś się postanowiłam w historię tej postaci zagłębić. Tak więc dzielę się tym, co znalazłam:

Henri Ghéon, francuski poeta i dramaturg urodzony ponad sto lat temu, napisał biografię świętego proboszcza z Ars.


W pierwszym rozdziale autor mówi, że życie tego świętego jest przepełnione prostotą i cudami tak, iż przychodzi pokusa by opowiadać je jako bajkę. A brzmiałaby ona mniej więcej tak:

"Pewnego razu we Francji, w prowincji Lion, pewien drobny gospodarz, chrześcijanin, od początku swojego ziemskiego życia kochał samotność i dobrego Boga. A ponieważ panowie z Paryża, którzy wywołali rewolucję, zabraniali ludziom modlić się, dziecko i jego rodzice udawali się na Mszę Świętą do stodoły.

W owym czasie księża żyli w ukryciu, a kiedy któregoś złapano, zwyczajnie ucinano mu głowę.

Z tego powodu Jan Maria Vianney marzył by zostać księdzem. Umiał modlić się, lecz brakowało mu wykształcenia. Pasł owce i pracował na roli.

Do seminarium poszedł dość późno, potykał się na wszystkich egzaminach, lecz ze względu na to, że powołania były wówczas rzadkością, w końcu dostał promocję i otrzymał nominację na proboszcza Ars, gdzie pozostał aż do śmierci. "Ostatni" proboszcz Francji w "ostatniej" francuskiej wsi. Był nim jednak w pełnym tego słowa znaczeniu, co nie zdarza się często. Był nim w całej pełni tak, że "ostatnia" wieś miała "pierwszego" proboszcza, a cała Francja udawała się w podróż, żeby się z nim zobaczyć.

Nawracał wszystkich, którzy do niego przybywali i gdyby nie umarł, nawróciłby całą Francję.


Leczył ciała i dusze. Czytał w sercach jak w książce.

Nawiedzała go święta Dziewica, a szatan wyrządzał mu wiele przykrości, jednak nie zdołał przeszkodzić być człowiekiem świętym.

Został mianowany kanonikiem, następnie kawalerem Legii Honorowej, a w końcu uważano go za świętego.

Lecz dopóki żył, nie zdawał sobie sprawy dlaczego tak się dzieje.

Było to jego najpiękniejsze doświadczenie, bo na taką cześć zasługiwał.

Wszystko to wydarzyło się w wieku dziewiętnastym, który w Raju, gdzie ujawnia się prawdziwa wartość człowieka był nazywany 'wiekiem proboszcza z Ars'. Jednak Francja nawet nie zdawała sobie z tego sprawy."

Czuje się w tym opowiadaniu rękę artysty, który bardzo krótkimi pociągnięciami pióra jest w stanie opisać, prawie całościowo, jego profil osobowy. Jednak autor nagle zatrzymuje się, spostrzegłszy, że w przedstawionej tak różowo rzeczywistości kryje się głęboki dramat, którego rozmiaru, na pierwszy rzut oka, nie podejrzewa się. Nakreślone wydarzenia są prawdziwe. Ów wieśniak z prowincji Lion miał siedem lat, gdy w Paryżu panował terror i pod karą śmierci wygnani zostali wszyscy ci księża, których nie zdołano zmusić do odstępstwa. Wielu z nich zostało zamordowanych. Co więcej, oddziały Konwentu przemierzały okolice Dardilly, gdzie zamieszkiwał, po to, aby zdławić w Lionie powstanie. Kościół był zamknięty. Proboszcz najpierw zrzekł się, zgodnie z tym co mu kazano, wszystkich przysiąg, a następnie przestał pełnić funkcje kapłańskie. Viannejowie co jakiś czas, ryzykując życiem, udzielali gościny niektórym utajnionym księżom. W jednym z ukrytych pomieszczeń, zastawionych wozem z sianem oraz pod strażą trzymaną przez chłopów, Jan Maria w wieku trzynastu lat mógł przyjąć Pierwszą Komunię Świętą, a trzeba pamiętać, że był to czas tak zwanego "drugiego terroru".


