Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Człowiek - trzcina na wietrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Człowiek - trzcina na wietrze. Pokaż wszystkie posty

27.2.12

No i wyszło szydło z worka..

Oj, to już dawno było czuć w jego "filozofii", daawno. Za gosc.pl



Barbara Gruszka-Zych

Guru ateistów – prof. Richard Dawkins na pytanie abpa Rowana Williamsa czy „Bóg istnieje?” odpowiedział: „Nie mogę być pewien, że nie”. Wydaje się, że przez tę szczelinę, w głowy jego wyznawców zaczną się sączyć wątpliwości.

Chciałoby się napisać – i bardzo dobrze! Dotąd, ten najsłynniejszy światowy ateista, nazywany przez media "rottweilerem Darwina" nieustępliwie krzyczał z ambony swoich książek, że Boga nie ma. Wiarę nazywał wirusem, zgubnym przekonaniem, które w żaden sposób nie jest oparte na dowodach, a poprzez to stanowi jedno z największych zagrożeń współczesnej cywilizacji. W 1991 w eseju „Wirusy umysłu” po raz pierwszy użył złośliwego określenia: "zarażony wiarą". Teraz okazało się, że w jakichś setnych procenta też został nią zainfekowany. Publiczna debata na temat roli religii w życiu publicznym Wielkiej Brytanii, podczas której przyznał, że odtąd woli nazywać się agnostykiem, niż ateistą, odbyła się 22 lutego na Oxford University. Oprócz słynnego ewolucjonisty wziął w niej udział duchowy pasterz Kościoła anglikańskiego - abp Rowan Williams. - Jestem przekonany na 6,9 w 7- stopniowej skali co do idei ateistycznej – powiedział twórca „ Boga urojonego”. Dodał jednak, że nie może stwierdzić w 100%, że nie istnieje jakiś stwórca świata.

Wydaje się, że ten brytyjski zoolog, etolog, publicysta dopiero teraz, jak przystało na prawdziwego naukowca - przyznał, że nie wie wszystkiego. Swoim stwierdzeniem potwierdził, że świata nie można do końca zbadać i zdiagnozować. Zawsze pozostaje pole tajemnicy, obszar, niezagospodarowany przez żadną dyscyplinę naukową. Niepewność i zawsze niepełna wiedza, będące siłą napędową poszukiwaczy. Dotąd prof. Dawkins głosił wszem i wobec, że Boga nie ma. Stracił wiarę, w wieku 16 lat, kiedy poznał teorię ewolucji i stwierdził, że jest ona w stanie wytłumaczyć złożoność życia w materialistycznych kategoriach. Jak się okazuje po latach ta pewność przestała mu wystarczać. Wyłom w myśleniu prof. Dawkinsa i jego spójnej dotąd koncepcji świata zapewne zbulwersował jego wiernych wyznawców. Dziś, kiedy światopogląd wielu kształtują media, a niewątpliwie prof. Dawkins jest ich gwiazdą, jego stwierdzenie powinno dać wiele do myślenia przekonanym, że jesteśmy skazani tylko na „jedną przestrzeń”.


Swoja drogą warto przeczytać nowo wydaną książkę NA WSKROŚ NAUKOWĄ pt. "Duchowy mózg"


Albert Einstein pisał: Falls Gott die Welt geschaffen hat, war seine Hauptsorge sicher nicht, sie so zu machen, dass wir sie verstehen können.

Jeżeli Bóg stworzył świat, Jego największym zmartwieniem nie było na pewno tak go skonstruować, żebyśmy go mogli rozumieć. :)

2.12.11

Ojcze nasz

Znalezione w sieci....

Wieczorna modlitwa początkującego misjonarza.

Ojcze nasz…
A Ojciec brzmi tutaj inaczej… Malgasze mówią "Andriamanitra", czyli Pachnący Książę. A tata to "Baba" i ciężko go tutaj spotkać, bo tyle kobiet samotnie wychowuje kilkoro dzieci…

któryś jest w niebie…
Niebo jest tak bardzo błękitne, bezchmurne… A w porze deszczowej ciemne, pomrukujące, budzące trwogę, siekące co dzień bezlitośnie deszczem i błyskawicami. Często brniemy w wodzie do pasa, w drodze do oddalonych w buszu wiosek gdzie na nas czekają. Boimy się krokodyli.
święć się imię Twoje…
Jak mówić o Tobie? Jak powiedzieć, że ich kochasz, że jesteś blisko? A oni tacy biedni. A półnagie dzieci dziś z uśmiechem dzieliły jednego cukierka na czworo. Papierek obejrzany wielokrotnie dostał się najmniejszej dziewczynce. Złożony starannie w kostkę trafił do kieszonki. Ale przecież Ty też nie jesteś biznesmenem. Jesteś blisko cierpiących, głodujących i zapomnianych. Czy to nie Ty w Europie wysiadujesz na zimnie pod supermarketem i prosisz o kawałek chleba? Czy nie jadasz zupy w Caritasie? Czy nie zachodzisz w głowę, co dziś włożyć do garnka i z czego zapłacić za prąd? A tutaj - gdzie jesteś? Bo my tu nie mamy supermarketów… Mamy jednak ledwo trzymające się na nogach staruszki, które proszą chociaż o garść ryżu; mamy nienajedzone dzieci, które pod naszym kościołem od piątej rano czekają na spadające z drzew mango; mamy ludzi, którzy w pocie czoła całymi dniami ciężko pracują, by starczyło na ryż. A może jesteś wszędzie tutaj! Dali Ci wizę?
przyjdź królestwo Twoje…
Prosimy i czekamy wszyscy, śpiewając i trzymając się za ręce w czasie znaku pokoju.
bądź wola Twoja…
Biały wśród czarnych. Tak tu gorąco. Tak często ciężko. Pół roku suszy i pół roku powodzi. Świat, w którym żyłem, został daleko. A pewna kobieta powiedziała mi przed wylotem: Wakacje po trzech latach? Czy to nie marnotrawstwo? Lepiej przylecieć później, a pieniądze biednym dzieciom rozdać…". A ktoś inny dodał: "Ksiądz gruby… Dobrze, nie będzie musiał tyle tam jeść. Ma zapas!". Nie chciałem tu przylatywać, a teraz nie zamieniłbym tego na nic innego.
jako w niebie, tak i na ziemi…
Dlaczego stworzyłeś tutaj ziemię czerwoną, porośniętą tajemniczym buszem? Pełną niespodzianek i niebezpieczną a zarazem tak piękną…
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…
Jaki chleb? Jaki powszedni? Chleb jest tylko w miastach - tam gdzie żyją biali i bogaci. My tu wszyscy jemy ryż. Trzy razy dziennie: ryż, ryż, ryż.
i odpuść nam nasze winy…
Byśmy nie byli nigdy zgorszeniem dla tych najmniejszych, byśmy nie wypaczyli Twego obrazu w patrzących na nas dziecięcych oczach.
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…
Naucz nas kochać, naucz nas dawać, naucz nas czuwać przy drugim człowieku.
i nie wódź nas na pokuszenie…
Strzeż nas w dzień i w noc, byśmy nie stracili światła, byśmy nie wypuścili Twej dłoni.
ale nas zbaw ode złego.
Amen.

Jedyne słowo takie samo. Amen. Niech tak się stanie.

Więc proszę:
Pachnący Książę, który zamieszkujesz to piękne, lazurowe niebo,
Bądź uwielbiony w tym ubogim ludzie.
Jeśli Twoje królestwo jest jeszcze piękniejsze niż malgaska ziemia, to czekamy na nie.
Z nadzieją przyjmujemy Twoją wolę
- Jak w tym błękitnym niebie, tak i tu, na tej czerwonej ziemi.
Niech nam nigdy nie zabraknie ryżu.
Wybacz nam pychę, lenistwo, chciwość i zło,
Choć my nie zawsze wybaczamy innym.
Wybacz nam nasz egoizm
I uchroń nas przed wszystkimi zagrożeniami,
Przed "trombą", "gri-gri" i tymi, którzy tutaj tańczą nocami po cmentarzach.
I wprowadź nas do Twojego Królestwa Miłości,
Bo jesteśmy jej spragnieni jak wzrastający w czasie suszy ryż.
Amen.

