28.5.09

Modlitwa arcykapłańska Chrystusa

To powiedział Jezus, a podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej, zanim świat powstał.

Kadr z filmu "Pasja" (2004)

Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwałą.




Otoczony chwałą? W tych słabych apostołach? - Kadr z filmu "Pasja" (2004)

Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.


Świat Go znienawidził...(Kadr z filmu "Pasja" (2004)

Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie!



Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich».(J 17)

To fragment Ewangelii, który - rozłożony na kilka mniejszych - czytany jest w liturgii w ciągu ostatnich kilku dni. Ewangelia Jana. Studnia bez dna. Ten fragment zawsze mnie wciągał. Zawsze niepokoił i mam nieodparte wrażenie, że zagadką pozostanie dla mnie do końca. Z niego nie sposób wysnuć wniosku, nauki dla siebie, mobilizacji do czegoś itd. Działa jako obosieczny miecz, działa to Słowo wewnątrz człowieka działaniem zakrytym niemożliwym do zanalizowania.
Miecz z XIIIw., z muzeum Miasta Kolonia, zdjęcie ze strony www.poszukiwanieskarbow.com

Nie da się go czytać inaczej niż kontemplując. Po prostu czytać. Czytać tak, że aż człowieka zatyka. W kółko i w kółko. Dlaczego? Trudno to opisać. Coś jest w tym Słowie. Coś ,co ludzkim słowom się wymyka. I to w tych Jezusowych słowach do Ojca widać.

Zdjęcie z www.kerygmat.blox.pl

Jest miłość. Jedność z Ojcem. Tęsknota. Oddanie Ich sobie wzajemne. Takie, jakiego w stu procentach żadna ludzką ojcowsko-synowska relacja nie odzwierciedli. Mało tego, Bóg, Jezus Bóg modli się za mnie. Dwa tysiące lat temu. Z tej modlitwy wyczytać mogę, co On myśli o mnie. O moim statusie. Duchowej kondycji, co do której sama wiem i widzę, jak wciąż jest beznadziejna.

O ludzkiej kondycji zawsze wiedział wszystko, nie tylko wtedy, gdy przejrzał nieświęte życie Samarytanki u studni. (Kadr z filmu "Pasja" (2004)

Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś.

Kadr z filmu "Pasja"

I przy tych słowach które przychodzą jedne po drugich, tak, że sycisz się nimi i nasycić nie możesz, bo wciąż wskazują, gdzie jest twoje prawdziwe nasycenie, mogę już tylko zamilknąć i powiedzieć "Tak". Tak właśnie czuję, idąc za nim. Że jestem daleko od Niego czasem, ale i też nie z tego świata. Że On jest celem. Że doskonale moją kondycję znał już 2 tysiące lat temu. Że mówił Ojcu wtedy i o mnie. I wciąż mówi. Mój Brat Jezus Chrystus. A zarazem Bóg i Pan. Zamilknąć i powiedzieć "Tak". Tylko to pozostaje. A to - wbrew pozorom- najbardziej twórcze, co w tej sytuacji można zrobić.

27.5.09

"Co się w duszy komu gra..."

Przedwczoraj ktoś w sposób niezamierzony zgoła, a i dla mnie kompletnie niespodziewanie, wywołał szereg literackich wspomnień. A że one w gruncie rzeczy literacko-duchowe, a nie wyłącznie literackie, to jakoś tak oprzeć się im nie mogłam i zamieścić musiałam. Bo literatura w ogóle od zawsze dla mnie jakąś taka moc przedziwną ma, podobnie jak językoznawstwo, a zwłaszcza etymologia zresztą, odnoszenia się do tego, co nienazwane, opisywania nieopisywalnego, odnoszenia się słów do źródła, które w końcu odkrywa ich wspólne korzenie i do Źródła prowadzi. Ale o tej mojej pasji to jeszcze kiedyś...
Tymczasem przedwczorajsza literacka aluzja czy raczej kryptoaluzja, by tak to żartobliwie ująć...
Pamiętam licealny podręcznik do literatury dwudziestolecia międzywojennego. Czarno- żółty. O, ten:
Pamiętam, jak zupełnie bez odniesienia do programu nauczania, do rozkładu materiału i innych wytycznych, lubiłam ten podręcznik kartkować. Kartkować, kartkować, kartkować. By wracać wciąż do tych samych wierszy. Nie przepadam za Dwudziestoleciem w poezji. Ale były wiersze takie, do których wracałam, wracałam, wracałam. Niepokoiły, odnosiły do niewidzialnego. Zmuszały do decyzji albo przynajmniej do refleksji, tym bardziej, że działo się to w czasie, że tak to nazwę, burzliwości duchowej (a któryż to czas w istocie duchowo burzliwy nie jest?), kiedy , owszem, do przodu może się i chciało iść, ale samemu, siły w sobie mieć samemu, a to jeszcze tak, by ciężar był, ale nie ciążył. To by dopiero było bohaterstwo.
W pamięć wbił mi się wiersz jeden szczególnie - ten, który wczoraj powrócił właśnie:

