Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po naszemu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po naszemu. Pokaż wszystkie posty

1.5.11

Habemus beatem - Iskra, która przygotuje świat

Zamiast dziś o papieżu pisać, wstawię tylko




Gaude, mater Polonia,
O ciesz się, Matko-Polsko,
prole fecunda nobili.
w sławne potomstwo płodna!
Summi Regis magnalia
Króla królów i najwyższego Pana wielkość
laude frequenta vigili.
Uwielbiaj chwałą przynależną.








Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego.

848 Wtem usłyszałam glos podczas odmawiania tej koronki: O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronką. Zapisz te słowa, córko moja, mów świa­tu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione mi­łosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają się do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła. O dusze ludzkie, gdzie się schronicie w dzień gniewu Bo­żego?

1731 (93) Dziś zbudziła mnie wielka burza, wicher szalał i deszcz, ja­koby chmura była oberwana, co chwila uderzały pioruny. Zaczę­łam się modlić, aby burza nie wyrządziła żadnej szkody; wtem usły­szałam te słowa: Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą moją.

1732. Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje.

s. Faustyna Kowalska: Dzienniczek




26.4.11

Świat na głowie

Czyli katolickie organizacje, jak to się mówi "pro choice" niby, a proaborcyjne de facto...
Ech...
co nieco więcej TU
i, rzecz jasna, brawa dla siostry Chmielewskiej.

27.6.10

Nie mogłam się powstrzymać

..z racji pełnionych ról życiowych - mamy dwójki dzieci, jak również z racji zawodu, jako że stanowczo jestem przeciw ustawie "tzw przemocowej (toż to absurd w czystej postaci!), za genialną uznałam aranżację Wojciecha Cejrowskiego. Wypisz wymaluj pastisz PRLu, tyle tylko, ze realia współczesne - niestety. cóż robić? Obśmiać i nie dać się

No i podpisać
TO

11.6.10

Niezwykle ważne

Przeczytajcie sami
TUTAJ
Co tu ukrywać - ja podpisałam

26.5.10

Przypadkiem...

...bo szukając zgoła czegoś zupełnie innego, trafiłam na pewną galerię zdjęć. jak to mobilizuje do modlitwy... Bo w końcu cóż po nas zostanie? "Buty i telefon głuchy..." jak pisał ks. Twardowski. A później... później nawet i tego nie będzie.

Zdjęć nie zamieszczam ze względu na prawa autorskie, ale kliknijcie w TEN LINK. Warto.

23.9.09

Krótko





Bywam tu rzadko ostatnio, bo zdrowie nie pozwala, i obowiązki rodzinne też, ale dziś nie wytrzymałam. Powiem więc krótko. jestem oburzona absurdalnością wyroku sądu i tym, że próbuje sie zakneblować tych, co czarne nazywają czarnym, a białe białym. Próbuje się zakneblować, posługując się absurdalną paralogiką.


http://info.wiara.pl/doc/335083.Autorska-logika-sedzi-Soleckiej


http://info.wiara.pl/doc/335151.Szef-KAI-Sad-godzi-w-fundamenty-demokracji


http://info.wiara.pl/doc/335093.W-Cejrowski-Wojna-z-Kosciolem-trwa



http://info.wiara.pl/doc/335049.T-Terlikowski-Nie-godzimy-sie-na-zamykanie-ust

Tak, trzeba by zebrać ileś tysięcy podpisów. Może na przyszły raz się Wysoki Sąd zreflektuje i do demokracji i praw logiki odwoła?!

26.8.09

Czarna Madonna

Dziś uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej.



Na pielgrzymce pieszej byłam tylko raz, iu to bynajmniej nie w tym roku, bo tak mi się życiowe okoliczności ułożyły, ale ta modlitwa od zawsze kojarzy mi się z pielgrzymką. I tak intuicyjnie wyczuwam moc tej modlitwy. Nie umiem powiedzieć, dlaczego, tak po prostu.
A nawiasem mówiąc, nie zdarzyło mi sie jeszcze, bym o cokolwiek prosiła za wstawiennictwem częstochowskiej Maryi i tego nie otrzymała. Ba, na rzeczonej pielgrzymce wychodziłam sobie męża, choć to wcale nie na pielgrzymce go poznałam. Ech, pisać by długo.

Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo,
że nigdy nie słyszano,
abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka,
Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi.
Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko
biegnę, do Ciebie przychodzę,
przed Tobą jako grzesznik płaczący staję.
O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi,
ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. Amen.

To modlitwa pierwszych wspólnot chrzescijańskich.

Pochodzenie nazwy Jasna Góra


Początkowo nazwę kojarzono z białymi, bezdrzewnymi szczytami wapiennymi. Po raz pierwszy określenie Jasna Góra (Clarus Mons) pojawiło się w dokumencie z 1388 roku. Nazwę tę nadali wzgórzu Paulini - zakonnicy przybyli z Węgier, gdzie ich macierzysty klasztor Św. Wawrzyńca określano jako: In Claro Monte Budensi (na Jasnej Górze w Budzie).

Zakon Paulinów


Zakon Paulinów powstał w połowie XIII wieku, a jego założycielem był błogosławiony Euzebiusz. Za patriarchę obrał św. Pawla z Egiptu żyjącego na przełomie III i IV wieku i tak powstał Zakon Św. Pawła, Pierwszego Pustelnika, zwany Zakonem Paulinów. Największy rozkwit tego zgrupowania nastąpił na Węgrzech i w byłej Jugosławii, ale też w innych krajach. Kres istnienia Zakon przyszedł w wieku XIX, kiedy z 206 klasztorów Paulinów pozostały tylko 2 - na Jasnej Górze i w Krakowie na Skałce.

Obecnie ten Zakon ponownie się rozwija, a jedną z placówek jest w USA tzw. Amerykańska Częstochowa w Doylestown. Siedzibą najwyższego przełożonego - Generała Zakonu jest Jasna Góra.

Fundacja klasztoru Paulinów na Jasnej Górze


Założenie klastoru Paulinów na Jasnej Górze związane jest z Ludwikiem Andegaweńskim, królem węgierskim i polskim (1370-1382) i jego krewnym - księciem Władysławem Opolczykiem. Na ich życzenie (prawdopodobnie w celu wzmocnienia w Polsce pozycji króla węgierskiego) w czerwcu 1382 roku do Częstochowy przybyła grupa kilkunastu Paulinów obejmując w posiadanie wzgórze jasnogórskie wraz z drewnianym kościółkiem pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Uroczystej fundacji dokonał książę Władysław Opolczyk w dniu 9 sierpnia 1382 roku.
Nie zapewniała ona jednak utrzymania większej liczby zakonników, stąd król Polski Władysław Jagiełło (1386-1434) "imieniem własnym i swej ukochanej małżonki - Jadwigi" dokonał 24 lutego 1393 roku nowej fundacji z udziałem najwyższych dostojników państwa polskiego.

Obraz na Jasnej Górze


Najcenniejszym skarbem i tajemnicą Jasnej Góry jet Obraz Matki Bożej, zwanej Jasnogórską albo Częstochowską. To właśnie On w szczególny sposób przyciąga pielgrzymów ze wszystkich stron świata, którzy w modlitwie ofiarowują Matce Bozej swe tajemnice, prośby, zmartwienia i pragnienia...