Jedyne słowo takie samo jak w Polsce.
Jedyne słowo.
Niech tak będzie, niech tak się stanie.
Cała reszta inna.
A może jednak nie?
AMEN


ojciec Dariusz Marut CSSp

1.5.11

Habemus beatem - Iskra, która przygotuje świat

Zamiast dziś o papieżu pisać, wstawię tylko




Gaude, mater Polonia,
O ciesz się, Matko-Polsko,
prole fecunda nobili.
w sławne potomstwo płodna!
Summi Regis magnalia
Króla królów i najwyższego Pana wielkość
laude frequenta vigili.
Uwielbiaj chwałą przynależną.








Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego.

848 Wtem usłyszałam glos podczas odmawiania tej koronki: O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronką. Zapisz te słowa, córko moja, mów świa­tu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione mi­łosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła. O dusze ludzkie, gdzie się schronicie w dzień gniewu Bo­żego?

1731 (93) Dziś zbudziła mnie wielka burza, wicher szalał i deszcz, ja­koby chmura była oberwana, co chwila uderzały pioruny. Zaczę­łam się modlić, aby burza nie wyrządziła żadnej szkody; wtem usły­szałam te słowa: Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą moją.

1732. Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje.

s. Faustyna Kowalska: Dzienniczek




26.4.11

Świat na głowie

Czyli katolickie organizacje, jak to się mówi "pro choice" niby, a proaborcyjne de facto...
Ech...
co nieco więcej TU
i, rzecz jasna, brawa dla siostry Chmielewskiej.

18.3.11

Jak magnes


Liturgia – tak jak każda inna modlitwa – zasadza się głównie na uwadze. Podczas Mszy świętej ćwiczymy się w koncentracji na Bogu, poprzez skupienie się na ofierze i darze, których Jezus dokonał z samego siebie w konkretnym historycznym wydarzeniu, i które, w sposób mistyczny, dokonują się bez przerwy w Duchu Świętym, zarówno w naszych sercach, jak i na ołtarzu. I chociaż nasza uwaga ulega nieustannemu rozproszeniu (kiedy na przykład z ciekawością obserwujemy nowe twarze w kościele, czy też kartkujemy parafialny biuletyn), to uwaga i skupienie Jezusa na nas nigdy nie maleją, tak że nawet nie przeszkadza mu nasze roztargnienie. Brak w tej uwadze wzroku pełnego wyrzutu, czy rozczarowania. Choć my jesteśmy niewierni, On pozostaje wierny, bo musi przecież pozostać wiernym samemu sobie. Fakt ten jest, przynajmniej dla człowieka wierzącego, nie do wyrażenia tajemnicą Eucharystii przemieniającą się w błogie przyciąganie prawdziwej Obecności, przyciąganie, któremu nie można się oprzeć.

Źródło

27.11.10

Nigdy więcej

Nigdy więcej nie wykonam procedury in vitro

Mogłem to jeszcze przemyśleć. Ale wiedziałem, że nie zostanę przy programie in vitro ani minuty dłużej, z uwagi na szacunek dla życia. Świadectwo doktora Tadeusza Wasilewskiego.


Rozpocząłem leczyć bezpłodność małżeńską, gdy od siedmiu lat byłem już lekarzem medycyny. To było dokładnie 1 kwietnia 1993 roku. Zacząłem zdobywać wiedzę na temat niepłodności i nie ukrywam, że bardzo mnie to pociągało. Była to medycyna bardzo wysublimowana, bardzo cząstkowa. Medycyna, która rzeczywiście daje dużo satysfakcji kiedy wyniku pomocy lekarza pojawia się dziecko. Ale jest to również medycyna, która powoduje dużo frustracji, kiedy tego dziecka nie ma. Jest to codzienna, żmudna praca. I chcę, żebyście Państwo wiedzieli, ze jest to praca w soboty i w niedziele, w Boże Narodzenie, w pierwszy dzień i drugi dzień Wielkanocy, bo jajeczkowanie nie czeka i lekarz musiał być cały ten czas dyspozycyjny. Musi więc to kochać. Musi wiedzieć, że idąc do pracy realizuje siebie jako osobę, jako lekarza, realizuje się zawodowo.

Podczas tej pracy poznałem problem, jakim jest niepłodność małżeńska. Otóż dzisiaj oddziaływanie tego problemu na osobę ludzką porównywane jest do oddziaływania takiej wady wrodzonej, którą możemy zobaczyć na ulicy. Ludzie się tego wstydzą, nie chcą o tym mówić. Rozmawiają między sobą wtedy, gdy wiedzą, że rozmówca ma te same kłopoty. Otwierają się w gabinecie lekarskim. Jest to bardzo intymne. Jest też często ? tak wynika z moich obserwacji ? bardzo upokarzające dla danej pary małżeńskiej. Oni czują się gorsi. Oni się czują inwalidami w społeczeństwie. Ich pragnienie posiadania potomstwa nie może się zrealizować.

Celowo używam sformułowania ?pragnienie posiadania potomstwa?. Bo kiedyś mówiłem ?prawo do potomstwa?. Bycie ginekologiem w klinice leczenia niepłodności, to nie tylko bycie takim fizycznym lekarzem. Badanie USG, badania kliniczne, badania hormonalne, zastrzyk... następna pacjentka proszę. Tak pracując, nigdy nie osiągniemy sukcesu. Bycie ginekologiem leczącym niepłodność, to bycie człowiekiem z wielkim sercem, pracującym miłością, pracującym cierpliwością, To wielokrotnie umiejętność doznawania uczucia pokory i spuszczania głowy, bo natura jest silniejsza. Tego uczyła mnie codzienna moja praca. W trakcie kilkunastu lat pracy w tej klinice poznałem wielu ludzi z całego świata. Przyjeżdżali do naszej kliniki ludzie z całej Polski. Ze Szczecina, z Zakopanego, z Wrocławia, z Poznania. Przyjeżdżali również Polacy mieszkający w Stanach Zjednoczonych, mieszkający w Kanadzie. Nawet mieliśmy taką pacjentkę, która przyjechała do Białegostoku z Nowej Zelandii. Mówię o tym celowo, bo chcę Państwu uzmysłowić, jak mocno zdeterminowani są ludzie, którzy starają się o upragnione dziecko, a nie posiadają tego dziecka.

Ktoś zauważył na początku mojej pracy, że mam dużo cierpliwości. Musiałem mieć jej rzeczywiście wiele, bo zacząłem uczyć się rozumieć tych ludzi. Nie można uciąć z nimi rozmowy ot tak sobie, w połowie zdania, bo jeszcze czeka 10 pacjentek. Można tą rozmowę skrócić, ale nie raniąc tego człowieka. Tak sobie cały czas wyobrażałem bycie lekarzem i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Pracując w klinice leczenia niepłodności małżeńskiej miałem możność uczestniczenia w różnych zjazdach, kongresach odbywających się na całym świecie. Wielkie sale, wielkie gale, wielkie przyjęcia, mieszkanie w eleganckim hotelu, zwiedzanie świata, poznawanie ludzi. Tam są ogromne pieniądze, bo taki właśnie, ogromny, jest przemysł leczenia niepłodności. Tak to wygląda. Nie mówię, że to było naganne. Te zjazdy, kongresy, to były momenty kiedy można było wymienić informacje, kiedy można się było wiele nauczyć i poznać naprawdę fantastycznych lekarzy. Chcę również powiedzieć, że w klinice, w której pracowałem, ludzie, którzy mnie otaczali, byli naprawdę oddani swoim pacjentom. Bo przyjście w sobotę, czy w niedzielę do pracy, przyjście do pracy po południu, takie naprawdę bezinteresowne wymagało tego, żeby być sprawie oddanym. Nie ukrywam, że praca w klinice leczenia niepłodności była pracą bardzo intratną. Tam były naprawdę duże pieniądze. Jak zapewne wiecie, problem leczenia niepłodności u małżeństwa pochłania duże pieniądze. Niejednokrotnie małżeństwa, aby móc podjąć leczenie, muszą sprzedać dom, muszą wziąć kredyt, muszą się zapożyczyć u rodziców lub znajomych.