Inny jeździec - Eliasz na ognistym rydwanie unoszony do nieba


Jeździec
Jerzy Liebert


Uciekałem przed Tobą w popłochu,

Chciałem zmylić, oszukać Ciebie -

Lecz co dnia kolana uparte

Zostawiały ślady na niedie.



Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,

Stratowałeś, stanąłeś na mnie.

Ległem zbity, łaską podcięty,

Jak dym, gdy wicher go nagnie.



Nie mam słów, by spod Ciebie się podnieść,

Coraz cięższa staje się mowa

Czyżby słowa utracić trzeba,

By jak duszę odzyskać słowa?



Czyli trzeba aż przejść przez siebie,

Twoim słowom siebie zawierzyć -

Jeśli trzeba, to tratuj do dna,

Jestem tylko twoim żołnierzem.



Jedno wiem, i innych objawień

Nie potrzeba oczom i uszom -

Uczyniwszy na wielki wybór,

W każdej chwili wybierać muszę.

Pamiętam i do dziś w sobie czuję ten niepokój, ten twórczy i mobilizujący niepokój ostatniego wersu. pamiętam, jak mnie to irytowało i mobilizowało zarazem - ze w wierze nie wystarczy raz wybrać, a trzeba ciągle.
Ten wiersz ciągnął mnie od lat i przerażał zarazem. Jak apokaliptyczne obrazy jeźdźców właśnie, choć oni przerażają - wiadomo - inaczej.

Anna Sobol - Jeźdźcy Apokalipsy

Przez lata może i trochę przywykłam już do tego wybierania w każdej chwili, ale poświata, jakiś promień, jakiś odblask, jakieś tchnienie z tego wiersza zostały do dzisiaj. I do dziś jakiś respekt taki, że niezależnie od wszystkiego, od chwili ciepłych z Bogiem i miłych - z tym Jeźdźcem to jednak żartów nie ma. I dobrze.

Wiersz gwałtowny, i owszem, ale czyż i Bóg nie jest taki? Gwałtowny gwałtownością miłości....

Majowo

Maj już się kończy - taki kwietny, taki maryjny.
Lubię litanie, zwłaszcza śpiewane. Mają w sobie jakąś głębie. Nie tylko w powtórzeniach, w wezwaniach samych, które są majstersztykiem wiary, duchowości, tradycji, historii i odniesień do Biblii. A jako takie... stają się majstersztykiem uczucia, nawet jeśli emocji nie wywołują, są czymś , co drąży serce. Przez śpiewność, przez powtórzenia, przez słowa omodlone pokoleniami z każdej strony - już nie tylko wyśpiewane, słowa wyklęczane nawet.


Domek w Loreto
Historia Loreto - co nieco o litanii

Dlatego marzy mi się książka 111 litanii. Może kiedyś... Prócz modlitwy zaiste ciekawa to musi być lektura.
Tymczasem litania bardziej literacka, ale czyż nie piękna? Choc na pewno w innym wymiarze, innym tropem niż ta nam znana loretańska. Ot, taka licentia poetica, nawet w religii, użyta mądrze, sprytnie i jakże głęboko.



Litania do Marii Panny
Jerzy Liebert



Łodzi z koralu.

Serc Przewoźniczko

Ponad głębina,

Kładko cedrowa

W nas przerzucona -

Przenieś nią miłość.



Granico prosta.

Która Bóg serca

Nasze przemierzył -

Włącz ziemie żyzne

Do ciała mego,

Co puste leży.



Dwunasiodzwięczna

Cytaro. której

Struny są z nieba -

Dźwięk mowy ludzkiej

Dla ucha mego

Przywróć od nowa.



Łask Błyskawico.

Rozwiąż mi oczy.

Bym w nich obudził

Matkę i ojca.