Z jednej strony historia Obrazu Jasnogórskiego otoczona jest legendą, tajemnicą, tradycją ustną, z drugiej zaś strony badacze i historycy sztuki pragną dojść prawdziwego rodowodu tego dzieła. I tak wg legendy Obraz namalował Św. Łukasz Ewangelista na drewnie pochodzącym ze stołu Najświętszej Rodziny. Później został On przewieziony z Jerozolimy do Konstantynopola i złożony w świątyni, skąd książę ruski Lew urzeczony Jego pięknością, po usilnych prośbach otrzymał bezcenną relikwię od cesarza Konstantyna i przewiózł ją na Ruś. Tutaj Obraz zasłynął cudami, a kiedy Ludwik Węgierski prowadził na Rusi walki, Obraz ukryto w bełskim zamku. Odnalazł Go tam nowy zarządca Rusi - Władysław Opolczyk, który przewiózł dzieło do Opola.

Z samym przewozem też związana jest legenda, która mówi, jakoby konie nie chciały ruszyć z miejsca dotąd, póki Opolczyk nie złożył ślubowania, iż w miejscu złożenia Obrazu wybuduje kościół na chwałę Boga i Błogosławionej Maryi Panny i Wszystkich Świętych oraz ufunduje klasztor dla Paulinów. Tak oto Święty Obraz znalazł się w Częstochowie, gdzie zasłynął licznymi cudami i łaskami.

Z kolei badania źródeł historycznych podają, iż Cudowny Obraz Matki Bożej przybył na Jasną Górę 31 sierpnia 1384 roku, podarowany Paulinom przez Władysława Opolczyka (choć dla ciągłości jubileuszu przyjmuje się, że Obraz przybył na Jasną Górę w 1382 roku wraz z Paulinami). Już wówczas dzieło otoczone było wielowiekowym kultem, tradycją cudownych łask zdziałanych za Jego przyczyną, stąd szybko stał się nieocenioym skarbem tutejszego sanktuarium.

Ogromną sławę i kult Obrazu potwierdzał historyk Jan Długosz (1415-1480), urodzony nieopodal Częstochowy, często pielgrzymujący na Jasną Górę.
źródło





Z Jasną Góra związany jest tez pewien tekst siedemnastowieczny, anonimowy, który sam w sobie, jak pamiętam, był pasją mojej pani profesor na polonistyce - tej od literatury baroku:






31.7.09

Jak ten czas leci!

Dotąd dwoje, lecz jeszcze nie jedno, odtąd jedno, chociaż nadal dwoje.
Karol Wojtyła
I tak już od pięciu lat... Dziś mija...Kilkanaście minut po 14.00 zmieniło się wszystko.


Jedno we dwoje
Pamiętam, jak jeszcze przed ślubem miałam przeczucie, że małżeństwo to jest jakaś tajemnica. Taka, której doświadcza się dopiero wewnątrz tej sytuacji. Że to coś więcej niż przyrzeczenie złożone do końca życia.


I... po latach okazało się to prawdą. Sakrament to jest siła. Nie siła przysięgi. Siła samego Boga. Długo by opowiadać, ale są w życiu rzeczy, których bez Sakramentu... by się nie przetrwało po prostu. Z tej perspektywy nie wyobrażam sobie życia tylko w związku cywilnym. Po prostu nie wyobrażam.
I na koniec dwie z piosenek z naszego wesela....



.Nie odchodź nigdy za daleko, bo słońce gaśnie, kiedy ciebie brak,
Motyle marzeń tracą lekkość, układam wiersze jakbym szła pod wiatr...
Nie odchodź nigdy ode mnie za daleko, za siódmą górę albo las...
Jestem dla ciebie gwiazdą na niebie, na zimę, wiosnę, lato, jesień...

REF. Tylko w Twoich dłoniach jestem jak melodia, tylko w Twoich rękach jestem jak piosenka...
Tylko w Twoim kręgu umiem żyć bez lęku, tylko w Twej miłości nie brak mi radosnych dni...

Nie traćmy dni na gorzkie słowa, nie wyliczajmy sobie drobnych wad...
Z miłością lepiej nie żartować, bo tylko ona uzasadnia świat...
Nie traćmy czasu na zal i ciche wojny skoro żyjemy tylko raz...
Bądźmy dla siebie ziemią i niebem, na zimę, wiosnę, lato, jesień...

Tylko w Twoich dłoniach jestem jak melodia, tylko w Twoich rękach jestem jak piosenka...
Tylko w Twoim kręgu umiem żyć bez lęku, tylko w Twej miłości nie brak mi radosnych dni...

Bądźmy dla siebie ziemią i niebem, na zimę, wiosnę, lato, jesień...
Tylko w Twoich dłoniach jestem jak melodia, tylko w Twoich rękach jestem jak piosenka...
Tylko w Twoim kręgu umiem żyć bez lęku, tylko w Twej miłości nie brak mi radosnych dni...




Wszystko wokół się zmienia,
nawet Ty.
Nasze wspólne marzenia
to My.
Małe i duże problemy
przeżyjemy, to nic dla nas.
Razem wszystko przetrwamy,
nawet złe dni.

CHCĘ TU ZOSTAĆ I ZAWSZE Z TOBĄ BYĆ
NAWET KIEDY BĘDZIE ŹLE.
CHCĘ TU ZOSTAĆ BO BEZ CIEBIE TO
NIE MAM SIŁY BY DALEJ ŻYĆ.

Chcę przy Tobie umierać i rodzić się.
Chociaż czasem mnie ranisz,
to i tak wybaczam Ci.

CHCĘ TU ZOSTAĆ I ZAWSZE Z TOBĄ BYĆ
NAWET KIEDY BĘDZIE ŹLE.
CHCĘ TU ZOSTAĆ BO BEZ CIEBIE TO
NIE MAM SIŁY BY ŻYĆ.

CHCĘ TU ZOSTAĆ I ZAWSZE Z TOBĄ BYĆ
NAWET KIEDY BĘDZIE ŹLE.
CHCĘ TU ZOSTAĆ BO BEZ CIEBIE TO
NIE MAM SIŁY BY DALEJ ŻYĆ.

18.7.09

Wielcy odchodzą...




Taka kolej rzeczy. Smutno, ale cóż... Wyjatkowo lubiłam słuchać tego człowieka.








Życiorys jego kontrowersyjny, ale mimo to myśli tak cenne, tak błyskotliwe... Tak prawdziwe. Ciekawe wreszcie. Zawsze to smutno, gdy ktoś wielki - poeta, myśliciel, filozof odchodzi. Coś się kończy - jakis etap z serii: za mojego życia, żył ktoś, kto poglądy miał inne niż ten zwariowany świat. Kto miał odwagę być sobą, w tym dobrym, pozytywnym znaczeniu, nie tym tandentym z reklamy pewnego napoju. Kto miał odwagę obserwowac świat i przyznać czasem, że jego własne poglądy nie mają racji bytu. Że się mylił.