Mówiłem już o pokorze, bo nie ma metody leczenia niepłodności, która daje pewność, że się powiedzie. Pan Bóg obdarzył naszą rodność określonym prawdopodobieństwem poczęcia dziecka w jednym cyklu. Ktoś wyliczył posiłkując się statystyką, że prawdopodobieństwo poczęcia dziecka w jednym cyklu wynosi około 20 procent. Wobec tego człowiek nie znalazł jeszcze metody skuteczniejszej od natury. Każde ?dotknięcie? cyklu, próba pomocy małżeństwu w doprowadzeniu do ciąży to tylko zbliżanie się do tego wskaźnika. Oczywiście są metody, które przewyższają ten wskaźnik, ale o tym za chwilę. I to prawdopodobieństwo, które nie jest stuprocentowe to na 5 par małżeńskich, 4 pary wrócą z powrotem i zapytają: co mamy dalej robić? Jedna para, która będzie miała więcej szczęścia, przyjedzie z uśmiechem od ucha do ucha i będzie dziękowała za okazaną pomoc. Ludzie są wdzięczni i bardzo dziękują, gdy dochodzi w końcu do ciąży. Pozwolę sobie Państwu przeczytać kilka listów?

?Dziękujemy zespołowi, a w szczególności panu dr. Tadeuszowi Wasilewskiemu, ze dopomogli nam zostać rodzicami. Dziękujemy, ze oprócz fachowej wiedzy medycznej ofiarowali nam Państwo dużą dozę serdeczności i zrozumienia. Już Mama i Tata.?

?Wiem, że już dawno obiecałam Panu ten list. Najważniejsze jest to, że chciałam Panu z całego serca podziękować za tą ciążę. Jestem pewna, że udało się tylko dlatego, że Pan kierował lekarzami i wykonał zabieg. Jest Pan wspaniałym lekarzem i ma Pan idealne podejście do pacjentek. Proszę podziękować w moim imieniu Pana szefowi, że zatrudnia takiego lekarza jak Pan. Nie umiem niestety wyrazić całej mojej wdzięczności.?

?Szanowny Panie Doktorze! Z wielką radością informuję, że w styczniu 2004 roku przyszła na świat nasza córka Amelka. Amelka urodziła się z pięknymi, czarnymi, długimi włosami, ma śliczne niebieskie oczka. Jest dzieckiem spokojnym, pogodnym, lubi dużo zjeść. Panie Doktorze jeszcze raz bardzo dziękuję, że wierzył Pan w sukces. Szczerze powiem, ze ja już za drugim razem nie wierzyłam, iż się uda. Namawiałam już nawet męża do adopcji. Ale to dzięki Panu spełniło się nasze największe marzenie. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.? Dzisiaj ten list rozumiem inaczej, ale o tym za chwilę.



?Szanowny Panie Doktorze! Piotruś urodził się w październiku 2004 roku poprzez cięcie cesarskie. Rośnie jak na drożdżach. Jest zdrowy, pogodny i cudny. Nie potrafię powiedzieć jak bardzo jesteśmy Panu wdzięczni za pełne życzliwości traktowanie nas przez 2 tygodnie w Białymstoku. To był bardzo trudny okres, a Pan spowodował, że było nam tam łatwiej. Za rok będziemy starali się o kolejne dziecko i nie wiem, czy uda nam się zajść w ciążę w sposób naturalny. Jeśli nie, to nie wyobrażam sobie, żeby miał się zająć mną inny lekarz.?

To były sygnały, które utwierdzały mnie w tym, że robię dobrze. Pomimo tego, że znałem środowisko katolickie, środowisko kolegów, z którymi utrzymywałem kontakt, którzy mi mówili, że może jednak nie. Nie robili tego jednak z przekonaniem. Moja świadomość takiej pomocy ludziom była za TAK, byłem przekonany, że to metoda słuszna, dobra, przynosząca właśnie taką radość, jaką widać w przytoczonych przeze mnie listach.

Przyszedł 2007 rok, to było w lutym. Spojrzałem inaczej. Dzisiaj wiem, że to była łaska Pana Boga, a ja się poddałem Jego woli. Poszedłem zgodnie z Jego zamierzeniami. Dzisiaj już wiem o tym na pewno.

Zielone korony drzewa to te listy. To jest ta radość i to szczęście, że dziecko jest na świecie. To drzewo, które niestety obok umarło, to są te dzieci ? zarodki, które niestety nigdy nie trafiły do jamy macicy. Zginęły w wyniku zastosowanej technologii, w wyniku zamrażania. Bo po rozmrożeniu nie wszystkie zarodki żyją. Widziałem to, jakbym patrzył na kawałek strony zapisany małymi literkami przez szkło powiększające. To we mnie tak mocno tętniło, że wiedziałem, że nie mogę tam pracować ani minuty dłużej. Nie tylko w tej klinice, ale także w żadnej innej klinice, która wykonuje program in vitro. Wiedziałem, że jestem tam inwalidą. Nawet poszedłem do swojego szefa, ponieważ nadzorowałem cały zespół. Nie chciałem mu zrobić krzywdy, nie chciałem zrobić krzywdy pacjentom. Powiedziałem mu o tym. Po godzinnej, czy dwugodzinnej rozmowie doszliśmy do tego, ze powinienem odpocząć. Ja się bardzo chętnie na to zgodziłem, bo to ciężka praca i ten odpoczynek był mi potrzebny. Wiedziałem, że mogę sobie coś jeszcze przemyśleć. Ale wiedziałem, że nie zostanę przy programie in vitro ani minuty dłużej, z uwagi na szacunek dla życia. Z uwagi na to, że ten zarodek, który ma 2 czy 4 komórki, to potencjalnie każdy z nas w przeszłości. On też chce żyć. On też chce, by dać mu szansę, by trafić do mamy i do taty. Jeżeli w programie in vitro chcemy osiągnąć szansę 35-45 proc., musimy na wstępie, przed transferem zarodków, mieć ich sześć, albo osiem. Już mniejsza liczba zarodków nie daje nam takiej szansy. Małżeństwo żąda tej szansy, bo płaci pieniądze. My zaś chcemy, aby nasz ośrodek dobrze się pokazywał. Nie chciałem brać na swoje sumienie tego martwego drzewa.

Korzystając z mojego odpoczynku od pracy postanowiliśmy pojechać z żoną do Zakliczyna. To jest taka mała miejscowość koło Krakowa, gdzie jest klasztor sióstr bernardynek. Siostrą przełożoną tych sióstr jest s. Cecylia, którą znaliśmy wcześniej. Tam jest cicho i spokojnie. Można tam uklęknąć przed figurą Pana Jezusa i w samotności się modlić. Tam można w grupie 5-10 osobowej uczestniczyć codziennie we Mszy. Można tam popatrzeć na swoją duszę. Bo każdy z nas ją ma. Ja już wiedziałem o tym. Wiedziałem jaka była moja świadomość sprzed roku i jaka jest dzisiaj. Wyobraźcie sobie Państwo, ze po drodze do Zakliczyna zajechaliśmy do Częstochowy, na Jasną Górę. Weszliśmy do kaplicy Matki Boskiej. Klęknąłem, spuściłem głowę, zamknąłem oczy. Modliłem się. W pewnym momencie otworzyłem oczy. Pewnie większość z Was wie, że tam są takie filary, a na nich są obrazy. Jak podniosłem głowę i otworzyłem oczy, to pół metra przede mną był obraz syna marnotrawnego, którego Ojciec przyjmuje na progu wracającego do domu. Ten obraz był w owym czasie znakiem dla mnie. Ja dzisiaj jestem dla Państwa znakiem.