Siostry i braci.

I wszystkich ludzi



O, wstąp w me grzechy,

Jak w miasta judzkie,

Swoim imieniem

Mario z Libanu!

Mario z Egiptu!

Mario z Betlejem1



Jak krzak skarlały.

Jałowiec ciemny

Jest moja wiara.

Pozwól jej rosnąć.

Panno wysoka.

Ku niebu dalej!



Niech w Ciebie wejdzie,

Za Tobą idzie,

Przed Tobą pada -

Różo otwarta.

Lipca pogodo.

Psalmie Dawida!

26.5.09

Być mamą

Gdy piszę ten blog, właśnie mi się rozwaliła cała koncepcja misternie utkana. Właśnie, jak co dzień, uśpiłam dziecko, a ono jak co dzień od kilku dni, obudziło mi się tuż po wyjęciu go z wiązania na plecach w chuście. Spania więc nie ma i nie będzie. A miało być tak pięknie. Chwila spokoju. Dla siebie. Nic z tego.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo

Zaplanowałam sobie - on śpi, ja będę pisać. Ale jak zwykle, gdy coś zaplanuję, muszę o tym zapomnieć. Blog piszę więc z komórki. Z komputera nie jestem w stanie. Dziecko by ze zmęczenia w tym czasie rozniosło mi dom w sekundę i krzywdę sobie jeszcze zrobiło. Wściekam się. Okropnie. Potwornie. Już nic nie mam z życia. Nawet ochłapów czasu. Nic. A chciałam się do tego bloga zabrać zupełnie na spokojnie. Na spokojnie napisać coś, do czego, jak się okazuje, idealnie dopasowaną ilustracją stała się właśnie moja bezsilność i złość, że mnie to już nawet strzęp czasu się nie należy, gdy i tak śpię po 4 czy 5 godzin na dobę.
Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1902


No egzemplifikacja jak na zamówienie. Ba, pokazuje nawet ile jeszcze wciąż mi brakuje, by do tego się dostosować.
A miałam pisać o tym, że życie matki jest łudząco podobne do... życia zakonnicy. Tak. Takie zwykłe, szare codzienne życie. Nie istota macierzyństwa. Nie rodzenie duchowe i fizyczne nowych ludzi. Życie. Po prostu.

Stanisław Wyspiański, Macierzyństwo, 1904
Ktoś niedawno powiedział mi coś, co chyba do końca życia zapamiętam. Powiedział to w sytuacji, która - gdyby była inna - pewnie bym się obraziła albo powiedziała coś w stylu "a skąd ty możesz wiedzieć jak to jest być matką!". Albo bym się zbuntowała, że ktoś tu chce mnie zahukać, pozbawić tożsamości kobiecej, uczynić tylko matką, zupełnie tak, jakby mi się nie należały te 2 czy 3 godziny w ciągu dnia dla siebie na poczytanie książki itd. Na bycie kimś więcej niż matką po prostu.
Ten ktoś powiedział mi: Kiedy zdecydowałaś się na dzieciątko to już nie ma twojego życia. Koniec. Już nie ma nic. Absolutnie nic. Żyj tak według tego a niespodziewanie znajdziesz czas dla siebie.
Nie stawiaj sobie za cel go znaleźć, zaplanować. Bądź DLA.

Olga Boznańska, Macierzyństwo

Człowiek by się najchętniej żachnął. Obraził. Ale że zostałam uprzedzona, że mam się nie obrażać, a i sytuacja była taka że skłaniała raczej by rozmówcy zaufać a nie bić się na argumenty więc zaufałam uznając że może faktycznie coś w tym jest. I zrozumiałam. Zupełnie nieoczekiwanie po godzinie czy dwu od tego spotkania przypomniały mi się fragmenty z Dzienniczka św. Faustyny i z Rękopisów św. Teresy z Lisieux, gdzie autorki napisały swoje imię po czym symbolicznie je przekreśliły, na znak, że odtąd już nie ma ich woli, ich życia. Że są na 100 procent Boga. Czyż i bycie matką nie jest czymś takim wg tych słów które usłyszałam podczas tamtego spotkania? Zupełnie tak jakby Jezus chciał powiedzieć: Zajmuj się Mną i tylko Mną, służąc rodzinie, mężowi i dziecku, bo to twoje powołanie. Zajmij się Mną. A mnie pozwól zająć się sobą. Ja tobą się zajmę lepiej niż ty sama.