Jego powołanie pojawiło się bardzo szybko. Jak sam powiedział - "w następstwie pewnego spotkania ze spowiednikiem", gdy zrozumiał, że zostać księdze oznacza równocześnie być gotowym umrzeć za to posłannictwo.

Ale jeżeli dziecko nie mogło uczęszczać do kościoła parafialnego, tym bardziej nie mogło chodzić do szkoły, która nie istniała.

Pierwszy raz zasiadł w szkolnej ławce, gdy miał siedemnaście lat.

Z desperacją usiłował uczyć się, wspomagany przez pewnego przyjacielskiego księdza, który wierzył w powołanie chłopca. Jednak wyniki były mizerne. Mówił później: "ów ksiądz, przez pięć lub sześć lat, usiłował nauczyć mnie czegokolwiek, lecz był to daremny trud, gdyż nie byłem w stanie niczego utrzymać w głowie". W tym wyrażeniu jest wiele pokory, ale także wiele prawdy.

Trudności w seminarium duchownym, z biegiem czasu, stały się nie do rozwiązania, jeśli wziąć pod uwagę filozofię i teologię. Nadto musiał zdawać egzaminy pisemne i w języku łacińskim komentować.

Jednakże proboszcz z Ecuilly, bardzo szanowany w diecezji, stworzył mu wszystkie możliwe ułatwienia w studiach i egzaminach, doprowadzając do tego, że otrzymał święcenia kapłańskie i stał się jego pomocnikiem.

Kapłaństwo otrzymał w roku 1815 w wieku 29 lat. Był to rok, w którym w Turynie urodził się ksiądz Bosko.

Pierwsze lata nauki ten święty kapłan przebrnął z pomocą w nauce. "Była to wina - powie później Jan Maria Vianney - o której trudno przesądzać przed Bogiem, że dopuszczono mnie do święceń".


Trzeba dobrze zrozumieć, że Jan Maria pragnął tego z całego serca, lecz czuł się niegodny. Z drugiej strony ów proboszcz rozwijał je, gdyż był przekonany, że jest to prawdziwe powołanie, a braki wykształcenia będzie można skompensować poprzez szczególną wiarę. I miał rację. Jan Maria, ze swej strony, był świadom, że otrzymał ogromny i niezasłużony dar.

"Myślę - powie - że Pan chciał wybrać najbardziej ograniczonego człowieka ze wszystkich parafii, aby dać najwięcej dobra. Nie znalazł nikogo gorszego na moje miejsce, okazał więc swoje wielkie miłosierdzie mnie ".

W słowach tych zawarty został cały duchowy dramat, w którego tajemniczą głębię trzeba się dobrze wczuć.

Charyzmatem owego młodego kapłana będzie takie zatracenie się w swojej posłudze i byciu wyłącznie księdzem, szafarzem sakramentów, do tego stopnia, że całkowicie zatopi się w darze kapłaństwa.

Proboszcz z Ars stał się patronem wszystkich parafii na świecie, ponieważ żył nieodpartą potrzebą unicestwienia swojej osoby w relacji z otrzymanym bez żadnej zasługi darem i zatraceniu siebie w jego wypełnianiu. A uczynił to jednocześnie poprzez pokutę, wyniszczając fizycznie, w najbardziej twardych umartwieniach, swoją ludzką naturę.

Powiedziałem: "potrzeba szaleństwa". Proboszcz z Ars powie o sobie, że nie był w stanie zrozumieć pokusy pychy. Przeżywał rozpacz z powodu poczucia ogromnej dysproporcji, niechęci by tworzyć nierówność, która uspokaja się jedynie w opuszczeniu samego siebie dla Boga.

Ważnym jest abyśmy wychodząc od niektórych naszych doświadczeń, dobrze zrozumieli wszystkie korzenie owego dramatu.