Leszek Kołakowski





Lata dzieciństwa i szkoły powszechnej spędził w Radomiu, gdzie mieszkał do września 1939. W okresie II wojny światowej do 1942 mieszkał we wsi Skórnice, później we wsi Garbatka, okresowo, w tym cały 1943 rok, również w Warszawie. Mieszkał wtedy między innymi w jednym mieszkaniu razem z ratowanymi przez Irenę Sendlerową Żydami. W tymże 1943 roku ojciec Leszka Kołakowskiego został aresztowany przez Gestapo i zgładzony na Pawiaku. Pod koniec okupacji Leszek Kołakowski zdał małą maturę, częściowo w Warszawie, a częściowo w Radomiu.
Pod koniec 1945 roku przeniósł się do
Łodzi, gdzie rozpoczął studia na Uniwersytecie Łódzkim. W tymże roku wstąpił do AZWM "Życie" a także do PPR[2]. W 1949 wraz z żoną Tamarą przeniósł się do Warszawy, gdzie mieszkał najpierw w domu studenckim, a następnie we własnym mieszkaniu na Mokotowie. Do 1966 był członkiem PZPR. Był pracownikiem Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR. Był jednym ze współtwórców warszawskiej szkoły historyków idei, profesorem, do 1966 kierownikiem katedry historii filozofii nowożytnej na Uniwersytecie Warszawskim.
W 1965, wraz z
Marią Ossowską i Tadeuszem Kotarbińskim, sporządził opinię w sprawie pojęcia wiadomości[3], która została wykorzystana przez obronę w procesie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, oskarżonych o "rozpowszechnianie (...) fałszywych wiadomości" w napisanym przez nich Liście otwartym do Partii. W 1966 odebrano mu katedrę i usunięto z PZPR za zbyt radykalną krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu. W 1968, za udział w wydarzeniach marcowych, odebrano mu prawo wykładania i publikowania, co zmusiło go do emigracji.
Na emigracji jego poglądy zaczęły stopniowo ewoluować od marksizmu do ogólnie rozumianej myśli
chrześcijańskiej. Po krótkim pobycie w Paryżu osiadł ostatecznie w Anglii, gdzie mieszkał do śmierci. Jego słynny esej Tezy o nadziei i beznadziejności, opublikowany w paryskiej Kulturze w 1971, stworzył intelektualny fundament dla strategii opozycji antykomunistycznej, inspirując powstanie KOR-u i Uniwersytetu Latającego. Przypisuje mu się m.in. pomysł stworzenia w PRL wolnych związków zawodowych. Współpracował z Polskim Porozumieniem Niepodległościowym w kraju. W latach 1977–1980 był oficjalnym przedstawicielem KOR-u za granicą i odpowiadał za kontakty między środowiskiem KOR-u i emigracją.
W Anglii na stałe związał się z
Uniwersytetem Oksfordzkim, gdzie w latach 1972–1991 był wykładowcą (Senior Research Fellow) w All Souls College, a po przejściu na emeryturę przyznano mu tytuł Honorary Member of Staff. Oprócz tego wykładał m.in. w Yale University, University of New Haven, Berkeley University oraz University of Chicago, gdzie pracował jako "visiting professor".





Zobacz film







W 1991 został członkiem rzeczywistym
Polskiej Akademii Nauk. Był członkiem Fundacji im. Stefana Batorego oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Członek honorowy
Radomskiego Towarzystwa Naukowego. 29 kwietnia 2005 Leszek Kołakowski z inicjatywy Stowarzyszenia Przyjaciół Garbatki otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Gminy Garbatka-Letnisko (przebywał w niej w czasach II wojny światowej). Od 2006 był honorowym członkiem Rady Fundacji Centrum Twórczości Narodowej.

Prace filozoficzne [edytuj]
Pierwszym tekstem Kołakowskiego skonfiskowanym przez cenzurę, a zarazem pierwszym, który zaczął funkcjonować poza oficjalnym systemem, był napisany w 1956 dla "
Po Prostu" manifest "Czym jest socjalizm".
W 1958 Kołakowski opublikował monografię Jednostka i nieskończoność. Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy, w której posługiwał się już warsztatem nie tylko historyka filozofii, ale również historyka idei. Filozofii XVII wieku pozostawał wierny w kolejnych swoich pracach. W 1965 opublikował głośne studium Świadomość religijna i więź kościelna, uznawane z jednej strony za aluzyjną krytykę realnego socjalizmu w historycznym kostiumie, a z drugiej strony za wnikliwą analizę przemian religijności w
XVII wieku. Kołakowski zarysowywał napięcie między indywidualną religijnością a wymaganiami wspólnotowego kościoła w ruchach protestanckich. Odczytywano to jako sprzeczność między jednostkowym zaangażowaniem intelektualisty a autorytarną rzeczywistością systemu.

Zobacz film



http://www.youtube.com/watch?v=B55WKXO--BA&feature=related




W latach 1968–1976 napisał trzytomową pracę

Główne nurty marksizmu. Powstanie, rozwój, rozkład, gdzie w sposób przekrojowy opisał rozwój tej doktryny, obalając wiele mitów i półprawd obecnych w dyskusjach na ten temat w krajach za żelazną kurtyną. Od 1966 jego zainteresowania zaczęły ewoluować w stronę filozofii kultury i etyki. W latach 1967–1975 napisał m.in: Kulturę i fetysze, Obecność mitu, Husserl i poszukiwanie pewności.
Pod koniec życia głównym przedmiotem jego zainteresowań filozoficznych była historia filozofii, zwłaszcza od XVIII wieku, w tym doktryny liberalizmu, a także filozofia kultury oraz religii. Jak pisze o nim Bronisław Baczko
[4]:
W naszym świecie, o którym wie, że staje się coraz bardziej świecki, Kołakowski uporczywie tropi obecność sacrum, czy też, by to rzec inaczej – obecność Boga ukrytego. Postawy wobec sacrum znajdują się w centrum jego uważnej i troskliwej refleksji, której przedmiotem są dzieje człowieczych zmagań z Bogiem, owe złożone i powikłane relacje, w które ludzie wchodzą z Bogiem w toku ich własnej burzliwej historii.



Zobacz film



http://www.youtube.com/watch?v=UDaQEakfi1o&feature=related




Nade wszystko Leszek Kołakowski jest moralistą, ale szczególnego pokroju, a mianowicie moralistą realistycznym. Świadom jest on w pełni, że nasza skończoność, nasze słabości i nasza historyczność narzucają nam nieuchronnie pewien relatywizm moralny. Z tym większym naciskiem podkreśla on więc, że zgodzić się na swą człowieczą kondycję znaczy również uznać i przyswoić sobie pewien moralny wzorzec bycia człowiekiem, którego nie jesteśmy twórcami, z czego wynika, że nie wolno nam przyzwalać na nic, co jest nieludzkie.Kołakowski jest racjonalistą sceptycznym i pragmatycznym: pokładać wiarę w rozum to, z konieczności, uznać również jego ograniczenia oraz postrzegać, jak łatwo ulega on pokusom namiętności.
Oprócz tekstów filozoficznych spod pióra Kołakowskiego wyszły również utwory o charakterze literackim, choć również poruszające tematykę filozoficzną: (
13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych, Rozmowy z Diabłem, Cztery bajki o identyczności). W przypowiastkach i bajkach Kołakowski w przystępnej i atrakcyjnej literacko formie analizuje zagadnienia i paradoksy filozoficzne lub przedstawia dyskusje pomiędzy różnymi szkołami i doktrynami.
W 1996 nagrał dla Telewizji Polskiej 30 miniwykładów poświęconych ważnym zagadnieniom filozofii kultury (m.in. władzy, tolerancji, zdradzie, równości, sławie, kłamstwu), wydane następnie w formie książkowej jako Mini wykłady o maxi sprawach. W 2004 rozpoczął telewizyjne wykłady z serii O co nas pytają wielcy filozofowie.







(źródło - Wikipedia.pl)

10.7.09

Włos z głowy

Spotkało mnie coś bardzo niepozornego, lecz jakże znamiennego. Ot tak, nagle, niby przypadkiem. niby drobnostka, a jednak.

Poszłam do kiosku po książeczkę dla dziecka - z tych wierszowanych, w małym formacie, z kolorowymi obrazkami, o twardych kartkach. W jednym kiosku były, ale nie takie, jak chciałam, poszłam więc do drugiego, mojego ulubionego. To salonik prasowy właściwie. Wchodzę i...