Po powrocie z Zakliczyna do Białegostoku nie miałem żadnych wątpliwości. Podanie było napisane i 31 marca 2007 roku wyszedłem na ulicę. Opuściłem mały gabinet, w którym pracowałem 2-3 razy tygodniowo, po 3-4 godziny. A powodziło nam się bardzo dobrze. Jak to wszystko utrzymać? Ale to w ogóle nie było ważne. Życie! Życie jest moim celem!

Był taki moment, że bałem się stanąć na trawę, żeby nie zniszczyć pod swoją stopą nic co tam jest i co się rusza. To było najważniejsze. Nie to, co się stanie dalej z moim własnym życiem w sensie dobytku itd. Jeszcze wcześniej, żeby postąpić zgodnie z wolą swojej rodziny, przed złożeniem podania rozwiązującego moją umowę o pracę pojechałem do domu, zjadłem obiad i zapytałem mojej żony i dorosłego już syna, czy zgadzają się pójść za mną nawet wtedy, kiedy ja nie będę potrafił ich utrzymać. Odpowiedź była jednoznaczna. Tak. To mnie bardzo mocno zbudowało.



Znalazłem pracę. Pracowałem 5 ? 6 godzin dziennie i to pozwoliło mi przetrwać ten okres, w sensie materialnym. Pozwalało mi to też zapomnieć o mojej śmierci dla mojego wcześniejszego życia zawodowego. Musiałem urodzić się jeszcze raz. Ale jak się jeszcze raz urodzić, żeby nie zrobić błędu, żeby iść zgodnie z wolą Bożą, żeby nie popełniać grzechów, które mnie zdyskwalifikują. Chcę być dobrym lekarzem i dobrym człowiekiem. A może tylko dobrym człowiekiem, myślącym o sobie i swojej duszy. A pacjenci trudno ? znajdą innego doktora. Był taki moment gdy myślałem o porzuceniu zawodu lekarza. Bodajże w lipcu lub wrześniu 2007 roku zadzwoniła do nas Pani Doktor Łazerska, która zapytała, czy wiem co to jest naprotechnologia. Oczywiście nie wiedziałem, zaczęliśmy szukać. Okazało się, że to jest leczenie niepłodności. Można wykorzystać naturę. A natura to jest szacunek do życia. Gdzie się tego nauczyć?

W 2006 roku, pół roku przed moim odejściem z kliniki moja żona wykupiła pielgrzymkę do Jerozolimy dla dwóch osób. Wiem teraz, że to nie był przypadek. Na pielgrzymkę pojechaliśmy na przełomie kwietnia i maja. Czyli miesiąc po moim rozstaniu z kliniką. Idąc po śladach Chrystusa, po śladach Apostołów widzieliśmy te miejsca, gdzie rodziło się chrześcijaństwo. Gdzie Pan Bóg pokazał ciałem swojego Syna, że Istnieje. To była piąta Ewangelia. Nie ukrywam, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Jerozolima. To, co Państwo widzicie na slajdzie, to posąg Pana Jezusa i św. Piotra. - Pójdźcie za mną a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi ? mówi Pan Jezus. Docierało to do mnie znowu przez szkło powiększające. Nie mogę rzucić zawodu lekarza. Powinienem pracować i wykorzystać to, czego się nauczyłam przez kilkanaście lat. I znowu powstaje pytanie, jak to zrobić? Wracam do naprotechnologii.

Już znam to słowo. Już wiem, że w następnym roku będzie w Rzymie zjazd organizowany przez profesora Thomasa Hilgersa. Już wiem, że istnieje w Polsce Piotr Klimas. Już wiem, że jest Sekcja Ginekologiczno-Położnicza Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy. Już wiem, że jest prof. Bogdan Chazan, który dał mi grubą książkę o naprotechnologii. Dziękuję Panie Profesorze.

Jedziemy z grupą osób do Rzymu. Słuchamy profesora Chazana, słuchamy prelegentów, poznajemy naprotechnologię bliżej. Już wiemy, że ona nie jest z kosmosu, że ona nie jest gdzieś tam z XIX wieku. A ja mam świadomość, że to jest porządna metoda. Że to jest metoda, którą możemy stosować nie oszukując pacjentów i uzyskując to, co w tym wypadku najważniejsze, czyli ciążę. Że możemy w czasie jej stosowania szanować każde poczęte życie. Że możemy szanować godność każdego człowieka: i tego dziecka, które implantuje się w jamie macicy i przyszłego taty, i przyszłej mamy. Ale być w Rzymie dzisiaj i nie być przy grobie Jana Pawła II? Przecież on uczył nas szacunku do życia. Jak dzisiaj pamiętam dzień, kiedy był Jego pogrzeb i było słychać tylko śpiewające ptaki. Nie jeździły samochody, ludzie nie rozmawiali, nie było gwaru i hałasu. Wszystkie prace związane z maszynami ustały. I przyszła taka refleksja: gdy on mówił, tak mocno i mądrze nas uczył, a my go nie rozumieliśmy. Zbuntowałem się i powiedziałem: Nie! Będę go rozumiał. Żałuję, że nie poznałem wcześniej doktor Wandy Półtawskiej. Bo dzisiaj usłyszałem wszystko to, do czego sam przez dwa lata musiałem dochodzić. A doszedłem tylko może do 20 proc. tego, co dzisiaj usłyszałem od Pani Doktor. Ale na naukę nigdy nie jest za późno. Bo dzisiaj mam prawie 50 lat i chcę się nauczyć naprotechnologii.

Oczywiście, można spytać, że skoro Jan Paweł II, to dlaczego nie San Giovanni Rotondo? Dlaczego nie o. Pio? Tam jest wspaniały szpital. Byliśmy tam. Spędziliśmy tam z żoną całe dwa dni. Chodziliśmy po śladach o. Pio. Uzmysłowiłem sobie, jak on swoją postawą mógł zrobić. W sensie duchowym, fizycznym ? tego nigdy nie zmierzymy. Oczywiście jako lekarze chętnie zaszliśmy do Domu Ulgi w Cierpieniu. To wielki gmach, wielki szpital. Można pracować fachowo, zgodnie z wytycznymi nauki i nie zatracić wiary. Więc wiara nie jest przeciwieństwem nauki. Ale zróbmy wszystko, aby nauka nie była przeciwieństwem wiary. One się ze sobą nie kłócą. Tego uczyli nas: Jan Paweł II, dzisiaj dr Wanda Półtawska, księża. Ale my lekarze tego zazwyczaj nie słuchamy. Szanowni Państwo zastanawiamy się, jak wykorzystać swoje umiejętności. Zastanawiamy się co zrobić, aby być dalej lekarzem i służyć ludziom, który mają kłopoty z poczęciem dziecka. I narodził się pomysł zorganizowania przychodni, kliniki, która będzie świadczyła te usługi posiłkując się naprotechnologią, to znaczy posiłkując się wszystkimi nowoczesnymi metodami, które dzisiaj oferuje nam medycyna klasyczna, nie wykonując programu in vitro. Zamieniamy to na umiejętność obserwacji natury i na dzieleniu się z pacjentami tą umiejętnością. Klinika NaProMedica działa od 1 stycznia 2009 roku. Chcę podziękować swojej wspólniczce, p. mgr Ewie Rucińskiej, że zgodziła się podjąć trud budowy tej firmy. Jeżeli moje świadectwo przysłuży się Państwu do czegokolwiek, to jestem szczęśliwy i dziękuję Panu Bogu, że tak się stało. Dziękuję.