Auguste Renoir, Macierzyństwo
Mam dwa wyjścia. Mogę zaufać. Albo do końca życia się wściekać, że wciąż nie zdążam. Że mam za mało czasu, by robić to, co chcę i co ją uważam, że powinnam. Mogę co dzień od rana patrzeć tylko na zegarek - ile jeszcze i co tu zrobić, by mieć tzw święty spokój. Tyle tylko, że życie na świętym spokoju nie polega.
Co więc mi zostało? Zaufać tym pozornie absurdalnym słowom. Ale czyż całe chrześcijaństwo nie jest pozornie absurdalne?

A na koniec artykuł jednej z moich znajomych, pod którym, zwłaszcza w kwestii czasu na refleksję i modlitwę, podpisuję się rękami obiema :)

25.5.09

Znów te pastuszki

Ostatnio ktoś zupełnie mimochodem i zupełnie na odległość przekonał mnie... do różańca. A zaczęło się od ciekawej audycji z Marcinem Jakimowiczem. Lubię gościa. Jako dziennikarza i jako człowieka. Rzecz była o Fatimie. Szczerze mówiąc, słuchałam jednym uchem, bo choć o Fatimie niewiele wiem, jakoś tak instynktownie uznałam, że mi się przejadła. - co bo tu dużo gadać - mówi się o niej często i już czasem to - jak przereklamowanie - zniechęca. Tymczasem...

Sanktuarium w Fatimie

Z Fatimą - mówił dziennikarz - to w ogóle jest fenomen. Jakimowicz specjalizuje się w wyszukiwaniu analogii i nawiązań. I to uważam za świetna cechę. No więc fenomen. Bo dlaczego akurat to miejsce. Fatima to córka Mahometa.

Fatima Zahra zwana też Fatemeh Al Zahraa lub Fatima Az-Zahra (arab.: فاطمة الزهراء) (ur. 605, zm. 632) była najmłodszą i ukochaną córką proroka Mahometa i jego pierwszej żony Chadidży. W roku 625 poślubiła kuzyna swego ojca, Alego - późniejszego kalifa. Została matką Husajna i Hasana. Wywodzą się od nich potomkowie Mahometa.

Dynastia Fatymidów wzięła swą nazwę od jej imienia. Zaliczana jest do "czterech niezrównanych kobiet muzułmanów" obok Aiszy, Marii i swej matki Chadidży.

Fatima jest uważana za najdoskonalszą kobietę w islamie i określana jako sajjida ("przywódczyni") kobiet w raju. Kult Fatimy rozwinął się stosunkowo późno, szczególnie wśród szyitów, i przybrał czasem formy przypominające chrześcijański kult Marii - 20. dnia ramadanu jest obchodzone święto jej narodzin. (Wikipedia)




Jest tylko jedna jedyna miejscowość o tej nazwie. Właśnie ta Fatima. W Portugalii. I tam w miejscu nazwanym ku czci muzułmańskiej idealnej kobiety przychodzi kobieta inna. Tak tajemnicza że po latach Alemu Agcy niedoszłemu mordercy Jana Pawła II nie daje to spokoju.
Powtarza te nazwę jak zagadkę. W głowie mu się nie mieści. Nie wie tak do końca, o co chodzi. Wie tylko, że kula "poszła" celnie. Ale strzelec chybił. Papież miał 1 procent szans na przeżycie. Przeżył.

Autor: Jarosław Olszewski, zdjęcie ze strony zdjecia.polska.pl, przestrzelony pas sutanny Jana Pawła II, obecnie w kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze w Częstochowie


Maryja w Fatimie. Jak zachęta by wyjść dalej głębiej.
I te pastuszki. Dzieci. Wszędzie dzieci. I wszędzie to samo. Fatima, Rwanda. Różaniec.
Franciszek, Łucja i Hiacynta - pasterze, którym Maryja objawiła się w Fatimie

To mi nie dawało spokoju i do objawień maryjnych zniechęcało. Co Ona się tak uparła na ten różaniec? - myślałam. Dlaczego niby on ma być tak skuteczny? A Koronka do Bożego Miłosierdzia? Bardziej bezpośrednia. Jakby bardziej trafiająca w serce Boga mi się wydawała. Irytowało mnie to bardzo. Odpychało. A jednocześnie czułam, że coś jest nie tak. Jakimowicz dał odpowiedź, która mi zapadła w serce na zawsze. Powiedział to tonem tak naturalnym, jak on to ma w zwyczaju, a jakoś w swej prostocie mocnym:
Może dlatego różaniec jest tak skuteczny co jest prosty. Uparty. Pokorny. Bez pożywki dla pychy że ją tu się modlę i snuję rozważania. Ja bym dodała, że on jest przyznaniem się, że ją się w istocie rzeczy modlić nie umiem. Bo tylko: módl się za nami i módl się za nami. Pewnie to ujmuje tak serce Boga.