Włos ludzki, przybliżenie 200-krotne

Od kilku miesięcy czytam i co tydzień usiłuje zdobyć papierową wersję pewnego czasopisma (dla dociekliwych - link do internetowego wydania gazety jest w mojej linkowni po prawej stronie bloga). Problem z gazetą polega na tym, że u nas w kioskach nie ma jej w okolicy mojego bloku - bliższej i dalszej - nigdzie. W całym mieście nawte nie ma. Nawet w księgarniach katolickich. No, moze w któryms kiosku, ale wta gazeta w kioskach to rzadkośc, przeciez nie dam rady sprawdzic ich wszystkich. Gazeta wychodzi w piątki, a ja najwcześniej mogę ją czytać ... w niedzielę rano (bo tylko wtedy jest dostępna w kościele), kiedy zwykle nie mam czasu. W poniedziałek przychodzą inne sprawy, gazeta się trochę dezaktualizuje i tak jakoś leci.



Ja zwykle z rodzinką na niedzielną Mszę chodzę wieczorem. jednak wieczorem gazet już brak. Pędzę więc rano do kościoła po gazetę, nie mając jej czasu już zresztą czytać, a już wieczorem na spokojnie na Mszę. to gdy jestem w domu. Gdy wyjeżdżam to już w ogóle cyrk, bo tam, gdzie zwykle jeżdżę, tej gazety nie ma nawet w kościele. A ja ją tak lubię (w ogóle lubię tygodniki opinii, to inna rzecz), że na rzęsach stanę, a gazetę mieć muszę. Internetowa wersja jest pełna dopiero... dzień przed wydaniem nowego numeru. Zresztą, ja nie mam czasu tyle siedzieć przy kompie, a gazetę w rulon zwinę, zabieram do dziecięcego pokoju i podczytuję, gdy syn układ jakieś klocki czy wchodzi w komitywę z naszym kotem. Tak czy siak, co tydzień na rzęsach staję, by gazetkę zdobyć. W kioskach już nawet o nią nie pytam, bo wiem, że jej nie ma.
Prasa drukarska


No i dziś wchodzę po dziecięce książeczki, a tu... zapomniałam, po co weszłam, bo tuz przed nosem zobaczyłam dwa nowiutkie, pachnące farbą drukarską jeszcze egzemplarze mojej gazetki. W ogóle lubię wygląd nowych gazet, bo ja, o ile książki oszczędzam (mąż czasem pyta, czy je w ogóle czytam, tak są moje książki niezniszczone), o tyle gazety zwijam, składam, pakuję do torby gdzieś w podróż i wyglądają one tragicznie po prostu).




No i wchodzę ja dziś do kiosku i... okazuje się, jak mówi sprzedawczyni, że dziś te gazety dostali pierwszy raz. Nie wiadomo dlaczego, bo ich nie zamawiali. Przysłali im dwa egzemplarze. Czasami wydawnictwa różne tak robią, sprawdzają, czy tytuł się sprzeda, ot tak, zamiast reklamy.
ja czym prędzej pognałam po teczkę, założyłam sobie w kiosku teczkę i co tydzień mi panie bedą gazetkę odkładać. Po leciałam w tej sprawie skwapliwie od razu, bo pomyślałam - jak dostały dziś pierwszy raz, pomyślą może, że na drugi tydzień zamawiać nie warto albo zamówią tylko jeden egzemplarz, a ja znów będę biegać, by go zdobyć. No. Tak więc zaklepałam sobie.
Wracam do domu i tak myślę....Niby drobnostka, a czuję się, jakbym dostała prezent. Jakby Pan Bóg o taką nawet drobnostkę sie zatroszczył....Jeden, jedyny kiosk w mojej okolicy z tym tytułem...


U was zaś nawet włosy na głowie wszystkiepoliczone. Dla tego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Mt 6,24-34

Ja rozumiem, Bóg troszczy sie o nas, ale żeby myślał o czymś takim jak moja ulubiona gazeta - na to bym nie wpadła...

26.6.09

Noc Świętojańska

Tak w kontekście tradycji świętojańskiej postanowiłam dopisać to i owo. Święto to - ludowo rzecz biorąc - w Polsce bardzo stare, często mimo nazwy albo raczej wbrew niej, zdechrystianizowane kompletnie. Bo tez i zawsze obrzędowości pogańskiej było pełne, chrześcijaństwo chciało ten czas, jak i wiele innych pogańskich świąt, zaadaptować, przemienić. Czy to się jednak udało na przestrzeni wieków?


W XVI wieku tak pisał nasz renesansowy wieszcz, Jan Kochanowski:

Gdy słońce Raka zagrzewa,

A słowik więcej nie spiewa,

Sobótkę, jako czas niesie,

Zapalono w Czarnym Lesie.

Tam goście, tam i domowi

Sypali się ku ogniowi;

Bąki za raz troje graty

A sady się sprzeciwiały.

Siedli wszyscy na murawie;

Potym wstało sześć par prawie

Dziewek jednako ubranych

I belicą przepasanych.

Wszytki spiewać nauczone,

W tańcu także niezganione;

Więc koleją zaczynały,

A pierwszej tak począć dały:

(...)

Pracuj we dnie, pracuj w nocy,

Prózno bez Pańskiej pomocy;

Boga, dzieci, Boga trzeba,

Kto chce syt być swego chleba.

Na tego my wszytko włóżmy,

A z sobą sami nie trwóżmy;

Wrócąć się i dobre lata,

Jeszczeć nie tu koniec świata.

A teraz ten wieczór sławny

Święćmy jako zwyczaj dawny,

Niecąc ognie do świtania,

Nie bez pieśni, nie bez grania!

(...)

Komum ja kwiateczki rwała,

A ten wianek gotowała?

Tobie, miły, nie inszemu,

Któryś sam mił sercu memu.

Włóż na piękną głowę twoję

Tę rozkwitłą pracą moję;

A mnie samę na sercu miej,

Toż i o mnie sam rozumiej.

Żadna chwila ta nie była,

Żebych cię z myśli spuściła;

I sen mię prace nie zbawi,

Spię, a myślę, by na jawi.

Tę nadzieję mam o tobie,

Że mię też masz za co sobie:

Ani wzgardzisz chucią moją,

Ale mi ją oddasz swoją.

Tego zataić nie mogę,

Co mi w sercu czyni trwogę;

Wszytki tu wzrok ostry mają

I co piękne, dobrze znają.

(Pieśń świętojańska o Sobótce)

Tak więc był ten dzień z dawien dawna czasem zabawy, plecenia wianków i szukania męża. Kto wyłowił wianek rzucony przez dziewczynę na wodę, ten miał być jej mężem.

W noc świętojańską dziać się też miały rzeczy dziwne i cudowne - kwiat paproci winien był zakwitać raz jedyny w roku, a kto go szukał i znalazł, miał zapewnić sobie bogactwo i dostatek. Ten mityczny kwiat stał się więc talizmanem, niezbędnym przy obchodzeniu pogańskiego odpowiednika nocy świętojańskiej - święta Kupały.

Według hipotezy Henryka Łowmiańskiego, podanie o kwiecie paproci może wywodzić się ze zwyczaju smarowania się przez kobiety liśćmi nasięźrzału w trakcie obchodów święta, co miało w magiczny sposób podnieść ich atrakcyjność (Wikipedia)

W tym roku, zupełnie przypadkiem, wyciągnięta przez znajomych, miałam okazję być na takiej "nocy świętojańskiej", zaczynajacej się zreszta około południa. Nie powiem, żebym się dobrze bawiła, wręcz przeciwnie, ale za to poczyniłam pewne obserwacje, nazwijmy to - socjologiczne.

