14.7.09

Godność




Ich werde in die Tannen gehen
Dahin wo ich sie zuletzt gesehen
Doch der Abend wirft ein Tuch aufs Land
und auf die Wege hinterm Waldesrand
Und der Wald er steht so schwarz und leer
Weh mir, oh weh
Und die Vögel singen nicht mehr

Ohne dich kann ich nicht sein
Ohne dich
Mit dir bin ich auch allein
Ohne dich
Ohne dich zähl ich die Stunden ohne dich
Mit dir stehen die Sekunden
Lohnen nicht

Auf den Ästen in den Gräben
ist es nun still und ohne Leben
Und das Atmen fällt mir ach so schwer
Weh mir, oh weh
Und die Vögel singen nicht mehr

Ohne dich kann ich nicht sein
Ohne dich
Mit dir bin ich auch allein
Ohne dich
Ohne dich zähl ich die Stunden ohne dich
Mit dir stehen die Sekunden
Lohnen nicht ohne dich



Pójdę między jodły
Tam, gdzie ją widziałem ostatni raz
Wieczór zmrok już rzuca na ziemię
I na drogi z za obrzeżem lasu
A las wydaje się taki czarny i pusty
Biada mi, o biada i ptaki już więcej nie śpiewają

Nie mogę bez ciebie być - bez ciebie
Z tobą również jestem samotny - bez ciebie
Bez ciebie liczę godziny - bez ciebie
Z tobą stoją sekundy - nie warte nic

Na konarach w grobach
Jest teraz cicho i bez życia
I oddech przychodzi mi, ach, z takim trudem
Biada mi, o biada i ptaki już więcej nie śpiewają

Nie mogę bez ciebie być - bez ciebie
Z tobą również jestem samotny - bez ciebie
Bez ciebie liczę godziny - bez ciebie
Z tobą stoją sekundy - nie warte nic, bez ciebie

I oddychanie idzie mi ciężko
Boli mnie, o Boże i ptaki nie śpiewają już

Nie mogę bez ciebie być - bez ciebie
Z tobą również jestem samotny - bez ciebie
Bez ciebie liczę godziny - bez ciebie
Z tobą stoją sekundy - nie warte nic, bez ciebie

Bez ciebie! Bez ciebie!

13.7.09

Jakub

Pisałam wczoraj o chodzącym za mną Jakubie (Rdz 32,25-33)

Eugene Delacroix: Walka Jakuba z Bogiem


Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim. A wreszcie rzekł: «Puść mnie, bo już wschodzi zorza!» Jakub odpowiedział: «Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!» Wtedy [tamten] go zapytał: «Jakie masz imię?» On zaś rzekł: «Jakub». Powiedział: «Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś». Potem Jakub rzekł: «Powiedz mi, proszę, jakie jest Twe imię?»Ale on odpowiedział: «Czemu pytasz mnie o imię?» - i pobłogosławił go na owym miejscu.
Jakub dał temu miejscu nazwę Penuel, mówiąc: «Mimo że widziałem Boga twarzą w twarz, jednak ocaliłem me życie». Słońce już wschodziło, gdy Jakub przechodził przez Penuel, utykając na nogę.
Dlatego Izraelici nie jadają po dzień dzisiejszy ścięgna, które jest w stawie biodrowym, gdyż Jakub został porażony w staw biodrowy, w to właśnie ścięgno.

Gustave Dore: Walka Jakuba z aniołem (1885)

Bardzo sugestywny i mi bliski jest sposób, w jaki tę scenę przedstawił Roman Brandstaetter w swoim zbiorku Moja podróż sentymentalna. Najbardziej podoba mi się fragment o zmuszaniu Boga przez Jakuba. Ostatnie zdania tej sceny...