Wielokrotnie chrześcijanie czują się ograniczeni ludzką ograniczonością swoich kapłanów. Powiadają: "nie umie głosić kazań" albo "nie zna problemów ludzi", "nie jest człowiekiem świętym", "jest takim samym grzesznikiem jak wszyscy?", "dlaczego mam się przed nim spowiadać, skoro jest gorszy ode mnie??" i temu podobne.

Zbierzcie razem wszystkie te uwagi odnoszące się do kapłanów, które w waszym doświadczeniu przeżyliście lub usłyszeliście. Zatem, najpoważniejszym ich aspektem jest fakt, że oddają nagą prawdę o szafarzu, jednak to, co jest ważne, to święte działanie Boga, które wypełnia się poprzez owego człowieka.

Ów święty z Ars, wobec siebie i przed Bogiem, osobiście ucieleśnia ten znamienny dramat.

"Kapłana - powiada - zrozumie się jedynie w niebie. Gdybyśmy to pojęli na ziemi, umarlibyśmy, nie ze strachu lecz z miłości?Po Bogu kapłan jest wszystkim. Pozostawcie przez dwadzieścia lat jakąś parafię bez księdza, a zacznie się tam oddawać cześć zwierzętom!"


Ars

Lecz z drugiej strony dodaje:

"Jakże przerażające jest być księdzem! Jakże godny opłakiwania jest ksiądz odprawiający Mszę Świętą jak coś powszedniego! Jakże nieszczęśliwy jest kapłan bez życia wewnętrznego!"

Tak naprawdę, nie był to jego problem. Co więcej, gdy odprawiał Mszę Świętą wydawało się, że widzi Boga, tak bardzo było to poruszające.

Jednak żył w niepokoju wynikającym z faktu, że był proboszczem i ponosił odpowiedzialność za całą parafię, a nie czuł się tego godny. Stale, aż do ostatnich chwil swojego życia, miał nadzieję, że zostanie od tej odpowiedzialności uwolniony po to, żeby nie musiał - jak powiadał - "udać się prosto z parafii na sąd Boży".

Będzie bez przerwy, aż do ostatnich dni przed śmiercią, odczuwał ustawiczny lęk, aby nie ulec pokusie rozpaczy.

Trzy razy usiłował, pod osłoną nocy uciekać, aby udać się do biskupa i poprosić o pozwolenie na wycofanie się na odosobnienie "aby opłakiwać swoje grzechy".

Ostatni raz uczynił to dokładnie wtedy, gdy był podziwiany w całej Francji, trzy lata przed swoją śmiercią. Uciekał nocą, podczas gdy parafianie, podejrzewając coś, czuwali by go zatrzymać; najbliżsi współpracownicy otoczyli ze wszystkich stron, prosząc o to, aby odmówić wspólnie poranne modlitwy. Schowali przy tym jego brewiarz do czasu, aż tłum parafian nie zatarasował drogi, z płaczem prosząc by pozostał:

"Księże proboszczu, jeżeli sprawiliśmy jakąś przykrość, prosimy, powiedz, a uczynimy wszystko co zechcesz by sprawić Tobie radość."

Pozwolił zaprowadzić się jak "więzień" (w sensie duchowym) do kościoła, do swojego konfesjonału, mówiąc do siebie "co stałoby się z tak wieloma grzesznikami?"

Następnego dnia, gdy przypomniano mu wydarzenia z ubiegłej nocy, odpowiadał pokornie: "zachowałem się jak dziecko!"

Nie uciekał jednak z powodu trudów, ale dlatego, że nie czuł się godny.

"Nie ubolewam nad tym - powiadał - że będąc księdzem muszę odprawiać Mszę Świętą, lecz nie chciałbym być proboszczem".

Uważał, że nominacja wynikała z faktu, iż biskup pomylił się w ocenie jego zdolności, a on zachował się jak hipokryta chcący ukryć swoją nędzę.