Nazwa niby chrześcijańska - "noc świętojańska" , reklama imprezy - obrzydliwa styropianowa replika twarzy Światowida... Odwołania do pogańskiej obrzędowości oczyszczenia za pomocą skoków przez ogień - wszystko prowadzone przez pana z pierścieniem Atlantów na palcu. A miało wyglądać na zwykłą, ot festynową zabawę. Organizatorzy jednak postanowili przemieszać, jak sądzę barwne skądinąd niewinne tradycje z tymi pogańskimi (wianki to fajna zabawa, ale Światowid to już jest problem bałwochwalstwa przecież), a wszystko w atmosferze pół- żartem pół-serio przypudrować chrześcijańskim nazewnictwem. Bo będzie fajnie, kolorowo, bo się sprzeda. A przecież o to chodzi, a nie o prawdę...

Smutne, przygnębiające. I boli.

TU KLIKNIJ więcej o święcie Kupały oraz o pochodzeniu samej tej nazwy, a także o tym, co wspólnego z sabatem ma sobótka.





24.6.09

Cela Mickiewicza

Dziś może obok codziennorefleksyjnego tematu, ale podkreslic trzeba wydarzenie ważne, choć niedocenione, którego ja, z racji swojej polonistycznej pasji i zawodu pominąć nie mogę.


W Wilnie przy klasztorze Bazylianów została otwarta „cela Konrada”. Na pierwszym piętrze unickiego klasztoru od 1823 do 1824 roku wraz z innymi filomatami więziony był Adam Mickiewicz. Tutaj rozgrywa się akcja III części „Dziadów”. W legendarnym miejscu na piętrze znajdowała się, dziś zniszczona, tablica, na której widniał zwiastujący przyjście romantyzmu cytat: „Tu umarł Gustaw, a narodził się Konrad”.

Od początku lat 30. ub. wieku do wojny odbywały się tam słynne środy literackie. Tradycję reaktywowali miejscowi polscy twórcy w 1992 roku. Z czasem środy bez wsparcia z kraju umarły, a cela niszczała. Dziś klasztor zamieniono w prywatny hotel „Pas Bazilijanus”, a powstałe za pieniądze polskiego podatnika minimuzeum mieści się w dobudówce, gdzie w czasach wieszcza było przejście z kościoła do klasztoru.

Obecny na uroczystości minister Tomasz Merta podkreślał, że od 2000 roku polskie ministerstwo bezskutecznie starało się o wykup celi, nie mogąc kupić całego klasztoru i ostatecznie porozumiało się na szczeblu rządowym. Na uroczystość nie zaproszono miejscowych Polaków, choć działa tu silna polonistyka i środowisko literackie. Nie włączono ich też w opiekę nad ekspozycją. Polacy wileńscy są przekonani, że celę wykorzystano jako chwyt reklamowy hotelu, bezczeszcząc święte dla nich miejsce. – To otwarcie kurnika Mickiewicza – mówili rozżaleni.

Źródło

No cóż, idea piękna, szkoda tylko, że wyszło, jak wyszło... Ale nic, dobre i to...

22.6.09

To, co małe

Tak, tak, wszyscy wiemy już z Biblii, a i gdzieś indziej czytalismy albo słyszeli już to setki, tysiące może nawet razy. - Bóg wybiera to, co niepozorne, by pokazać swoja wielkość.
Niby prawda oczywista, ale jak tak z jednym czy drugim opowiadaniem z życia wziętym to skonfrontować, to ciągle nas ona w tej swojej oczywistości dziwi, zaskakuje i przyciąga.



Gdzie Jezus lubił odpoczywać? W Siwcówce. Powiedział to wiele razy prostej góralce.Witold Cempel - dyrektor generalny firmy konsultingowej – Rozmowy Kundusi z Jezusem rozbijają wiele mitów na temat surowego, karzącego Boga. Wyciskają łzy wzruszenia. Czytałem je prawie rok. Karmiłem się nimi, zdanie po zdaniu. Jej duchowość łączy orędzie Bożego Miłosierdzia Faustyny i „małą drogę” Tereski. Dla zagonionego człowieka karmionego terabitami informacji to prawdziwe objawienie! To samo uczucie. Towarzyszyło mi, gdy schodziłem w Płocku do ciemnawej kuchni, w której pracowała Faustyna i gdy dotykałem drewnianych krat oddzielających mnie od sióstr w starej plebanii w Rybnie. Albo gdy schylałem głowę, by nie wyrżnąć o sufit maleńkiej pustelni Mieczysławy Faryniak, mistyczki ze Spisza. Czy Pan Bóg nie mógł wybrać bardziej atrakcyjnych miejsc, by objawić światu swe miłosierdzie? Czy nie zna się na marketingu? Wybrał to, co kruche, co nie rzuca się w oczy, co łatwo minąć, zbagatelizować, przejść na drugą stronę ulicy. Siedzę w drewnianej chałupie w Siwcówce, ślicznej wiosce schowanej w górach niedaleko Suchej Beskidzkiej. Dom ma 168 lat. Jego ściany słyszały niejedną rozmowę. Były też świadkami niezwykłych spotkań. Prosta góralka Kunegunda Siwiec spotykała się tu z samym Jezusem. Nie umiała pisać. Ale umiała słuchać. I to pokornemu Gościowi podobało się najbardziej.


Tereska sypie, Kundusia zrywa zaręczyny
Do okien pokoju zaglądają tonące w zieleni Jałowiec i Kiczora. Dom wybudowali Jan i Katarzyna Siwcowie. Tu 28 maja 1876 r. przyszła na świat Kunegunda – ich dziewiąte dziecko. Ludzie we wsi nazywali ją po prostu Kundusią. Dorastała w bardzo pobożnej rodzinie. Jej rodzice zrywali się czasami o pierwszej w nocy, by pieszo pójść do spowiedzi do odległych Wadowic. W 1896 roku na misje do kościoła w Stryszawie przyjechał redemptorysta o. Bernard Łubieński. Zwano go powszechnie Kulawym Misjonarzem. Do kościoła w dolinie pobiegła również 20-letnia Kundusia. Co zdarzyło się w czasie tych rekolekcji? Nie wiemy. Wiemy jedno: młodziutka dziewczyna zdecydowała się zmienić całkowicie swe życiowe plany i oddać się na wyłączną służbę Bogu. Zerwała zaręczyny i złożyła prywatny ślub czystości. Nie wybrała jednak klasztoru. Chciała adorować Jezusa, żyjąc w świecie. Wróciła do swej drewnianej chatki. Zaprzyjaźniła się duchowo z Małą Tereską. Gdy w czerwcu 1923 roku wstąpiła do świeckiego III Zakonu Karmelitańskiego przybrała nawet jej imię. Kiedyś zobaczyła w widzeniu świętą z Lisieux. Rozsypywała nad Siwcówką płatki róż.