I Jakub obudził się - a był już świt -a obudziwszy się drżał z trwogi, a wargi jego mamrotały niezrozumiałe słowa, a mrowie chodziło po łydkach jego, a gdy oswoił się wreszcie z myślą o objawieniu się Pana we śnie - ta radosna świadomość nastąpiła dopiero po upływie niewymiernego czasu - opanował wstrząs i z początku nieśmiało, potem jednak z przybierającą odwagą i drobiazgową dokładnością przyglądać się słowom Pana. Nigdy dotychczas nie słyszał Jego głosu. Teraz z gorącą wdzięcznością rozważał słowa Wiekuistego. Pamiętał dokładnie treść świętego zeznania, słowo po słowie, zdanie po zdaniu według porządku, w jakim je Pan wypowiedział Napełniony ufnością chętnie by skakał i krzyczał, i wywijał rękami, ale zdając sobie sprawę z powagi chwili i bliskiej Obecności Pana, powściągnął swoje radosne i niestosowne zapędy, usiadł na ziemi, na podwiniętych nogach i wpatrzony zachwyconym wzrokiem w kamień służący mu w nocy za wezgłowie, dziękował Panu za łaskę błogosławionego snu i za zapowiedź opieki, którą Wiekuisty w nieocenionej dobroci roztoczy nad nim, człowiekiem niegodnym takiego zaufania, i nad jego potomkami po dalekie i niezliczone pokolenia. A potem, jak się często w takich razach zdarza, po wybuchu ekstatycznej radości przyszła chłodna refleksja. Niepokojąca i podejrzliwa. Pan w swoim uroczystym zeznaniu powiedział o sobie, że jest Bogiem Abrahama i Bogiem Izaaka, ale nie wspomniał, że jest Bogiem Jakuba. Jego imienia nie wymienił. - Dlaczego nie wymienił mojego imienia? - spytał Jakub samego siebie. - Dlaczego nie przypieczętował słów swoich moim imieniem? Dlaczego je przemilczał w tak podniosłej chwili? Prawdopodobnie dlatego, że jest ono splamione potrójnym grzechem, grzechem podstępu, grzechem kradzieży, i grzechem obojętności na boleść i krzywdę wydziedziczonego brata. Pan okazał mi łaskę, ale jest to łaska połowiczna, niepełna, czekająca....Na co czekająca? Na co czeka Pan? Na nowego Jakuba? Na przemienionego Jakuba? Na oczyszczonego Jakuba? Jakub runął twarzą ku ziemi, a z jego piersi zaczęła krzyczeć żarliwa modlitwa: -Panie! Zmień skalane imię moje, a wraz ze zmianą mojego imienia zmień wnętrze moje i oczyść je z hańby sprzedanej soczewicy i z hańby wyłudzonego błogosławieństwa, i z hańby obojętności wobec brata mego, i daj mi imię nowe, czyste, nieskalane, na które zasłużę praca mojego ducha i ciała! Podniósł się z ziemi, wyciągnął ręce do nieba i zawołał wielkim głosem, w którym brzmiały, zgodnie z sobą złączone, uniżona pokora i nieugięta, niezłomna wola: - Będziesz musiał zmienić! Będziesz musiał! Ja Cię do tego zmuszę! Błagam Cię, okaż mi łaskę i pozwól się zmusić, Panie mój, Panie Mocy! I przejęty grozą tych słów, umilkł.



To chyba sekret Jakuba: nieugięta wola i pokora, złączone niemal w jedno. Skąd on to wziął? Jak to zrobił?
Jak walczyć z Bogiem? Jak umieć z Nim walczyć? Nawet jeśli się wie, jak, to jak to zrobić?
Tylko.... że Jakub z tej walki wyszedł kulawy... No właśnie. Wygrać z Bogiem znaczy i z Nim... przegrać. O paradoksie!

No i...