"Jakże jestem nieszczęsny! Wszyscy, nawet Monsignor, został oszukany na mój temat! Muszę pozostać hipokrytą!"

Mówiąc prawdę, niejeden go lekceważył. Pewien proboszcz z sąsiedniej parafii, widząc jak jego penitenci udają się w podróż w kierunku Ars, pisał do niego w liście:

"Drogi proboszczu, gdy ma się tak nikłą wiedzę teologiczną, nie powinno się nigdy zasiadać w konfesjonale".

Inny, po prostu, wygłaszał przeciw niemu kazania.

Jan Vianney odpowiedział:

"Mój najdroższy i ukochany współbracie, jakże wiele powodów mam by darzyć Cię miłością! Jesteś jedynym który mnie dobrze poznał!"

Prosił go przy tym usilnie, aby pomógł mu otrzymać od biskupa uwolnienie od tego ciężaru, ponieważ: "będąc postawiony w takim miejscu, do którego zajmowania nie jestem godzien z powodu mojej niewiedzy, mógł wycofać się na ubocze i opłakiwać swoje biedne życie".

Jednak owo tak pokorne i bolesne mniemanie o sobie - trzeba to dobrze zrozumieć - nie wynikało ze smutnego charakteru, melancholii czy strachu. Przeciwnie, był to człowiek wesoły, zdolnym do humoru. Wypływało ono raczej z dwu różnych względów.

Było, niewątpliwie, wynikiem uwarunkowań historycznych i kulturowych. Otrzymał bardzo surowe wykształcenie, naznaczone piętnem jansenowskiego rygoryzmu, pełne niepokoju o tajemnicę przeznaczenia i potępienia.

Początkowo stosował go w kazaniach i względem swoich penitentów. Później coraz bardziej ustępował miejsca zachwytowi nad ogromną miłością Boga. Coraz bardziej wnikał w to pewien mistycyzm.

Sam ujawnił to jednej ze swoich penitentek:

"Córko moja, nie proś Boga o to, abyś całkowicie poznała swoją nędzę. Ja o to kiedyś prosiłem i trzymałem. Gdyby Bóg wówczas mnie nie podtrzymał, byłbym natychmiast popadł w rozpacz!"

Innym razem, do swojej współpracownicy w dziele duszpasterskim, tak powiedział:

"Prosiłem Boga o poznanie mojej nędzy. Poznałem, i tak zostałem zgnębiony, że modliłem się o pomniejszenie poczucia winy jakiego doświadczyłem. Wydawało mi się że nie będę mógł tego znieść".

Innym razem wyznał:

"Jestem tak bardzo przestraszony z powodu mojej nędzy, że natychmiast błagałem o łaskę jej zapomnienia. Bóg mnie wysłuchał, lecz pozostawił mi wystarczające światło, abym poznał, że wcale nie jestem dobry".

Musimy bardzo uważać. W życiu wielu mistyków znajduje się tego rodzaju doświadczenie, pewien rodzaj "nocy ciemnej", koniecznej dla uczestnictwa w tajemnicy męki Chrystusa, poczucie całkowitego opuszczenia w rękach Ojca i nasycenie Jego miłością.

"Bóg jest wszystkim, a ja niczym" to również wyrażenia świętego Augustyna, świętego Franciszka, świętej Katarzyny ze Sieny, a także niektórych młodych świętych naszych czasów.

W życiu proboszcza z Ars to doświadczenie całkowicie łączy się z posłannictwem, o którym już mówiłem; stać się całkowicie kapłanem, bez jakiejkolwiek ludzkiej pychy, wniknąć w moc łaski, jaką Bóg obdarza swoje stworzenia.

"Dobry Bóg, który niczego nie potrzebuje, chociaż jestem nieuczonym księdzem, pouguje się mną do wykonania wielkiej pracy. Gdyby miał innego proboszcza, który miałby więcej ode mnie powodów do upokorzenia się, wziąłby go i uczynił poprzez niego sto razy więcej dobra."