Dr Tadeusz Wasilewski
Opracowała Kinga Banach
* Tekst powstał na podstawie zapisu wystąpienia na konferencji poświęconej naprotechnologii 21 marca 2009 roku w Auli Jana Pawła II Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

U progu oczekiwania

Od ZaMyślenia codzienne


Ks. prałat Bogdan Bartołd, Zamyślenia na czas Adwentu

Niedługo rozpocznie się nowy okres liturgiczny zwany Adwentem. W kościele katolickim ten święty czas ma przede wszystkim dwojakie zadanie do spełnienia:

1. Ma nas ludzi wierzących przygotować we właściwy sposób do przeżywania świąt Bożego Narodzenia, tej niezwykłej tajemnicy Wcielonego Słowa.

2. Zapowiada powtórne przyjście Chrystusa przy końcu świata i także nas przygotowuje na ostateczne spotkanie z Bogiem. Bo przyjdzie taki czas, w którym każdy człowiek stanie wobec Chrystusa i w prawdzie zobaczy, w jakim stopniu potrafił wypełnić to wszystko, co Miłosierny Bóg dla niego przygotował, czy Boże dary, które otrzymał, wykorzystał czy też zmarnował.

Ten czas naszego oczekiwania ma być dla nas wszystkich źródłem radości przeżywanej w duchu miłości. Z tej racji, że "Pan jest blisko", musimy dokonywać oczyszczenia naszego serca przez czyny pokutne, ale nasza pokuta ma być wypełniana z wielką nadzieją w sercu, że Pan przychodzi do mnie jako Zbawca i Odkupiciel.

Adwent nieustannie przypomina, że całe nasze życie jest oczekiwaniem. Człowiek to istota, która ciągle do Kogoś lub do czegoś zdąża. Gdy już w naszym życiu nie ma oczekiwania, to stajemy się ludźmi bardzo samotnymi i nieszczęśliwymi.
Gdy czytamy teksty biblijne w tym okresie liturgicznym, to zetkniemy się z wielkimi postaciami biblijnymi, które poprzedzały lub przepowiadały przyjście Mesjasza, a związane są z prorokiem Izajaszem, św. Janem Chrzcicielem i Matką Bożą.
To właśnie Bóg po grzechu pierworodnym, zostawił pierwszym rodzicom obietnicę zesłania Kogoś, kto dokona pojednania, a Naród Wybrany z wielką nadzieją wyczekiwał spełnienia się słów swojego Stwórcy.

Adwent to wierność chwili obecnej...
Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie żyją w pełni tylko kilka miesięcy, natomiast przez całe życie trwają w stanie wyczekiwania i gdy mają już siedemdziesiąt lat, zostaje im w rękach ciężar kilku chwil życia. Pytanie, które warto sobie postawić w czasie Adwentu, to dlaczego nie miałbym żyć swoim życiem przez cały czas mojego istnienia?
My ciągle myślimy, że prawdziwe życie i prawdziwe moje bytowanie na ziemi rozpocznie się dopiero jutro.
Tak ciągle stajemy wobec stwierdzeń nam bardzo bliskich:
jutro zrobię swoją pracę,
jutro będę miał czas dla drugiego,
jutro będę dopiero przepraszać.

A po co czekać do jutra, żeby dopiero rozpocząć prawdziwe życie. Przecież któregoś dnia nie będzie już dla mnie jutra i już go nie doświadczę.

Chwytamy się nieraz przeszłości, bo wydaje nam się ważna dlatego, że ją już przeżyliśmy, ale ona była wczoraj, dzisiaj nie mamy nad nią władzy.

Przyszłość nas trochę kusi, bo w marzeniach układamy ją według swego gustu, ale przecież jeszcze jej nie ma i niepotrzebnie się aż tak bardzo nią zajmujemy.

Teraźniejszość jest z kolei tak niewielka i nieciekawa, że nie ma dla nas większej wartości, jednak tylko nad nią mamy władzę i życie nasze - kawałek po kawałku - składa się z obecnych chwil. Sądzimy, że wszystko jest przed nami: radość, szczęście, miłość, bogactwo, Bóg. To wielkie złudzenie. Zapominamy, że Bóg jest przy nas, dokładnie w tym miejscu, w którym się znajdujemy, w chwili, w której żyjemy, że to co ofiarowane, trzyma teraz w swoich rękach. Nie można być takim pielgrzymem na tej ziemi, który Boga pozostawia na skraju drogi, a sam biegnie za własnym cieniem.

Jeżeli chcemy przeżyć dobrze swoje życie i ten kolejny Adwent, to złóżmy przeszłość w ręce Boga, zostawmy Mu przyszłość, a w pełni przeżywajmy z Nim jedną po drugiej chwilę obecną naszego życia. Bo chwila obecna jest punktem wejścia Boga w nasze życie, przez nas w życie świata. Bóg nie wejdzie bez twojej zgody, musisz Go zaprosić, powiedzieć tak w momencie twojego Zwiastowania, a to może się dokonać w każdej chwili. Spraw ważnych nigdy nie odkładaj na później, a czyż życie nasze nie jest taką ważną sprawą?

Michał Anioł zwierzył się kiedyś pewnej hrabinie:
Mam już 86 lat i ufam, że wkrótce Bóg wezwie mnie do siebie.
- Ach, jest już Pan zmęczony życiem - zapytała wysoko urodzona.

- Nie - odparł wielki artysta - jestem właśnie stęskniony do prawdziwego życia.

Adwent to taki czas tęsknoty człowieka do prawdziwego życia z Bogiem.

Adwent to czas dla drugiego człowieka...
Ludzie dzisiejsi, czy to indywidualnie, czy też we wspólnocie, pragną i oczekują kontaktu z innymi.
Niektórzy myślą: mam ogromnie dużo znajomych, znam wielu ludzi, ponieważ ściskają rękę wielu ludziom, poklepują ich po ramieniu, ponieważ z nimi mieszkają, czy też pracują.
Jakże często się mylą. Pośród licznych relacji człowiek może być sam, jeżeli nie ma szeroko otwartych oczu i serca gotowego, żeby widzieć i przyjąć drugiego człowieka. Do nawiązania kontaktu nie wystarczy widzieć bliźniego, trzeba go przyjąć. Istnieje kryzys mieszkaniowy o wiele poważniejszy niż brak mieszkań, brakuje ludzi wewnętrznie gotowych na przyjęcie braci. Jakże trudno jest być domem dla wszystkich z zawsze otwartymi szeroko drzwiami. A przecież to również ma być dom bez "złych psów", które odstraszają, a to może być, twój charakter, pycha, egoizm, zazdrość, ironia, brak delikatności.
O jakże trzeba się modlić i prosić Boga, aby mój bliźni nie odszedł mówiąc: "nie śmiałem, bałem się, że mnie nie wysłucha, że nie zrozumie, że zakpi.

Jeżeli przyjmujesz kogoś u siebie, to po to, żeby odpoczął...
Jesteś zadowolony, gdy na dworcu kolejowym jest przechowalnia bagażu, bo wtedy swój bagaż możesz w nim zostawić i pójść zwiedzać miasto. Może warto być taką przechowalnią dla drugich. Niechże i oni mają możliwość złożenia tam swoich paczek ciężkich i przeszkadzających i niech już z lekkością pójdą w drogę.
Jeśli chcesz nawiązać kontakt z bliźnimi, uczyń wewnątrz swojego serca oazę tak, by każdy mógł w niej znaleźć dla siebie miejsce. Co znajdzie drogi człowiek, gdy przyjdzie do Ciebie? Jeżeli dzięki Tobie znajdzie się w obecności Boga, który mieszka w tobie, z pewnością odejdzie uspokojony, wzmocniony, rozradowany. Może warto każdego ranka przez kilka chwil spotkać się z Bogiem, by powierzyć Mu wszystkich, których spotkasz w ciągu dnia. W Nim ich umiłuj, a potem idź w drogę spokojny, ze wzrokiem czystym i uchem wrażliwym na wezwanie Boże, żeby wszystkich napotkanych w pracy, na uczelni, w domu, na ulicy przyjąć po królewsku.