No i tak, miałam pisać wczoraj, ale ostatnio przez dziecięco-rodzinne zawirowania trudno mi czasem nawet na bloga wejść.
A wczoraj... właśnie wczoraj ta kwestia stokrotności dostania wszystkiego z powrotem za postawienie Boga na pierwszym miejscu znów się do mnie odezwała, wróciła.
Bo wskutek okoliczności pewnych mam wrażenie, ze zamiast sto razy tyle dostać, sto razy tyle mi się jeszcze odbiera. I to rzeczy nie jakichś wielkich, ale zwykłych, codziennych, podstawowych. wszystko się wali i... po prostu jestem wściekła. Tak, Bóg, który mnie pociąga, czasem też jest Bogiem, na którego po prostu jestem wściekła.



Bo Go, zwyczajnie po ludzku, nie rozumiem. Bo mam wrażenie, że wszystko zabiera. Bo nie mogę się pogodzić z tym.
A tu jeszcze wczorajsza Ewangelia, by iść i głosić. Nie dość, że mam dość, to jeszcze mam iść i głosić. No ratuuuuuunku!
Mam dość. Jestem wściekła, tak w takich chwilach jestem taka wściekła, że jedyne, co można, to stanąć, siąść na modlitwie i... nie mówić nic. "Boże, masz mój czas, zwykły codzienny czas na modlitwę, taki z zegarkiem w ręku, i rób co chcesz." Bo ja nie mam siły udawać, że nic się nie dzieje, a i złości swojej tak, jak ją czuję, wyładować nie mogę, bo jeszcze za dużo powiem, jeszcze obwinię Boga za to, czego winny nie jest, a tego uczynić nie chcę.



Bezcenna jest wtedy też i pomoc przyjaciół chrześcijan. Sms czy telefon, że jestem wściekła na Boga, że muszę to jakoś skanalizować, przynajmniej tak, by móc się do Niego odezwać. Jelsi jestem ściekła, to z wściekłością, ale tak, by Go nie obrazić. To trudne dla kogoś z taką emocjonalnością jak moja. Ale mozliwe. Dlateo tutaj bezcenni - są przyjaciele.
I wtedy człowiek zyskuje jakiś taki upór na nowo. Jakąś taką nieugiętość. Wtedy czuję i zdaję sobie sprawę, że z Bogiem faktycnzie czasami mozna i trzeba powalczyć. Pewnie to dlatego od kilku dni "chodził za mną", jak ja to mówię, fragment o starotestamentalnym Jakubie...

11.7.09

I co ja z tego będe mieć?!

Serdecznie nie znoszę tego pytania, nienawidzę go po prostu. A jednak, kiedy czytam dzisiejszą Ewangelię, widzę jak bliskie ludzkiemu zwykłemu, a więc i mojemu sercu jest to pytanie, wyrażające czasem rozgoryczenie, czasem może i zazdrość, że ci, co żyją, jakby Boga nie było, mają się lepiej- i tak dalej.




Mt 19,27-29 -------------------- "Wówczas Piotr powiedział: Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Co za to otrzymamy? Jezus im odpowiedział: Zapewniam was: Ponieważ poszliście za Mną, to przy odnowieniu świata, kiedy Syn Człowieczy zasiądzie na chwalebnym tronie, również i wy zasiądziecie na dwunastu tronach i będziecie rządzili dwunastoma plemionami Izraela. I każdy, kto ze względu na Mnie opuścił dom, braci, siostry, ojca, matkę dzieci lub pole, stokroć więcej otrzyma i będzie miał udział w życiu wiecznym."
Ciekawe, bardzo ciekawe i moją uwagę wzbudzało od lat, zastanawiało - że Jezus mówi o opuszczeniu dla Niego wszystkiego. Nawet własnego dziecka, własnych rodziców (to jeszcze można zrozumieć, w końcu dla współmałżonka się rodziców opuszcza, to tym bardziej można ich opuścić dla Jezusa), ale nigdy nie powiedział o zostawieniu dla Niego męża czy zony. Ciekawe, prawda?
To chyba, tak myślę, potwierdza jedną z wielkich Bożych prawd, która tak pięknie widać we fragmencie:


Łk 8,19-21

Przybyła do Niego matka i Jego bracia, lecz z powodu tłumu nie mogli się z Nim spotkać. Powiadomiono Go: "Twoja matka i Twoi bracia stoją na zewnątrz i chcą się z Tobą zobaczyć". On w odpowiedzi rzekł im: "Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i spełniają je".