By użyć słów ks. Piotra Pawlukiewicza - to tak jak matce uparcie mówi małe dziecko: Kup mi zabawkę, Kup mi zabawkę, kup, kup, kup. Módl się za nami, módl się za nami. I to mnie przekonało. Że różaniec jest skuteczny nie mimo swej prostoty, ale właśnie dla niej. A ja bym chciała, by był mimo. To by jakoś tak się wpasował w mój intelektualny obraz świata. A tu nie. Tu trzeba jak dziecko, które po prostu jest. Bo i Bóg przecież jako pierwszy JEST.

Jestem bo Jesteś
na tym stoi wiara
pisał ks. Jan Twardowski.



Jestem. Więc módl się za mnie. Ją nie potrafię.
Przekonał mnie ktoś niechcąco a może chcąco do różańca. Ale nie wszedł mi jeszcze on w nawyk. Przekonać głowę - to raz. Ale jest coś jeszcze. Przekonać serce. Dużo trudniej to wbrew pozorom.

Kto jest górą?

Tak brzmi dzisiejsza Ewangelia. Jestem jakoś przyzwyczajona do nieco bardziej dostojnego tłumaczenia z Tysiąclatki (Biblii Tysiąclecia), ale chyba warto się i do tego nowego, z Edycji Św. Pawła przyzwyczaić:

"Wówczas odezwali się Jego uczniowie: Oto teraz nauczasz otwarcie i nie używasz przypowieści. Teraz wiemy, że wszystko jest Ci znane i nie potrzebujesz, aby ktoś Cię pytał. Dlatego wierzymy, że przyszedłeś od Boga. Jezus im odpowiedział: Dopiero teraz wierzycie? Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że rozpierzchniecie się, każdy w swoja stronę i pozostawicie Mnie samego. Lecz Ja nie jestem sam, ponieważ ze Mną jest Ojciec. To wam powiedziałem, abyście radowali się pokojem dzięki Mnie. W świecie będziecie doświadczać ucisków, lecz ufajcie! - Ja zwyciężyłem świat." J 16,29-33


" Chrystus zwycięża, Chrystus króluje, Chrystus rządzi, Chrystus wybawia swój lud od wszelkiego zła"

Cóż powiedzieć? Niesamowity jest ten fragment. Jezus zapowiadający swoją Mękę i straszne poniżenie, które lada dzień mają nastąpić, mówi, że świat zwyciężył. Nie że zwycięży. Już zwyciężył. A przecież umrze. Przecież pochowają Go w grobie. Przecież pozwoli sobie pluć w Twarz. Dlaczego więc już zwyciężył, a nie dopiero zwycięży?



Zwyciężył, bo jest Miłością. A Miłość istnieje poza czasem( czyż zakochani nie czują tego instynktownie? czyż nie czuje tego matka której życie w całej swej złożoności jest czymś więcej niż tylko opieką i karmieniem). Miłość istnieje poza czasem. Dlatego nawet jeśli dopiero zwycięży, to już zwyciężyła. Nawet jeśli zmartwychwstanie ma dopiero nadejść. Miłość zwyciężyła. To nic, że jest cierpienie. Ona jest... nie, NIE MIMO niego. Ona jest i w nim. A nawet przez nie. I to jest potęga Boga.




24.5.09

Cicho jak w kościele...

Dziś, zupełnie dla samej siebie niespodzianie, zorientowałam się, że w gruncie rzeczy, całkowicie zapomniałam o tym powiedzeniu. Jakoś tak kompletnie wyszło z mojego, hmm, obiegu. Ostatnio, siłą rzeczy albo raczej osób i okoliczności, przeżywam rzeczywistość kościoła (w sensie budynku i mieszkania Boga) dynamicznie.


zdjęcie - zasoby internetu


Bo też i takie jest moje życie. Wciąż z dzieckiem, którego trzeba pilnować, które w kościele ucieka... przed kościół itp. Nawet gdy już pójdę czasem sama, to jakoś tak człowiek się spieszy, zatroskany, cóż ten mały w domu tam wyrabia, czy nie płacze, spać nie chce, mamy nie woła itp.