Ale jak w tej "mistycznej nocy" żył proboszcz z Ars? Przede wszystkim nie był pewny czy nie traci czasu na "lizanie ran", jak to się nieuchronnie dzieje, gdy zamiast świętej pokory, chodzi jedynie o kompleksy psychiczne.

Ofiarowuje całe swoje człowieczeństwo na Bożą służbę. Przede wszystkim ze świadomością konieczności "umartwienia się".

Jeszcze dzisiaj robią wrażenie używane przez niego narzędzia pokutne, opowiadania o stylu życia, praktykowanych postach, czuwaniach, braku jakichkolwiek fizycznych wygód.

Jeżeli spał, to niewiele godzin na gołej pryczy, jeśli je, to niewiele, zadowalając się garnkiem gotowanych ziemniaków, które musiały mu starczyć na kilka dni. Biczował się do omdlenia, a czynił to przede wszystkim dlatego, że był proboszczem, a zatem do niego należała modlitwa o przebaczenie grzechów dla swoich dzieci. Spowiadał wiele, a więc musiał podjąć wielką pokutę za grzeszników, którzy na nią zasługiwali.

"Mój Boże, udziel łaski nawrócenia mojej parafii. Jestem gotów cierpieć wszystko, co tylko zechcesz, przez całe moje życie? byleby się nawrócili."

Z drugiej strony, gdyby nie opanowywał w ten sposób swojego ciała i swojej wrażliwości, jak mógłby wytrzymać w tym powołaniu, które go uwięziło na więcej niż dwadzieścia lat w konfesjonale, nieprzerwanie przez piętnaście do szesnastu godzin dziennie, bez możliwości wyczerpania kolejki penitentów, którzy schodzili się z całej Francji, prosząc usilnie o spowiedź?

Każdy szczegół z życia świętych, aby nie wydawał się dwuznaczny, powinien być oglądany przy jednoczesnej świadomości całego obrazu, jaki nakreślił w nich Bóg.

Z drugiej strony, proboszcz z Ars żył stałą troską, aby być dla swoich wiernych dobrym pasterzem.

Przede wszystkim uczyć ich.

Poprzednik w jednej ze swoich relacji pozostawił zapis, że ludzie w owej okolicy byli tak niedouczeni, tak pozbawieni wiedzy religijnej, że większość dzieci "nie różniła się od zwierząt tylko otrzymanym Chrztem". To samo tyczyło się dorosłych mężczyzn, dalekich od Kościoła albo rzadko i od niechcenia chodzących do Kościoła.

Spotykał ich wszędzie, znał każdego, przyciągał ich poprzez kazania, które trwały nawet godzinę. Czasami się mylił, niekiedy wzruszał albo przerywał, a wskazując na tabernakulum, tonem który rozbrajał, mówił: "On tam jest ".

Zwracał się do nich na ty, używając ich języka, ich porównań.

Trzeba powiedzieć, że nie był inteligentem. Kazania ujawniały żywość języka oraz podstawy budzące podziw.

Oto jak mówił do swoich wiernych o ich budzących obrzydzenie modlitwach, opisując typową rodzinę:

"W domu w najmniejszym stopniu nie myśli się o pomodleniu się przed jedzeniem, ani o dziękczynieniu po posiłku, ani nawet o Anioł Pański. Uważam, że mówicie je z powodu starego przyzwyczajenia, a przy tym czujecie się źle. Kobiety wypowiadają słowa modlitwy w czasie krzątaniny i wołania podniesionym głosem na dzieci i domowników, mężczyźni w tym czasie obracają w rękach beret albo kapelusz, jakby chcieli przekonać się, czy nie ma w nim dziury.

Myślą o Panu jakby mieli pewność, że On naprawdę nie istnieje i jest czymś śmiesznym."