Głowa boli
Zawiało. Wysiadający z pociągu relacji Kraków–Zakopane ks. Bronisław Bartkowski skulił się. 13 października 1937 r. wysiadł w Suchej Beskidzkiej. Pochodził z północy, z diecezji pelplińskiej. Chorował. Dostał urlop zdrowotny, a lekarz zalecił mu zmianę klimatu. Trafił do beskidzkiej wioski. Tłukł się furmanką kilkanaście kilometrów po kocich łbach. Wreszcie zajechał do Siwcówki. Zapukał do klasztoru sióstr zmartwychwstanek. Trafił tu „przez przypadek”. Kto wie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby nie choroba? Tuż przed śmiercią powiedział zresztą: od ponad 40 lat nie potrafię sobie wyobrazić dnia bez bólu głowy. To, co po ludzku wydawało się przekleństwem, okazało się nieprawdopodobną łaską. W Siwcówce spotkał Kundusię. Ofiarowała pod klasztor swą rodzinną ziemię – chwaliły ją siostry zmartwychwstanki. Finansowała naszą piękną kaplicę – cieszyli się mieszkańcy. Nie znali jednak jej największego sekretu. Nie wiedzieli o długich rozmowach, które prowadziła z samym Jezusem. Jak zareagował na tę wiadomość ks. Bronisław? Patrzę na wiszącą na ścianie fotografię. Spod krzaczastych brwi spogląda swym poważnym, przenikliwym wzrokiem. Przypomina mi historię innego kapłana. W podobnie kłopotliwej sytuacji znalazł się przed laty ks. Michał Sopoćko. W Wilnie do jego konfesjonału podeszła ruda, piegowata zakonnica i szepnęła: „Mam na imię Faustyna. Znam księdza. Opowiedział mi o księdzu sam Jezus”. Ufna wiara Kundusi musiała zrobić na ks. Bartkowskim wrażenie. Prosta kobiecina wyjaśniała rodzinie zawiłe fragmenty dzieł mistycznych Jana od Krzyża. Powtarzała w czasie spowiedzi słowa, które słyszała od Jezusa. I choć wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że mówi prawdę, przezorny kapłan poprosił o wyjątkowy znak. Zawarł z niebem umowę. – Boże, proszę Cię o nawrócenie i wyspowiadanie się pewnego grzesznika, który od lat kościół omija szerokim łukiem – modlił się. – Jeśli to, co słyszę od Kundusi jest prawdziwe, niech ten człowiek przyjdzie do kościoła i wyspowiada się. Ks. Bronisław był konkretny. Wyznaczył Bogu konkretną datę: 3 maja 1943 r. Nie pisnął o tym Kundusi ani słowem. – Módl się w pewnej intencji – powiedział jej jedynie. „Kundusia nic nie wiedząc o treści ani o terminie, modliła się gorąco o spełnienie mojego pragnienia – notował. – Nadszedł dzień 3 maja. Po nabożeństwie zasiadłem do konfesjonału. Patrzę, a tu pod chórkiem stoi ów grzesznik. Ludzie powoli poczęli opuszczać kaplicę, a on wstał i zamiast skierować się do wyjścia, podszedł do konfesjonału. Otrzymałem odpowiedź”.


Kundusiu, rozmawiaj ze mną!
Ponieważ sama Kunegunda nie potrafiła pisać, ks. Bronisław notował skrupulatnie słowo po słowie. Książka „Miejsce mojego miłosierdzia i odpoczynku” to nieprawdopodobny dziennik zapisujący rozmowy dwojga zakochanych osób: Jezusa i Kunegundy. Nie wyobrażali sobie bez siebie życia. – Większą radość sprawiają Mi wybrani niż aniołowie, bo aniołowie nie mają dusz odkupionych krwią moją – usłyszała w 1949 roku. – Kto dziękuje za cierpienia, więcej Mi radości sprawia, niż gdyby spełnił dużo dobrych uczynków. W takiej duszy mam odpoczynek. Gdy mistyczka z Siwcówki martwiła się: „Nie umiem kochać”, usłyszała: „Dziecko moje, gdybyś wiedziała jak cię kocham i jak pragnę miłości moich wybranych!”. Nie znajdziemy tu sensacji, żadnego gotowego scenariusza programu „Nie do wiary”. To zapis dialogu samotnego człowieka i opuszczonego przez ludzi Boga. Najbardziej poruszają ostatnie słowa duchowego dzienniczka: „Myśl o Mnie, bo Ja myślę o tobie! Jednocz się i rozmawiaj ze Mną, bo tego pragnę od ciebie”. Rozmawiaj ze mną – prosił pokornie Bóg. I Kundusia rozmawiała. Miała jedno pragnienie. Przylgnąć do Serca Jezusa. Tak mocno, by zatopić się w nim bez reszty. „Twoje serce jest małym niebem dla mojego syna. Odpoczywa w nim. Pocieszaj Go” – usłyszała w 1943 roku od Maryi. Z prostotą dziecka przyjmowała „odgórne” polecenia. Pytając, co podoba się w niej Jezusowi, usłyszała: „Córko moja, jesteś samą słabością!”. Bliźniaczą odpowiedź otrzymała kilkanaście lat wcześniej Faustyna: „Córko Moja, właśnie przez taką nędzę chcę okazać moc miłosierdzia Swego”. W otoczonej polnymi kwiatami niepozornej drewnianej chatce dokonały się mistyczne zaślubiny. „Poślubiam cię jako oblubienicę Sobie, a wesele trwać będzie całą wieczność – mówił Jezus. – Niebo całe cieszy się z tej miłości i zaślubin”. Czy możemy się dziwić, że znana polska karmelitanka s. Immakulata Adamska swą książkę o mistyczce nazwała po prostu: „Dlaczego właśnie Kundusia z Siwcówki?”.


Kiedy skończy się wojna?

Gdy w czasie okupacji Kunegunda pytała o datę zakończenia krwawej wojny, usłyszała: „Dziecko moje, to nie jest ci potrzebne do zbawienia. Zajmij się tylko miłowaniem Mnie i zbawianiem dusz”. Na 2 lata przed zakończeniem wojny Jezus zdradził jednak: „Pokój ma nastąpić w miesiącu poświęconym Matce mojej najmilszej”. Słowa spełniły się co do joty. Kunegunda prosiła o męczeńską śmierć, ale Jezus się na to nie zgodził. – Powiedz spowiednikowi odważnie: com wybrał dla Siebie, tym dzielę się z wybranymi, to jest drogą cierpień. To są skarby moje najdroższe” – usłyszała. Przylgnęła do Cierpiącego i sama została zraniona. Choroba przykuła ją na kilka lat do łóżka. – To miłosierdzie moje, a nie karząca ręka daje ludziom doświadczenia – wyjaśniał Jezus. – Nie skarżyła się. Zarażała ludzi uśmiechem. Niewielu wiedziało o jej cierpieniu. Mieszkańcy Stryszawy zagadnięci o jej zdrowie odpowiadali nawet: Nic jej nie jest, tylko się jej robić nie chce. 20 czerwca 1955 r. Kundusia przepowiedziała swą rychłą śmierć. Tydzień później zmarła.
Niemcy wpadają do wody

Z okien rodzinnej chatki Kundusi wygląda uśmiechnięta pani Franciszka. Jest rodzoną siostrą ks. Bartkowskiego. O spotkaniach z Kunegundą może opowiadać godzinami. – Gdyby ktoś mi powiedział, że wyląduję w Siwcówce, popukałabym się w głowę – śmieje się. – Nasza rodzina wiedziała o tych objawieniach. Zresztą sama Kundusia pocieszała mojego brata: Nie trap się, bo tę wojnę wszyscy przeżyjecie. Jak na Kundusię reagowali mieszkańcy Siwcówki? Zwyczajnie. Nie wiedzieli o jej objawieniach. Jak można darować Kościołowi rodzinną ziemię? – kręcili głowami niektórzy. Wielu zraziły do Kunegundy jej upomnienia. Była prorokiem, nie owijała w bawełnę. I choć kojarzyła się raczej z promiennym uśmiechem, nie bała się nazywać zła złem.
Gdy Niemcy zaczęli wywozić mieszkańców okolicznych wiosek do Oświęcimia, a na Siwcówkę zamierzali sprowadzić swych osadników, Kundusia popędziła pod tabernakulum. Usłyszała: „Nie ma niebezpieczeństwa dla was. Tu obrałem sobie niebo. W tym moim niebie znajduję odpoczynek”. Do dziś mieszkańcy wioski wspominają niezwykłe zdarzenie. Stali spakowani, gotowi na to, że ich chaty zasiedlą niemieccy osadnicy. Do Siwicówki jechała już pierwsza rodzina. Mijała właśnie płynącą u podnóża wioski rzeczkę, gdy nagle drewniany most zarwał się, a Niemcy wylądowali w wodzie. To ostudziło zapał okupantów. Wioska ocalała. Ludzie padli na kolana przy kapliczce Serca Jezusowego. Nazwali ją „kapliczką ocalenia”. Czy wiedzieli, kto wymodlił im tę łaskę?