Wnętrze jednego z kościołów, które darzę szczególnym sentymentem. Akurat na tym zdjęciu tego nei widać, ale jest tam przepiękne tabernakulum w kształcie serca.


Zresztą i lubię, i nie lubię chodzić do kościoła z dzieckiem. Lubię, bo widzę, jak czymś naturalnym stało się to dla mojego, skądinąd jeszcze małego syna. Że kościół to miejsce, gdzie sie klęka, robi "Amen", gdzie jest Pan Jezus. Ba, mam wrażenie nawet, że dzieci jakoś instynktownie zupełnie z daleka rozpoznają kościoły, także te pierwszy raz widziane. Dziecko wie jakoś po swojemu - że to jest miejsce wazżne. A skoro Tabernakulum jest źródłem i sensem Miłości, także tej rodzinnej - jako żywo bijące serce Boga, to jak tu dziecka nie zabierać do tego serca?
Pewnie, że przeszkadza, że czasem tę niedzielną godzinę wytrzymać mu trudno, przeżywa ją po swojemu dynamicznie i wciąż wyrywa z naszego nabożnego, ale kto wie czy rzeczywiście pobożnego zadumania, z takiego siedzenia z lubością i rozkoszowania się "jaka ta moja modlitwa przyjemna, jaka fajna, więc pewnie jest dobra".

A tu nie ma...
"Nie ma powodu, żeby Obecność Boga miała być "przyjemna". Powinna nas tylko skutecznie łączyć z Jego wolą. To jedyne, co się liczy." - pisał o. John Chapman, benedyktyn
I racja, obecnośc dziecka skutecznie z tej przyjmeności wytrąca. Z czasem łapiesz się na tym, zże zaczynasz się modlić krótko, szybko, by zdązżyć przed kolejna gonitwa za dzieckiem. szybko, ale nie z pośpiechem, bez czasu na rozwlekłośc. Trochę to tak, zże modlisz się jakby.. sednem samej siebie. Bo na nic więcej nie masz czasu.
Kościół staje się ruchem, gonitwą, pulsującym życiem. I tylko czasem chwile takie jak ta, która spotkała mnie dziś, przypominają, że jest i Milczenie.
Dziś weszłam do kompletnie pustego kościoła, co - zważywszy mój rodzinny tryb życia - nie zdarzyło mi się od paru lat. Zaszłam akurat między Mszami, do kościoła, o którym wiem, że zawsze z rana jest tam moje ulubione czasopismo, a na wieczornej czy popołudniowej Mszy już go nie ma. Drepczę więc z dzieckiem co tydzień po gazetkę, między Mszami właśnie, a potem spokojnie sobie już całą rodzinką na jakąś późniejszą Mszę. Tak było i dziś. I trafiłam na ciszę. Absolutną, kompletną.
W tej ciszy uderza jedno. Nie spokój, by się omodlić, nie błogość. Uderza Rzeczywistość. Zamilknąć, po prostu być.

Ołtarz może nie każdego zachwycający, ale dla mnie sentymentalny, niejedną sprawę przed nim w katowickiej katedrze modliłam, a całkiem niedawno dowiedziałam się, że to tabernakulum i mozaika ze złota ufundowane zostały przed laty przez kard. Josefa Ratzingera jeszcze w czasach, kiedy mu się chyba nawet nie śniło, że zostanie papieżem...

Dziecko w chuście na biodrze po dwu minutach zaczyna się nudzić, daje do zrozumienia wałtowniejszymi ruchami: Chodźmy, róbmy coś, nudzi mi się.
Jedno spojrzenie w tej ciszy na Tabernakulum jeszcze.

Jesteś. Jak dobrze, że jesteś. I będziesz. I znów, jakby tego było mało, na moich oczach zejdziesz w konsekracji na ziemię.
Ciii.
\

Kolejny kościół mój ulubiony przed laty do omadlania rzeczy różnych. Zdjęcie pożyczone stąd


Wychodzę wprost na ruchliwą ulicę.
Hałas mi nie przeszkadza. Nie ma kontrastu. Jest życie.
Może to o to chodzi, między innymi, gdy mówi się, że Bóg uświęca codzienność?