- więzy stworzone przez Boga i na mocy Jego prawa są silniejsze od więzów krwi.
Małżeństwo to więź niezwykle silna, trudna, a zarazem i piękna. Każdy, kto żyje w sakramentalnym małżeństwie, chyba tego doświadczył. Więź nic wspólnego z krwią nie mająca, a jednak tak silna, tak piękna i potrzebna. Więź z zamysłu Boga i przez Niego pobłogosławiona, dająca podstawy do tworzenia naturalnych więzi - ojcostwa, macierzyństwa.




Opuścić ojca, matkę dla Królestwa - pójść własną drogą, odkryć własne powołanie do świętości, niekoniecznie takie, jakie wymyślili dla nas rodzice. Opuścić majątek - nie dać się zwariować, nie sprzedać serca, miłości dla pieniędzy.
Ale co to znaczy opuścić dzieci dla Królestwa Bożego? Własne dzieci? Nie wydzierać ich Bogu siłą przez in vitro, przez leczenie niepłodności u bioenergoterapeuty, homeopaty, modlitwy do nie wiadomo jakich bóstw - no zgoda. Ale jak opuścić dla Królestwa dzieci, które się już ma? O co chodzi?
Nie wiem, po prostu nie wiem. Jako matka, jako chrześcijanka - nie wiem. Pozwolić im na ich własne powołanie? Nie przeszkadzać im w ich drodze do Królestwa? A może coś jeszcze?



10.7.09

Włos z głowy

Spotkało mnie coś bardzo niepozornego, lecz jakże znamiennego. Ot tak, nagle, niby przypadkiem. niby drobnostka, a jednak.

Poszłam do kiosku po książeczkę dla dziecka - z tych wierszowanych, w małym formacie, z kolorowymi obrazkami, o twardych kartkach. W jednym kiosku były, ale nie takie, jak chciałam, poszłam więc do drugiego, mojego ulubionego. To salonik prasowy właściwie. Wchodzę i...

Włos ludzki, przybliżenie 200-krotne

Od kilku miesięcy czytam i co tydzień usiłuje zdobyć papierową wersję pewnego czasopisma (dla dociekliwych - link do internetowego wydania gazety jest w mojej linkowni po prawej stronie bloga). Problem z gazetą polega na tym, że u nas w kioskach nie ma jej w okolicy mojego bloku - bliższej i dalszej - nigdzie. W całym mieście nawte nie ma. Nawet w księgarniach katolickich. No, moze w któryms kiosku, ale wta gazeta w kioskach to rzadkośc, przeciez nie dam rady sprawdzic ich wszystkich. Gazeta wychodzi w piątki, a ja najwcześniej mogę ją czytać ... w niedzielę rano (bo tylko wtedy jest dostępna w kościele), kiedy zwykle nie mam czasu. W poniedziałek przychodzą inne sprawy, gazeta się trochę dezaktualizuje i tak jakoś leci.



Ja zwykle z rodzinką na niedzielną Mszę chodzę wieczorem. jednak wieczorem gazet już brak. Pędzę więc rano do kościoła po gazetę, nie mając jej czasu już zresztą czytać, a już wieczorem na spokojnie na Mszę. to gdy jestem w domu. Gdy wyjeżdżam to już w ogóle cyrk, bo tam, gdzie zwykle jeżdżę, tej gazety nie ma nawet w kościele. A ja ją tak lubię (w ogóle lubię tygodniki opinii, to inna rzecz), że na rzęsach stanę, a gazetę mieć muszę. Internetowa wersja jest pełna dopiero... dzień przed wydaniem nowego numeru. Zresztą, ja nie mam czasu tyle siedzieć przy kompie, a gazetę w rulon zwinę, zabieram do dziecięcego pokoju i podczytuję, gdy syn układ jakieś klocki czy wchodzi w komitywę z naszym kotem. Tak czy siak, co tydzień na rzęsach staję, by gazetkę zdobyć. W kioskach już nawet o nią nie pytam, bo wiem, że jej nie ma.
Prasa drukarska