Mistyczki ściągają oazy
W Dursztynie, gdzie Mieczysława Faryniak błagała Boga, by zesłał na Spisz ogień Ducha Świętego, po latach ludzie zaobserwowali ciekawe zjawisko. Na swe oazy zaczął tu przyjeżdżać otoczony wianuszkiem młodych ks. Franciszek Blachnicki. Wichrówka zaczęła tętnić życiem. Ze zdumieniem zauważyłem, że na pierwsze rekolekcje dla ministrantów ks. Blachnicki zabrał setkę chłopaków do… Stryszawy. Czy to również owoc gorącej modlitwy prostej kobiety? Po latach na Siwcówce ruszyła prowadzona przez zmartwychwstańców prężna Szkoła Nowej Ewangelizacji. Na Msze o uzdrowienie przyjeżdżają tu ludzie z całej Polski. „Po śmierci będziesz szafować łaskami przez Matkę moją do końca świata. Będziesz pomagać Kościołowi i duszom” – usłyszała tu kiedyś Kundusia. W grudniu 2007 r. ruszył jej proces beatyfikacyjny. Jej domek tonie w kwiatach. Pielęgnuje je pani Franciszka. Do chałupy przyczepione są malutkie budki dla ptaków. – W tym roku jakoś nie ma w nich ptaszków. Chyba, zgodnie z panującą tendencją, przeniosły się do miasta – żartuje pani Franciszka. – Kto chciałby mieszkać w wiosce?
Mieszkająca tu pół wieku temu mistyczka poznała Takiego, który chciał. Mówił nawet: To tu obrałem sobie niebo.
Artykuł Marcina Jakimowicza - "Gość Niedzielny " 24/2009
Nie dalej jak wczoraj zwiedzałam jedno z pięknych polskich miast - Wrocław. Tak się złożyło, że na Mszę, choć wybieraliśmy się do katedry6, trafiliśmy w dzielnicy (historycznie skonotowanej zresztą) Psie Pole.
Kościół piękny, bardzo stary, nietstey, na niedzielne Msze za mały, stąd przerobiono przykościelną świetlice na kaplicę. Przeróbki wyglądały jak na zdjęciu, dziś tam już jest czynna kaplica, gdzie właśnie byliśmy na Mszy.
Mając małe dziecko, zmuszona byłam, jak zwykle, w pewnym momencie przechadzac się z nim na zewnątrz - z tej byłej świetlicy wychodziło się w prost na chodnik, między jakąś piekarnię a sklep była wciśnięta ściana tej świetlicy-kaplicy, bez tego odgrodzenia przestrzeni sakralnej, jaka jest charakterystyczna dla kościołów, tak więc, będąc na Mszy, byłam wprost w środku normalnego niedzielnego wieczornego życia miasta, chodząc w tę i z powrotem po chodniku, szeptałam wyznanie wiery czy inne liturgiczne teksty, jak w kościele. Ciekawe doświadczenie wyjścia Boga do ludzkiej codzienności, wprost na ulicę, trochę jak w Boże Ciało...


Bywając na pielgrzymkach, zlotach chrześcijańskich itd itp, nieraz i na Mszach nie w kościele bywałam, jednak jakoś tak przyzwyczaiłam się do kościelnych Mszy, stąd wszedłszy do tej kaplicy, z żalem pomyslałam. ach, szkoda, ze to nei w kosciele, niedziela, tak by fajnie było, tak bardziej pasuje. A potem myśl błyskawiczna: zaraz, zaraz, przeciez tu jest ten sam Bóg, który od skromności w ysroju światni nie ucieka. Ba, pierwsza Msza w dziejach nie była przez Jezusa odprawiona bynajmniej w bogatej synagodzie...
Ech, jak łatwo nawet i w kościele czasem Boga zgubić....
I tak stojąc w tej kaplicy przypomniałam sobie o Kundusi i Siwcówce. Bóg się w takich precedensach lubuje. Ma On fantazję, co?

20.6.09

O Sercu raz jeszcze

Wczoraj pisałam o Sercu tak bardziej ogólnie, choć trudno to nazwać wpisem oficjalnym. Dziś krócej, ale za to w sposób uchylający rąbka tajemnicy, albo raczej... drzwi do mojego, naszego świata.
Mamy w domu pewien obraz, stary, stary, bardzo stareńki, bo liczący sobie już lat prawie dziewięćdziesiąt.


Pierwszy raz zobaczyłam go za panieńskich jeszcze czasów w równie starej albo nawet starszej chałupce po dziadkach mojego męża. Tej chałupce, do której dziś tak często i chętnie jeździmy na drugi koniec Polski na wyjazdy, wypady i eskapady (pozdrawiam czytających bloga Wielkopolan przy okazji ;) Wisiał ten obraz tam od zawsze - w dużym pokoju. Któregoś dnia, już dobrze po ślubie, mąż wpadł na pomysł, by obrazy stare, wszystkie, które są w tym domku, odnowić. Wywiózł je więc do naszego domu, kupił ramy, te obrazy, które trzeba było, włożył za szkło, stare krzyże odmalował, oczyściwszy wczesniej, i tak czekaliśmy do kolejnego wyjazdu, by te obrazy zabrać. Ale jeden z nich był szczególnie duży, nie było go gdzie położyć, więc tymczasowo powiesilismy go nad stołem w naszym dużym pokoju. Jak powiesiliśmy - tak został. Inne wywieźlismy z powrotem, ten zostanie już zawsze. Bo jakiś taki.. sentyment do niego mamy.
Jak tak wisi i wisi, to mimo woli człowiek zaczyna mu się przyglądać. I tak kiedyś patrzę, patrzę i.. co widzę? Na obrazie data poświęcenia rodziny (zapewne przez jakąś babcię czy prabacię męża) - 17 października 1922 roku. Dokładnie 85 lat przed urodzeniem naszego syna. Mało tego, odkryłam niedawno, że 17 października to... rocznica śmierci apostołki Bożego Serca, Małgorzaty Marii Alacoque, jest więc ona właściwie też i patronką syna.
Niezwykły jest ten obraz. Jeszcze tam, na wsi, był świadkiem oświadczyn mojego przyszłego męża, świadkiem naszych rodzicielskich i małżeńskich planów... Nie żeby specjalnie. Po prostu tam wisiał, jako część wystoju pokoju. Potem ta data...
Ktoś powie - przypadek, ale - co tu dużo mówić, to Boże Serce chyba nas prześladuje...


I ciekawa rzecz jeszcze jedna. Jakaś właśnie babcia czy prababcia męża (dziś już nie żyje nikt, kto mógłby pamiętać, kto to był dokładnie), poświęciła uroczyście rodzinę, która miała, Sercu Jezusa. A moz eto nei babcia? Może dziadek? Nie wiem, dlaczego odruchowo myślę o babci...
Teraz dygresja - mała, ale istotna. Zdarzają się często gęsto przypadki, że ktoś w rodzinie wchodzi w okultyzm czy jakiekolwiek konszachty z demonami. Po latach okazuje się, że to ma skutki także i w życiu kolejnych pokoleń, Zły w pewien sposób jakby przywłaszcza sobie całą rodzinę. Jesli więc zły oddziałuje na przyszłe pokolenia, to zapewne i Bóg, któremu poświęca się rodizny, działa w życiuprzyszłysz pokoleń. I to bardziej niż Zły. Bóg przecież jest wszechpotężny.
Kto wie, jaki wpływ na życie nasze - moje, mojego męża i naszego syna albo i kolejnych przyszłych naszych dzieci, ma ten babciny czy dziadkowy akt poświęcenia rodziny...