Innym razem o miłości Boga:

"Nasz Pan jest na ziemi jak matka, która swoje dziecko nosi na rękach. Dziecko to jest niegrzeczne, kopie ją, gryzie, drapie, lecz matka nie daje ku temu żadnego powodu. Wie jednak, że gdy je uwolni, dziecko upadnie, ponieważ samo chodzić nie może.

Oto jaki jest nasz Pan. Znosi wszystkie nasze złe zachowania, znosi całą naszą arogancję, przebacza nam wszystkie głupstwa, ma dla nas miłosierdzie wbrew nam samym".

I jeszcze na temat pychy:

"Oto taki, co jest pełen niepokoju, który czyni wokół siebie zgiełk, który chce dominować nad wszystkimi, który chce powiedzieć słońcu 'przestań świecić, mnie pozostaw oświetlanie świata!?' Pewnego dnia ów pyszny człowiek zostanie zrównany z pyłkiem popiołu i poniesiony przez rzekę w dal? aż do morza."

Taka oto jest kultura pastoralna Proboszcza z Ars.

Innymi razy rzecze:

"Nie usiłujmy pozbyć się Pana jak kamyka z buta."

Albo:

"Biedny grzesznik jest jak dynia, którą gospodyni rozcina na czworo i znajduje się w niej pełno robactwa."

Albo:

"Grzesznicy są czarni jak rura w piecu"

Jedną sprawą jest wykaz fraz, inną zobaczyć i poczuć jak rodzą się w sercu i drążą duszę.

Jest faktem, że wychodząc z Kościoła wszyscy mówili: "Żaden kapłan nie mówił nam tak o Bogu jak nasz proboszcz".

Biskup jego powiadał: "Mówi się, że proboszcz z Ars nie jest wykształcony, lecz ja nie wiem czy to jest prawdą. Jestem jednak przekonany, że Duch Święty zajął się jego oświeceniem".

Aktywność duszpasterska (a nadto zbudowanie sierocińca dla dzieci a następnie Instytutu dla kształcenia dzieci) dotyczyła trzech aspektów życia parafialnego, które określił on jako oznaki głębokiej dechrystianizacji, w jakiej była uwikłana ówczesna Francja.

Z drugiej strony, praca w dni świąteczne, zwyczaj przeklinania to znaki wypływające z praktycznego ateizmu, poprzez które neguje się fakt istnienia Boga, a o którym mówi się że się w Niego wierzy.

Wiedział, że dla chłopów, praca w dni świąteczne oznaczała przywiązanie do pieniądza, oznaczała dehumanizację życia. Nie bez powodu panowie z Paryża nieco wcześniej usiłowali znieść święta i niedziele, aby je zastąpić dekadami; jeden dzień laickiego wypoczynku na każde dziesięć, aż się zapomni Dzień Pański i dni święte.

Jan Maria Vianney nie zaznał spokoju, dopóki w kwestionariuszu swojej parafii nie mógł zapisać, że w dni świąteczne pracuje się "rzadko", a przechodzący obcokrajowcy byli zdziwieni widząc trzech wozaków przy spłoszonym koniu, który tratował wóz, że nie zdenerwowali się ani nie przeklinali.

Zrobiło to na nich tak wielkie wrażenie, iż opowiadali to jako obiegową nowinę.

Wydał walkę knajpom, które nazywał "sklepami diabła, miejscem, gdzie sprzedaje się dusze, gdzie niszczy się rodziny, zdrowie, gdzie zaczynają się kłótnie, gdzie staje się mordercą".

Zanim zaczniemy się śmiać, pomyślmy o miejscowości, którą zamieszkuje dwustu siedemdziesięciu mieszkańców w czterdziestu domach, a wśród których znajdują się cztery gospody, z czego dwie oparte o kościół.

Pomyślmy o nich jako o miejscach alternatywnych dla kościoła w dniach świątecznych oraz miejscach alternatywnych dla własnych domów w długie wieczory i noce. Pomyślmy o nich jako o miejscach, gdzie sprzedawano środek odurzający jakim wówczas było wino, gdzie traci się potrzebne rodzinie pieniądze, i gdzie w czasie upojenia znajdowały pożywkę nienawiść i kłótnie.