No i dziś wchodzę po dziecięce książeczki, a tu... zapomniałam, po co weszłam, bo tuz przed nosem zobaczyłam dwa nowiutkie, pachnące farbą drukarską jeszcze egzemplarze mojej gazetki. W ogóle lubię wygląd nowych gazet, bo ja, o ile książki oszczędzam (mąż czasem pyta, czy je w ogóle czytam, tak są moje książki niezniszczone), o tyle gazety zwijam, składam, pakuję do torby gdzieś w podróż i wyglądają one tragicznie po prostu).




No i wchodzę ja dziś do kiosku i... okazuje się, jak mówi sprzedawczyni, że dziś te gazety dostali pierwszy raz. Nie wiadomo dlaczego, bo ich nie zamawiali. Przysłali im dwa egzemplarze. Czasami wydawnictwa różne tak robią, sprawdzają, czy tytuł się sprzeda, ot tak, zamiast reklamy.
ja czym prędzej pognałam po teczkę, założyłam sobie w kiosku teczkę i co tydzień mi panie bedą gazetkę odkładać. Po leciałam w tej sprawie skwapliwie od razu, bo pomyślałam - jak dostały dziś pierwszy raz, pomyślą może, że na drugi tydzień zamawiać nie warto albo zamówią tylko jeden egzemplarz, a ja znów będę biegać, by go zdobyć. No. Tak więc zaklepałam sobie.
Wracam do domu i tak myślę....Niby drobnostka, a czuję się, jakbym dostała prezent. Jakby Pan Bóg o taką nawet drobnostkę sie zatroszczył....Jeden, jedyny kiosk w mojej okolicy z tym tytułem...


U was zaś nawet włosy na głowie wszystkiepoliczone. Dla tego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Mt 6,24-34

Ja rozumiem, Bóg troszczy sie o nas, ale żeby myślał o czymś takim jak moja ulubiona gazeta - na to bym nie wpadła...

Jak to będzie?

No właśnie...

ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9).





Przyznam, mam ciarki na plecach, gdy tego słucham... Ja nie potrafię sobie tego wyobrazić. A jednocześnie mam pragnienie, by... kiedyś, kiedyś zobaczyć. Nie musieć już wyobrażać sobie. Zobaczyć raz - to byłoby niesamowite. Ale patrzeć całą wieczność? To przechodzi ludzkie pojęcie. Ale... nie przechodzi Boskiej Miłości.





I can only imagine what it will be like
When I walk by your side
I can only imagine what my eyes will see
When your face is before me
I can only imagine
I can only imagine





Surrounded by your glory
What will my heart feel?
Will I dance for you Jesus?
Or in awe of you be still?
Will I stand in your presence?
Or to my knees will I fall?
Will I sing hallelujah?
Will I be able to speak at all?
I can only imagine
I can only imagine

I can only imagine when that day comes
When I find myself standing in the Son
I can only imagine when all I will do
Is forever, forever worship you
I can only imagine
I can only imagine


I can only imagine
I can only imagine
When all I will do
Is forever, forever worship you
I can only imagine.



Mogę sobie tylko wyobrażać, jak to będzie
kiedy pójdę tuż przy Tobie
mogę sobie tylko wyobrażać, co zobaczą moje oczy
kiedy moja twarz będzie naprzeciw Twojej
mogę sobie tylko wyobrażać
mogę sobie tylko wyobrażać...

Otoczony Twoją chwałą-
co poczuje moje serce?
czy będę tańczył dla Ciebie, Jezu,
czy wciąż będę się bał?
czy doświadczę Twej wszechobecności,
czy padnę na kolana?
zaśpiewam "alleluja"?
czy będę potrafił rozmawiać ze wszystkimi?
mogę sobie tylko wyobrażać
mogę sobie tylko wyobrażać...