W jednej z gazet znalazło się następujące ogłoszenie:
Poszukuje się człowieka, jednego z sześciu miliardów. Wielkość i wygląd zewnętrzny nieistotne. Konto bankowe i marka samochodu bez znaczenia. Czeka na niego interesująca praca. Wymagania są bardzo duże: więcej słuchać niż mówić, więcej mieć wyrozumienia niż gotowości do sądzenia, więcej pomagać niż oskarżać. Poszukuje się człowieka. Jeżeli czujesz się zdolny do tej pracy, zamelduj się proszę jak najszybciej do najbliższego bliźniego, a ten z pewnością się ucieszy.
Adwent to właśnie taki moment, w którym możesz się zgłosić...

Adwent to chwile spędzone na modlitwie...
Wśród ludzi, którzy się nie modlą albo modlą się mało lub źle. Są tacy, którzy nie wierzą w modlitwę i którzy myślą, że inne pilniejsze i pożyteczniejsze zajęcia na nas czekają; są również tacy, którzy przypisują jej siłę magiczną i posługują się nią, aby uzyskać zaspokojenie wszystkich pragnień, nawet najbardziej materialnych; są wreszcie tacy, którzy by nawet chcieli się modlić, ale uważają, że nie mogą albo nie umieją. Wydaje się, że w tych wszystkich przypadkach człowiek nie stawia modlitwy na właściwej płaszczyźnie, to znaczy na płaszczyźnie wiary.
Nie mów: "Nie mam co mówić, że kocham żonę, bo ona i tak o tym wie".
Nie mów także: "Nie trzeba mówić do Boga, On wie, że Go kocham".
Bo miłość wymaga, żeby się bezinteresownie zatrzymać, jeśli kochasz, musisz znaleźć czas na miłość.
Modlić się to się zatrzymać. Dać czas Bogu, codziennie, co tydzień, co miesiąc, przez cały rok.
W świecie współczesnym niedziela stała się dniem, który się dla siebie zachowuje, to jest nasz dzień. Zapomina się, że to dzień, który należy do Boga.

Gdy dziewczyna otrzymuje coraz mniej sms-ów od chłopaka, dobrze wie, że jej miłość jest zagrożona. Jeśli już się z Bogiem nie łączymy, nasza miłość jest w niebezpieczeństwie.
Jeżeli żyjesz z dala od Boga, stopniowo dojdziesz do wniosku, dobrze mi się żyje bez Niego.
Jeżeli żyjemy bez Niego, powoli o Nim zapominamy. A jeśli zapomnimy, dojdziemy do tego, że Go nie ma, że nie istnieje. Ten, kto zawsze stara się uzyskać coś od osoby kochanej, nie jest w relacji miłości, ale staje się kupcem. Nasza modlitwa jest często nazbyt handlowaniem z Bogiem, ty po prostu chcesz, żeby się opłaciło.
Bardzo często modlić się to znaczy prosić. Tymczasem modlić się, to najpierw stanąć bezinteresownie przed Bogiem ze słowami na ustach i w sercu: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje".

Skarżysz się, że często nie jesteś wysłuchiwany, a zapominasz, że lubisz odwracać role, bo przecież wymagasz od Boga, żeby:
spełnił twoją wolę,
wykonał twój plan,
wydał się tobie na służbę.
A przecież modlić się to:
prosić Boga, żeby wypełnić Jego wolę,
wykonać Jego plan,
oddać się całkowicie na Jego służbę.
Dlatego nie możesz prosić Boga, żeby wygrać na loterii,
zdać szczęśliwie egzamin,
uzyskać podwyżkę w pracy,
chyba, że dodasz "jeżeli sądzisz Panie, że przez to będę więcej kochał Ciebie i swoich braci - ludzi, których stawiasz na mojej drodze życia."

Zaufaj. Zawsze ufaj. Wiesz, że Ojciec nie może nie chcieć twego dobra. Bogu potrzebna jest twoja modlitwa. On może dać tylko wtedy, gdy Go poprosisz, bo nieskończenie szanuje Twoją wolność.

Adwent może ci pomóc, byś zawsze pragnął i oczekiwał tego niezwykłego dialogu z Bogiem.

Ks. prałat Bogdan Bartołd, Zamyślenia na czas Adwentu


Od siebie dodam - siostro Małgosiu, dziękuję.jesteś dla mnie przechowalnią tego bagażu.Jakkolwiek kuriozalnie to brzmi - jest niesamowite. I potrzebne.Wiem, wiem, siostra stosuje "Podaj dalej". Do Tabernakulum :)

23.9.10

Syndrom

Cały film w bieżącym 38/2010 numerze "Gościa Niedzielnego"

Gość Niedzielny” udostępniając film „Syndrom” chce zachęcić do ofiarowania październikowej modlitwy różańcowej w intencji osób dotkniętych syndromem postaborcyjnym. Dodatkowe materiały zamieszczone w tym numerze tygodnika (m. in. rozmowa z twórcami filmu) ukażą skalę zjawiska oraz jego charakterystykę. W kolejnych numerach pojawiać się będą dalsze publikacje mające na celu pomoc osobom zmagającym się ze skutkami aborcji.

Cena Gościa Niedzielnego z płytą DVD, jak zwykle, 4 zł.

Materiały dotyczące syndromu poaborcyjnego także na stronie:
http:// kosciol.wiara.pl/Syndrom


ZRÓDŁO




20.9.10

Obok nas niemal

.. bo w końcu globalna wioska. Nie skomentuje, komentować nie sposób. Zobaczcie. Po prostu. Film jest darmowy, bywa, ze się trochę wiesza, ale wtedy trzeba po prostu poczekać.


FILM

11.6.10

Niezwykle ważne

Przeczytajcie sami
TUTAJ
Co tu ukrywać - ja podpisałam

20.4.10

Na szybko

Oj, dawno mnie tu nie było, wiele się zmieniło u mnie od ostatniego mojego pobytu tutaj, zostałam mama drugiego łobuza (zdecydowanie przed terminem, bo powinien urodzić się pojutrze, a ma już ponad miesiąc). Nie było mnie dawno, a i weny do pisania jakoś brak, ale weszłam tu w końcu, zaispirowana wczorajszym czytaniem bloga Kamili z Zakamarka, która zalinkowąła niesamowicie nakręcony zbiór epitafiów. Linkuje więc go tutaj i ja, bo- myślę - wart jest tego. To historie postrzepione, ułamkowe - z listów, fotografii, wspomnień. Ale boleśnie prawdziwe.