Kazania i interwencja proboszcza były tak stanowcze, że najpierw zmuszeni byli zamknąć dwie knajpy blisko kościoła a następnie dalsze.

Siedmiokrotne próby otwarcia ich na nowo, poszły na marne.

Trzecia sprawa duszpasterska to "taniec". Proboszcz powiadał, że "diabeł otacza tańce jak mur otacza ogród", a osoby, które do niego wchodzą "pozostawiają swojego Anioła Stróża u drzwi, podczas gdy zaczyna go zastępować diabeł i w pewnej chwili na sali jest tyle demonów ilu tancerzy".

W tamtych czasach, tańce ludowe i najazdy tancerzy z jednej miejscowości do drugiej, były prawie jedynym sposobem, w jaki szerzyło się nieprzyzwoite zachowanie i stroje, a którego rodzina nie była w stanie powstrzymać. I o ile chce się być modnym, trzeba pamiętać, że nieczystość młodzieży, niewierność małżeńska, rozpusta wyrażana gestami czy poprzez niektóre tańce, nigdy nie były cnotami chrześcijańskimi i nie są nimi także dziś.

Również te wady społeczne powoli i prawie w całości znikły z powodu miłości i szacunku jaki ludzie otaczali tego świętego człowieka, który za nich modlił się i czynił pokutę.

Działanie edukacyjne odbywało się przede wszystkim w konfesjonale.

Około roku 1827 zaczęła się szerzyć opinia o jego świętości. Na początku przychodziło piętnastu do dwudziestu pielgrzymów dziennie. W roku 1834 liczono ich na trzydzieści tysięcy rocznie, która to liczba powiększyła się w ostatnich latach jego życia od osiemdziesięciu do stu tysięcy.

Stało się konieczne zorganizowanie stałej, codziennej służby transportowej z Lionu do Ars. Co więcej, trzeba było na stacji Lion otworzyć specjalne okienko, gdzie sprzedawano bilety w obie strony, ważne osiem dni (bilety, które wówczas były czymś szczególnym), biorąc po uwagę fakt, że potrzeba było średnio tygodnia na wyjazd do spowiedzi.

Zaczęła się prawdziwa misja proboszcza i jego "męczeństwo w konfesjonale".

W ciągu ostatnich dwudziestu lat przebywał w nim średnio 17 godzin dziennie, rozpoczynając około pierwszej albo drugiej w nocy, w okresie ładnej pogody, a około czwartej w okresie pogody złej i kończąc późno w nocy.

Jedyne przerwy robił dla odprawienia Mszy Świętej, modlitwę brewiarzową, katechezy i kilka minut na skromny posiłek.

W okresie lata było tak duszno, że pielgrzymi musieli, od czasu do czasu, wychodzić na zewnątrz dla zaczerpnięcia powietrza aby móc wytrwać. W zimie było przejmująco zimno:

"Pytałem: jak można wytrzymać tak wiele godzin, w tak surowej pogodzie, bez możliwości rozgrzania nóg?". "Mój przyjacielu - rzekł - sprawa polega na tym, że od Wszystkich Świętych do Wielkanocy nie czuję nóg wcale ".

Ale to umartwienie, stałe otoczenie tłumem, niezależnie od pory dnia, nie było jego największym cierpieniem.

Cierpienia dostarczały mu fale grzechów i zło jakie wylewało się na niego jak trudne do zniesienia morze błota.

"To wszystko, co wiem na temat grzechu - powiadał - nauczyłem się od nich".

Słuchał ich, czytał w nich jak w otwartej księdze, ale przede wszystkim nawracał.

Często starczało mu czasu na niewiele słów, a miał w ostatnich latach głos tak pełen żałości, że trudno go było słuchać. Jednak penitenci odchodzili od jego konfesjonału poruszeni.