Mogę sobie tylko wyobrażać, kiedy nadejdzie ten dzień
kiedy odnajdę w Synu samego siebie
mogę sobie tylko wyobrażać, kiedy wszystko, co będę robić
to wiecznie Cię wielbić, wiecznie wielbić Ciebie
mogę sobie tylko wyobrażać
mogę sobie tylko wyobrażać...

Mogę sobie tylko wyobrażać, kiedy wszystko, co będę robić
to wiecznie Cię wielbić, wiecznie wielbić Ciebie
mogę sobie tylko wyobrażać
mogę sobie tylko wyobrażać...

8.7.09

Królestwo za bliskość...


Mt 10,1-7

--------------------
Przywołał dwunastu uczniów i dał im władzę nad duchami nieczystymi, aby mogli je wyrzucać i uzdrawiać wszystkie choroby i dolegliwości. Takie są imiona dwunastu apostołów: Pierwszy Szymon, zwany Piotrem, i jego brat Andrzej, Jakub, syn Zebedeusza, i jego brat Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Kananejczyk i Judasz Iskariota, który Go później zdradził . Tych Dwunastu Jezus posłał i nakazał im: Nie chodźcie do pogan i omijajcie miasta samarytańskie. Idźcie natomiast do zagubionych owiec z narodu izraelskiego. Idźcie i głoście: Nadchodzi już królestwo niebieskie.




Zwykle jest tak, że gdy dotyka nas Słowo Boże, dotyk ten lubimy, zapamiętujemy jako uczucie mile a zarazem głębokie, poczucie bliskości Boga. Obecności. Bywa jednak i tak, że Słowo na niepokoi. Nie destrukcyjnie dręczy, nie. Raczej nas drąży, gutta cavat lapidem... Bo i serce często jak skała, choć o tym się nie wie, choć myśli się, że przecież jakoś tam jest otwarte. Może i jakoś, ale nie do końca. I nie na wszystko. Znamienne są słowa dzisiejszej Ewangelii: No właśnie. Nie wiem, dlaczego w świadomości mam zawsze i od zawsze, że głosić trzeba, owszem, ale to wrażenie jakieś takie jest nieprecyzyjne, niepełne. No bo co to znaczy głosić, że się przybliżyło Królestwo Boże? Jak to robić? Mówić, mówić mimochodem, że jest Bóg? Tak, ale to jakby mało. Bo chodzi o coś więcej niż to, że On jest. Jest blisko. Nie tylko blisko mnie, w moim życiu, subiektywnie, choć ten subiektywizm taki modny dzisiaj, ten indywidualizm taki rozwojowy. Po prostu jest blisko. Mało tego - jest kimś, kto ma swoje królestwo. Królem. Brzmi jak absurd? I ten absurd trzeba głosić. Nie nachalnie. Naturalnie. Prawdziwie. Sobą. Mimo niedoskonałości. Są tacy ludzie, w których oczach przed laty dostrzegłam Boga. Głosili i głoszą sobą. Byciem.

Jak drzewo, w którego cieniu ptaki przychodzą się schronić...
(Mk 4,30-34)

Znam ich osobiście, z niektórymi ja i moja rodzina się przyjaźnimy. Są tacy ludzie, w których życiu czuć Boga. Czuć głęboką modlitwę, która i nas jakoś pociąga, wciąga. Oni pewnie sami nie wiedzą, że gdzieś tam kiedyś ukazali kiedyś komuś Boga. Może w tej sytuacji o tym nie myśleli. Po prostu byli. Znam te osoby blisko, po imieniu, z niektórymi mam kontakt do dziś. I jestem im bardzo, bardzo wdzięczna. Kto wie, co by się w moim życiu wydarzyło, gdybym ich nigdy nie spotkała... Może to o to chodzi z tą bliskością Królestwa Bożego?