Pewnie na Sądzie Ostatecznym, jak mówią teologowie, dowiemy się tych wszystkich powiązań. A wtedy szczęka nam opadnie. Tymczasem, tak zwyczajnie po ludzku, nie mogę się oprzeć wrażeniu, nie tylko na podstawie tej historii z obrazem, ale i na bazie wielu innych wydarzeń osobistych bardzo, że nie sposób ich opisać - własnie przez to wszytsko nei moge się oprzeć wrażeniu, że Jego Serce nas pociąga i po Bożemu miłością prześladuje.

"Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść"(Jr 20,7), jak mówi Jeremiasz...

15.6.09

Szczypta tradycji, czyli - kolorowo


W Oktawie Bożego Ciała postanowiłam dać upust mojemu zamiłowaniu do grzebania w tradycji (a więc i literaturze obyczajowej) dawnej Polski.
Dziś procesje Bożego Ciała na całym świecie są chyba podobne, no - może tylko elementami ludowymi się różnią. Współcześnie w Polsce - jak w całym Kościele rzymskokatolickim - chodzi się do czterech ołtarzy rozmieszczonych gdzieś na ulicach na terenie parafii.

z www.trivago.pl

Ołtarze budowane są przez mieszkańców - koniecznie ubrane w kwiaty, pełne symboli eucharystycznych (obraz kielicha wykonany np ze złotego papieru), zawsze z jakimś cytatem biblijnym. Nie może zabraknąć też gałązek brzozowych, a raczej wycina się skądś i stawia całe brzozy niewielkie, pod koniec dnia już mocno nadwiędnięte. Widziałam kilkanaście lat temu ludzi zabierających sobie do domów po procesji te brzozowe gałązki. Jakiś to zupełnie niechrześcijański przesąd, relikt jakichś ludowych wierzeń o tym, jak to te gałązki miały chronić przed jakimiś nieszczęściami, nie pomnę zresztą jakimi, bo specjalnie się w to nie zagłębiałam.
Na procesji oczywiście muszą być dziewczynki pierwszokomunijne w białych sukienkach i sypać po drodze kwiatki przed Najświętszym Sakramentem. Pamiętam, sama tak szłam przed laty, jeszcze wtedy za każdym wysypaniem garści kwiatowych płatków się wołało "Święty, Święty, Święty Pan Bóg Zastępów). Niesie się też poduszkę i długie wstążki (pojęcia nie mam, jakie jest znaczenie tych symboli, ale już rozpuściłam wici, jak się dowiem, to podać nie omieszkam). Pamiętam procesje z paniami w strojach ludowych, z panami niosącymi chorągwie i feretrony... Tak było w XX wieku, tak jest i w XXI.
W oktawie chodzi sie u nas wokół kościoła po jednej Mszy w dzień - bez ołtarzy. W czwartek - ostatni dzień Oktawy - są 4 ołtarze wokół kościoła.



z www.mbkp.pl

A tak to się odbywało w XVIII wieku w szlacheckiej Polsce - spisał to ksiądz Jędrzej Kitowcz w swoim cudnym skądinąd "Opisie obyczajów w dawnej Polszcze za Panowania Augusta III":

O procesjach w Boże Ciało
Te procesje bywały zawsze publiczne: w miastach po rynku, w wsiach po ulicy około kościoła. W miastach, w których są jakie kościoły, obowiązane jest duchowieństwo, tak świeckie, jako też zakonne, tudzież magistraty i cechy asystować procesji pryncypalnego kościoła. Każdy zakon asystował tej procesji idąc parami za swoim krzyżem od braciszka niesionym, oprócz jezuitów, którzy od asystencji z krzyżem bullami rzymskimi i dekretami z różnymi biskupy - chcącymi ich przymusić do równej z innymi zakonami asystencji-wygranymi byli uwolnieni.


Strój biskupa polskiego w XVIIIw. (tu - Ignacy Krasicki)

Cechy wszystkie asystowały tej procesji z chorągwiami i świecami. Warszawska konfraternia kupiecka z muszkietami, z których, po wniściu duchowieństwa cum Sanctissimo do kościoła, przed tymże kościołem po trzykroć wydała ognia. Dzieliła się ta konfraternia na dwa bataliony: używający niemieckiego stroju formowali jeden batalion, noszący polską suknią formowali drugi. Kolor sukien w obu batalionach rozmaity. Komendanci batalionów jak najbogaciej ubrani dystyngwowali się: niemieccy szarfami i szpontonami oficjerskimi tudzież kapeluszami, białym piórem strusim obłożonymi, polscy buławami hetmańskimi i kołpakami sobolimi. Każdy batalion swój ogień wydawał osobno raz po raz trzy razy, a za każdym ogniem chorąży czyniąc chorągwią salutacją wyrabiał nią różne sztuki, do której i ta należała, że czasem przez szybkie nią miotanie w różne strony i w cyrkuł wykręcanie zawadził w łeb jakiego spektatora nieostrożnie nawinionego albo tłokiem napchniętego. W dokazywaniu chorągwią Niemcy celowali Polaków, ale za to Polacy zawsze w dawaniu ognia przepisowali Niemców, którym rzadko kiedy udało się razem wystrzelić, chociaż przybierali do siebie dla lepszego ładu unteroficjerów od gwardii koronnej.


20 Pieszy Regiment Koronny (Jan Kiliński, XVIII wiek)

Strzelanie jedno jest, które czyni różnicę między procesjami za panowania Augusta III i procesjami za panowania Stanisława Augusta, pod którym pomienione strzelanie z rozkazu dworu, na damy lękliwe względnego, zarzucono; i kupcy tylko ci, którzy są w magistracie albo chcą z dewocji, z świecami, bez chorągwiów procesji asystują, trzymając miejsce po zakonach przed świeckim duchowieństwem. W Warszawie dla tej procesji, którą zawsze prowadził i prowadzi biskup lub prymas, a król niemal zawsze jej asystuje, robią pomost z tarcic dokoła rynku, począwszy od wielkich drzwi kościoła farnego, dla wygodniejszego chodzenia królowi, celebransowi i panom orderowym, tak baldekin unoszącym, jako też za królem idącym. Z obu stron pomostu we dwie linie stoi uszykowana gwardia koronna piesza, nie puszczająca motłochu w środek, a nawet i z okazalszych nie każdego. Około baldekinu cum Sanctissimo i około króla z senatorami i dystyngwowanymi damami postępuje wraz z procesją gwardia konna; za Augusta III tę służbę odbywali jego nadworni drabanci, lecz na końcu panowania, gdy mu król pruski zabrał wszystko wojsko pod Pirną w Saksonii, odbywała taż gwardia konna.


Strój posła na Sejm i marszałka z XVIII w.(tu - Stanisław Małachowski, poseł na Sejm Czteroletni, jeden z autorów Konstytucji 3 maja)

Niosącego Sanctissimum żaden z panów świeckich nie unosi pod ręce, jak jest gdzie indziej zwyczaj, ale prałaci dają mu tę pomoc, jeżeli bywa potrzebna. Wyglądający z kamienic oknami na procesją, którymi najwięcej są damy, muszą zamykać okna, gdy się procesja zbliża, a to dlatego, żeby te obiekta wabiące wzrok do siebie nie czyniły dystrakcji nabożeństwu-i wielce nieprzyzwoita rzecz jest, żeby głowy tych lalek nad Sanctissimum górowały. Tak bywało wszystko za Augusta III; tak jest i za dzisiejszego Stanisława Augusta, oprócz strzelania, które i po innych miastach i wsiach było do tej procesji, tak jak i na rezurekcją, używane.