"O gdybyż Pan nie był tak dobry! - mówił - a jest bardzo! Co złego wam Pan uczynił, że musicie traktować Go w taki sposób!"

Albo inaczej:

"Dlaczego mnie tak bardzo obraziłeś? - pewnego dnia Pan powie do ciebie - a nie będziesz wiedział co odpowiedzieć".

Bardzo często, a przede wszystkim, gdy stawali przed nim grzesznicy mało świadomi swoich grzechów, święty proboszcz zaczynał płakać. Było to znamienne doświadczenie na własne oczy prawdziwego bólu, prawdziwego cierpienia tak, że przez chwilę mogłeś dostrzec ból Boga spowodowany twoim złem, ucieleśniony w obliczu spowiadającego cię kapana.

Jan Paweł II, wygłaszając kazanie dla kapłanów na placu w Ars, w październiku pewnego roku, mówił o konieczności dawania wiernym owego świadectwa przebaczenia.

Powiedział wtedy:

"Wiem, że napotykacie na wiele trudności, brak kapłanów, a przede wszystkim niechęć wiernych dla Sakramentu Przebaczenia. Mówicie, że od dłuższego czasu nie przychodzą spowiadać się. Czyż nie kryje się za tym brak wiary, brak poczucia grzechu, brak poczucia pośrednictwa Chrystusa i Kościoła, pogarda dla praktyki, z której pozostały jedynie deformacje związane z przyzwyczajeniem?

Zauważmy, że Jego zastępca na ziemi powiedział o proboszczu z Ars:

'Nie ma w tej parafii zbyt wiele miłości Boga, wy ją wprowadzajcie'. A święty z Ars odnalazł także tych penitentów mało żarliwych. Dzięki jakiej tajemnicy, przyciągał jednocześnie wierzących i niewierzących, świętych i grzeszników? W rzeczywistości, ów święty, surowy w tak wielu kazaniach, nieprzejednany względem grzechu, był, podobnie jak Jezus, bardzo miłosierny w spotkaniu z każdym grzesznikiem. Opat Monnin powiadał o nim: 'jest płomieniem łagodności i miłosierdzia'. Płonął miłosierdziem Chrystusa."

Dożył 73 lat, miał długie białe włosy, ciało kruche i zniszczone, a oczy zawsze głębokie i błyszczące. W czasie gorącego lata roku 1859, czwartego sierpnia, umarł spokojnie, bez strachu "jak lampa, w której skończyła się oliwa", "mając - jak mówił jeden ze świadków - w oczach nadzwyczajny wyraz wiary i radości."

Jego parafianie zgromadzeni wokół swojej ubogiej plebani, rozwiesili namoczone płótna, aby zbytnio, przynajmniej w tych ostatnich dniach, nie cierpiał z powodu straszliwego upału.

Przez dziesięć dni i nocy śmiertelne szczątki wystawione były w owej kaplicy, gdzie tak wiele wysłuchał spowiedzi, a pielgrzymi przechodzili nieprzerwanie tysiącami.


Powracam do tej samej wypowiedzi papieża, który parafrazując tytuł pewnej włoskiej powieści, jednak w znaczeniu przeciwnym powiedział:

"Chrystus naprawdę zatrzymał się w Ars, w okresie w jakim był tu Jan Maria Vianney. Tak, zatrzymał się i zobaczył rzesze mężczyzn i kobiet z tamtego wieku, zmęczone i wyczerpane jak owce bez pasterza. Chrystus zatrzymał się tutaj jako Dobry Pasterz. 'Dobry pasterz, ukształtowany według serca Boga - powiadał Jan Maria Vianney - jest największym skarbem, jaki Bóg może przydzielić parafii. Jest to najcenniejszy dar Bożego miłosierdzia'."

Tego wszystkiego potrzebujemy także w naszych czasach.

Antonio Sicari "Nowe Portrety Świętych" - Święty Jan Maria Vianney

(tłumaczył Jerzy Kąkol)


źródło