Epitafia Katyńskie

To tylko, albo aż, 44 historie spośród 22 tysięcy.. Prywatnie dodam, że najbardziej mi utkwił w pamięci obraz tysięcy miniaturowych zdjęć legitymacyjnych i historia ostatniego kapelana obozu...
I na koniec - jest pewien cżłowiek, jeden z 432, którzy ocaleli - nieżyjący już Stanisław Swianiewicz. Postanowiłam przeczytać jego wspomnienia i cudem (bo nakład jego książki pt "W cieniu Katynia"wykupiono, tez w antykwariatach) udało mi się przez internet te książkę kupić w jakimś zapomnianym antykwariacie. Oto historia Swianiewicza

I na koniec: dziwi to mnie samą, ale im starsza jestem, tym bardziej dotyka mnie Historia. ta dziejąca się teraz (aż nie chce się wierzyć, ze żyjemy w środku tej wielkiej historii, stąd tak trudno mi wciąż w katastrofę pod Smoleńskiem tak naprawdę uwierzyć, ale synowi wytłumaczyłam co się stało, może zapamięta i to w nim odżyje, gdy będzie o tym czytał w szkole w podręcznikach historii) i ta sprzed lat. Tak po cichu myślę, że jak się ma dzieci, to bardziej się przeżywa to wszystko, bo w wielkiej Historii przestaje sie widzieć abstrakcję, a zaczyna dostrzegać dramaty konkretnych ludzi, które składają się na dramat kraju. I to chyba tak ma być, bo kraj nie jest przecież abstrakcją. tym bardziej nie jest nią Naród. (Kiedyś miałam alergię na takie tematy, jak to się mówiło "bogoojczyźniane". Ale czas zrobił swoje - zaczyna się rozumieć.... Choć bezmiaru tragedii nie zrozumie się nigdy.

26.6.09

"Jest czas rodzenia i umierania"

Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem1:
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania,
czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.
(Koh 3,1-8)



Nigdy jakąś specjalną fanką Michaela Jacksona nie byłam, ot, słuchało się czasem. Skąd więc dziś ten mój wpis? Wcale nie dlatego, że Jackson był sławny. Ot, każda sława umiera. Ale jest w tej postaci coś takiego, co nam, pozornie nienagannym i poukładanym, przypomina o naszej kruchości. Nie wiem o tej postaci zbyt wiele, jednak pewna życzliwa dusza mi, jak mam nadzieję, wkrótce pamiętnik tego piosenkarza udostępni.
Pamiętam tylko, że kilka miesięcy temu uderzyła mnie informacja o tym, jak to podczas swoich występów piosenkarz widział postać jakiegoś ducha. jak wiadomo, z okultyzmem żartów nie ma. Lubiąc więc - nie lubiąc tego artysty, przejęłam się jego losem nie na żarty.
Przejęłam się więc tym bardziej losem jego po tamtej stronie, gdy dziś umarł.




Postać na pewno zagubiona, ale i dobra, jak to z zagubionymi bywa. Dlatego ufam, że Bóg pozwoli mu tam zobaczyć siebie i jeszcze na niejednym niebieskim koncercie zagrać.Piszę, bo tak myślę, że nie tylko nasi zmarli z rodzin, ale i twórcy, i wielcy tego świata po śmierci naszej modlitwy potrzebują. A kto wie, może i tam w niebie oni modlić się będą za nami?



I na koniec powiem pozornie obok tematu - nie ukrywam, że o "Madonnę", za którą w dawnych moich czasach przepadałam, też się martwię.
A dlaczego? TUTAJ

9.6.09

"Panie!" Okiem ateisty?

Tak trudno myśli zebrać czasem. Tak wykluwa się wpis jakiś - tchnąc modlitwą, myślą, refleksją, życiem i ulatuje - zostawiając jakieś przeczucie, jakiś cień, jakąś nić tęsknoty za tym, by jeszcze raz nazwać nienazwane, jakoś spróbować je ogarnąć i uczynić swoim.
"Słowa ulatują, pismo pozostaje"

A może dlatego tak trudno to zwerbalizować, że dotyczy rzeczywistości głębokiej, fundamentalnej, a zarazem takiej, od której człowiek najchętniej by chciał uciec, a jeśli nawet by nie chciał, to i tak mimo woli ucieka. Bo to rzeczywistość taka, co przerasta pojmowanie, siły, nawet najśmielszy zapał, słowem- przerasta całego człowieka. Dosłownie. Kiedy przed laty byłam jeszcze walczącą prawie ateistką - prawie, bo - jak się potem okazało - w gruncie rzeczy sobie ten ateizm wmawiałam- nie pamiętam, co myślałam o chrześcijaństwie poza tym, że sobie bez niego w życiu świetnie poradzę. Już nie wiem, czy uznawałam je za religię łatwą, czy nie. Nie zastanawiałam się nad tym. Pamiętam jednak do dziś zdanie kilku ateistów- że religia jest łatwa, uśmierza ból, tłumaczy śmierć, której się boimy itd. Że służy ułatwieniu życia. Pamiętam, gdy już po świadomym wyborze chrześcijaństwa i nawróceniu znajdowałam się nieraz w konfrontacji z tymi ateistami. Już wtedy przekonałam się o tym, czego doświadczam na co dzień i co pewnie będzie moim udziałem do końca życia. Że chrześcijaństwo naprawdę wymaga niezłomności i mimo strachu nieprzejmowania się, co o nas myślą, a już na pewno poddania się Duchowi Świętemu, który daje odwagę. Otwarcia się na Niego.



Ale jest coś jeszcze. Można być konsekwentnym, po ludzku upadając, rzecz jasna, można uznać w wielu modlitwach Jezusa za Pana i wciąż to ponawiać, aż przychodzi taki moment...



Jezus mówi: "Jesteś szczęśliwy, gdy masz wszystkiego dość! Jesteś szczęśliwy, gdy płaczesz! Jesteś szczęśliwy, gdy cię niesprawiedliwie traktują!" (Mt 5,1-11)




Jakoś brzmi to na nowo, głębiej w tym nowym tłumaczeniu paulistów. "Błogosławiony" - to jakiś taki odległy - na zasadzie: dostaniesz nagrodę gdzieś tam, kiedyś tam. "Szczęśliwy!" No cóż On wygaduje! Toż to bez mała brzmi jak absurd kompletny, by nie rzec - drwina! I w to uwierzyć?! Całe życie poddać Temu, kto to wypowiedział? To coś więcej niż mieć odwagę mówić, że homoseksualizm to choroba, że aborcja i eutanazja to zabójstwo. To pozwolić wywrócić sobie serce kompletnie na drugą stronę. Pozwolić kierować Mu swoim życiem tak, żeby nie złościć się na każde upokorzenie, to naprawdę wierzyć, że szczęśliwi są ci, których On takimi nazwał. Pozwolić w każdym aspekcie życia kierować nim Komuś, Kto tak nieprawdopodobne rzeczy mówi...

No właśnie, nieprawdopodobne. Nie-prawdo-podobne. Niepodobne do prawdy z pozoru kompletnie.

Gdy przychodzi taki moment refleksji, zastanawiać się zaczynam, ile chrześcijaństwa jest we mnie tak naprawdę. Gdy myślę o tym chrześcijaństwie, przyznam szczerze, mam ciarki na plecach...

29.5.09

O głębi - krótko

Ostatnio tak jakoś długaśnie było, dziś więc krótko.


Muzycznie bardziej.
Pamiętam czasy, kiedy mi było przez lata do konfesjonału zupełnie nie po drodze (może kiedyś opowiem, jak tę drogę w końcu znalazłam albo raczej jak ona znalazła mnie...). Dziś na szczęście są one tylko wspomnieniem, ale ostatnio usłyszałam coś, co moje wspomnienia przywróciło.



Myślę, że opowiedziane pięknie i ludzkie uczucia, i to, o co naprawdę w Sakramencie Pojednania chodzi....

Katolika front SŁUCHAJ

27.5.09

"Co się w duszy komu gra..."

Przedwczoraj ktoś w sposób niezamierzony zgoła, a i dla mnie kompletnie niespodziewanie, wywołał szereg literackich wspomnień. A że one w gruncie rzeczy literacko-duchowe, a nie wyłącznie literackie, to jakoś tak oprzeć się im nie mogłam i zamieścić musiałam. Bo literatura w ogóle od zawsze dla mnie jakąś taka moc przedziwną ma, podobnie jak językoznawstwo, a zwłaszcza etymologia zresztą, odnoszenia się do tego, co nienazwane, opisywania nieopisywalnego, odnoszenia się słów do źródła, które w końcu odkrywa ich wspólne korzenie i do Źródła prowadzi. Ale o tej mojej pasji to jeszcze kiedyś...
Tymczasem przedwczorajsza literacka aluzja czy raczej kryptoaluzja, by tak to żartobliwie ująć...
Pamiętam licealny podręcznik do literatury dwudziestolecia międzywojennego. Czarno- żółty. O, ten:
Pamiętam, jak zupełnie bez odniesienia do programu nauczania, do rozkładu materiału i innych wytycznych, lubiłam ten podręcznik kartkować. Kartkować, kartkować, kartkować. By wracać wciąż do tych samych wierszy. Nie przepadam za Dwudziestoleciem w poezji. Ale były wiersze takie, do których wracałam, wracałam, wracałam. Niepokoiły, odnosiły do niewidzialnego. Zmuszały do decyzji albo przynajmniej do refleksji, tym bardziej, że działo się to w czasie, że tak to nazwę, burzliwości duchowej (a któryż to czas w istocie duchowo burzliwy nie jest?), kiedy , owszem, do przodu może się i chciało iść, ale samemu, siły w sobie mieć samemu, a to jeszcze tak, by ciężar był, ale nie ciążył. To by dopiero było bohaterstwo.
W pamięć wbił mi się wiersz jeden szczególnie - ten, który wczoraj powrócił właśnie:

Inny jeździec - Eliasz na ognistym rydwanie unoszony do nieba


Jeździec
Jerzy Liebert


Uciekałem przed Tobą w popłochu,

Chciałem zmylić, oszukać Ciebie -

Lecz co dnia kolana uparte

Zostawiały ślady na niedie.



Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,

Stratowałeś, stanąłeś na mnie.

Ległem zbity, łaską podcięty,

Jak dym, gdy wicher go nagnie.



Nie mam słów, by spod Ciebie się podnieść,

Coraz cięższa staje się mowa

Czyżby słowa utracić trzeba,

By jak duszę odzyskać słowa?



Czyli trzeba aż przejść przez siebie,

Twoim słowom siebie zawierzyć -

Jeśli trzeba, to tratuj do dna,

Jestem tylko twoim żołnierzem.



Jedno wiem, i innych objawień

Nie potrzeba oczom i uszom -

Uczyniwszy na wielki wybór,

W każdej chwili wybierać muszę.

Pamiętam i do dziś w sobie czuję ten niepokój, ten twórczy i mobilizujący niepokój ostatniego wersu. pamiętam, jak mnie to irytowało i mobilizowało zarazem - ze w wierze nie wystarczy raz wybrać, a trzeba ciągle.
Ten wiersz ciągnął mnie od lat i przerażał zarazem. Jak apokaliptyczne obrazy jeźdźców właśnie, choć oni przerażają - wiadomo - inaczej.

Anna Sobol - Jeźdźcy Apokalipsy

Przez lata może i trochę przywykłam już do tego wybierania w każdej chwili, ale poświata, jakiś promień, jakiś odblask, jakieś tchnienie z tego wiersza zostały do dzisiaj. I do dziś jakiś respekt taki, że niezależnie od wszystkiego, od chwili ciepłych z Bogiem i miłych - z tym Jeźdźcem to jednak żartów nie ma. I dobrze.

Wiersz gwałtowny, i owszem, ale czyż i Bóg nie jest taki? Gwałtowny gwałtownością miłości....

26.5.09

Być mamą

Gdy piszę ten blog, właśnie mi się rozwaliła cała koncepcja misternie utkana. Właśnie, jak co dzień, uśpiłam dziecko, a ono jak co dzień od kilku dni, obudziło mi się tuż po wyjęciu go z wiązania na plecach w chuście. Spania więc nie ma i nie będzie. A miało być tak pięknie. Chwila spokoju. Dla siebie. Nic z tego.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo

Zaplanowałam sobie - on śpi, ja będę pisać. Ale jak zwykle, gdy coś zaplanuję, muszę o tym zapomnieć. Blog piszę więc z komórki. Z komputera nie jestem w stanie. Dziecko by ze zmęczenia w tym czasie rozniosło mi dom w sekundę i krzywdę sobie jeszcze zrobiło. Wściekam się. Okropnie. Potwornie. Już nic nie mam z życia. Nawet ochłapów czasu. Nic. A chciałam się do tego bloga zabrać zupełnie na spokojnie. Na spokojnie napisać coś, do czego, jak się okazuje, idealnie dopasowaną ilustracją stała się właśnie moja bezsilność i złość, że mnie to już nawet strzęp czasu się nie należy, gdy i tak śpię po 4 czy 5 godzin na dobę.
Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1902


No egzemplifikacja jak na zamówienie. Ba, pokazuje nawet ile jeszcze wciąż mi brakuje, by do tego się dostosować.
A miałam pisać o tym, że życie matki jest łudząco podobne do... życia zakonnicy. Tak. Takie zwykłe, szare codzienne życie. Nie istota macierzyństwa. Nie rodzenie duchowe i fizyczne nowych ludzi. Życie. Po prostu.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1904
Ktoś niedawno powiedział mi coś, co chyba do końca życia zapamiętam. Powiedział to w sytuacji, która - gdyby była inna - pewnie bym się obraziła albo powiedziała coś w stylu "a skąd ty możesz wiedzieć jak to jest być matką!". Albo bym się zbuntowała, że ktoś tu chce mnie zahukać, pozbawić tożsamości kobiecej, uczynić tylko matką, zupełnie tak, jakby mi się nie należały te 2 czy 3 godziny w ciągu dnia dla siebie na poczytanie książki itd. Na bycie kimś więcej niż matką po prostu.
Ten ktoś powiedział mi: Kiedy zdecydowałaś się na dzieciątko to już nie ma twojego życia. Koniec. Już nie ma nic. Absolutnie nic. Żyj tak według tego a niespodziewanie znajdziesz czas dla siebie.
Nie stawiaj sobie za cel go znaleźć, zaplanować. Bądź DLA.

Olga Boznańska, Macierzyństwo

Człowiek by się najchętniej żachnął. Obraził. Ale że zostałam uprzedzona, że mam się nie obrażać, a i sytuacja była taka że skłaniała raczej by rozmówcy zaufać a nie bić się na argumenty więc zaufałam uznając że może faktycznie coś w tym jest. I zrozumiałam. Zupełnie nieoczekiwanie po godzinie czy dwu od tego spotkania przypomniały mi się fragmenty z Dzienniczka św. Faustyny i z Rękopisów św. Teresy z Lisieux, gdzie autorki napisały swoje imię po czym symbolicznie je przekreśliły, na znak, że odtąd już nie ma ich woli, ich życia. Że są na 100 procent Boga. Czyż i bycie matką nie jest czymś takim wg tych słów które usłyszałam podczas tamtego spotkania? Zupełnie tak jakby Jezus chciał powiedzieć: Zajmuj się Mną i tylko Mną, służąc rodzinie, mężowi i dziecku, bo to twoje powołanie. Zajmij się Mną. A mnie pozwól zająć się sobą. Ja tobą się zajmę lepiej niż ty sama.


Auguste Renoir, Macierzyństwo
Mam dwa wyjścia. Mogę zaufać. Albo do końca życia się wściekać, że wciąż nie zdążam. Że mam za mało czasu, by robić to, co chcę i co ją uważam, że powinnam. Mogę co dzień od rana patrzeć tylko na zegarek - ile jeszcze i co tu zrobić, by mieć tzw święty spokój. Tyle tylko, że życie na świętym spokoju nie polega.
Co więc mi zostało? Zaufać tym pozornie absurdalnym słowom. Ale czyż całe chrześcijaństwo nie jest pozornie absurdalne?

A na koniec artykuł jednej z moich znajomych, pod którym, zwłaszcza w kwestii czasu na refleksję i modlitwę, podpisuję się rękami obiema :)