14.6.09

Brat Albert Chmielowski

...Adam właściwie. Dziś jego wspomnienie. Człowiek niezwykły. Zostawić wszystko - talent malarski, karierę - by służyć, tak - dosłownie służyć - najbiedniejszym, najnędzniejszym, najpodlejszym...

Obraz Adama Chmielowskiego - "Po pojedynku" 1868r

Tak Karol Wojtyła pisze o nim, o jego wewnętrznych zmaganiach w dramacie "Brat naszego Boga". Tak, bo świętość to nie ideał, nieskazitelność. To zmaganie. A nasz Bóg... jest takim, który ma i chce mieć... braci. Potrzebuje ich nieomal...

A, a, a. Znów jesteś ponad moją myślą. Przemawiasz wśród niej - cisza, cyt... Jest to chwila groźna i cudowna. Cisza --cyt -- cyt -- cyt.
Tylu ludzi na świecie żyło tym, że nie mogło sprostać tej chwili; jej urok przytłoczył ich słabość. Czy ja sprostam? --
-- --
A więc: tak, tak... Ja będę wartał tym wydziedziczeniem, będę wartał tyle, ile utracę. Ile zagubię. Ile pozbędę. Tak, tak -- tak, tak.
-- --
Ale powiedz -- czy możesz tego żądać od człowieka? Czy możesz tego żądać ode mnie? Jak mam przestać być tym kim jestem?

Więc to nieprawda, że utrwalam Cię w tylu ludziach.
W tylu duszach.


Największą moją pokusą jest ta myśl, że jednak można miłować inteligencją. Samą inteligencją. Że to wystarczy.

S - spowiednik
A - Adam
"S: (...)Wszystkim można miłować Boga --
A: Wszyscy też twierdzą to samo. Dlaczego więc dla mnie ta prawda ogólnie przyjęta nie staje się prawdą?
S: Nie wiem. są jeszcze różne kierunki w duszach, różny przebieg oczyszczeń.
A: A tak. Właśnie. Zacząłem znajdować brud w tym, co dawniej było ideałem.
S: Być może. Oczyszczenia są dla posłannictw.
A: Cóż mi powiesz na to, mój ojcze?
S: Daj się kształtować miłości.
A: Jak?
S: Nie wiem. Twoja miłość jest twoją własnością, jest dobrem tobie udzielonym. Ja nie mogę sądzić twej miłości aż do najmniejszych drgnień --
A: Gdybyś jednak zechciał przeważyć. Nakazqać coś lub zakazqać, odrzucić lub uznać --
S: To są zbyt wielkie sprawy i zbyt ażne.Takich spraw nie nakazuje się miłości. Pomyśl. Nasz Pan dokonuje przez nią tylu dóbr, tylu ogromnych dóbr. Ona nas łączy z Nim bardziej niż cokolwiek innego. Bo w niej odmienia się wszystko.
(spowiednik się zamyśla)
S: Daj się kształować miłości."


Cela brata Alberta - zakopane - Kalatówki (ze strony www.zakopane.z-ne.pl)


W ogrzewalni miejskiej
A - Adam
B - jakiś biedak
I - inni biedacy
K1 - jakaś kobieta
K2 - inna kobieta
"A: Tak, ale wy chcecie wyraźnie czegoś więcej. To widoczne.
B: No, jakbyś pan tak coś więcej do jedzenia i jakich jeszcze lepszych szmat.
A: Tak, tak. Ale wy chcecie coś więcej. On czegoś więcej chce.
(wskazuje palcem na głównego rozmówcę)
-- i on... i on...
Ja już wiem. Tak, tego, co wy chcecie - to jest słuszne, najsłuszniejsze. Właśnie o to chodzi, abyście tego chcieli. Nie mieć za wyrzutków, wydobyć się z tego trzęsawiska.
Tak, to jest słuszne... najsłuszniejsze.


Pustelnia brata Alberta na Kalatówkach- fot. Andrzej Smardak (www.zakopane.z-ne.net)


(Jakiś niespodziewany wybuch)
Ale dlaczego domagacie się tych rzeczy ode mnie? Oczywiście, to byłoby jedyne rozwiązanie. Jedyne ludzkie załatwienie sprawy --
Ale dlaczego ode mnie?! To za wiele. To za wiele.
K1: Co pan? Przecież nie chcemy od pana nic nowego. Przynieś, co możesz, co dadzą... starczy.
A: Nie... toznaczy, rzeczywiście, wy już więcej nie chcecie, ale On... wystarczyło jedno słowo. Ktoś z was wypowiedział jedno słowo, jedno zdanie... i wystarczyło... Wiem, że On chce...
K2: Co się panu przywiduje? Jaki on?
A: Bo ja - to prawda - ja chciałem się wykupić... tu jakieś palto, tam jakiś bochen chleba, tu kogoś na nocleg ... A to wszystko nic nie znaczy... bo tak zostają ciągle dziady, łachmaniarze, ulicznicy...

(...)

A: A mają powstać bracia!
B: Tak pan myślisz? Ha. Ale co z tego? Dość już nagadali podobnych słów.
A: A mają być bracia.
I: - E, co tam: byle od czasu do czasu jaki łach --
- i byle cały --
- i mięsa na przynętę --
- i wódki --
A: Nie, nie! Dość!
B: Trzymajcie gęby! Trzymajcie dziadowski jazgot!
A: Bo tu chodzi o człowieka --
takiego jak ja --
a który stał się synem... --
(nagle wychodzi)"

- Jesteś jednak uparty.
- Ktoś mówi oprócz mnie.
- Jesteś jednak uparty; rozbijesz się o twój upór. Zobaczysz.


A - Adam
K - ktoś
"K: Kusisz już od dawna siebie samego i cały zespół sił, które cię przewyższają.
A: Znam zwłaszcza jedną taką Siłę, która mnie przewyższa. Przerasta mnie nieskończenie miłością. Nie mogę wytrzymać tego napięcia. To mnie zawstydza, upokarza mnie to, ale równocześnie prowadzi mnie, pozwala mi się rozwijać...
K: O człowiecze nieszczęśliwy, jakże daleko odszedłeś od przejrzystości myślenia!
A: (śmieje się głośno i dość długo)
K: Czemu się śmiejesz?
A: (śmieje się dalej. Jest to teraz śmiech zupełnie jasny i szczery, tak jak u młodego chłopca. Podobnie nie śmiał się Adam już od dawna. (...) )
K: No, czemu się śmiejesz jak jeden z tych idiotów, z którymi uwziąłeś się obcować?! Similis simili!
A: Przypuśćmy... W tej chwili raduję się tylko tak szczerze na myśl, że ktoś tak nieporadny jak ja, tak niezdarny, kuternoga, może jednak uwolnić sięod niezaprzeczalnej inteligencji --
może wejść w posiadanie czegoś, co ją wymija --
czegoś, co ją odkrywa --
demaskuje --
K: Powtarzam: wyszedłeś z kręgu idiotów!
A: Niech będzie. Uwolniłem się też za tę cenę od tyrani inteligencji.
K: Pozbawiłeś się prawdziwego obrazu świata.
A: Znalazłem obraz, o którym ty nie wiesz.
K: No i co?
A: No i nie będziesz mógł już udawać, że jesteś mną, że jesteś tym samym. Różnisz się, różnisz się bezgranicznie."

Natrudziłeś się w każdym z nich. Zmęczyłeś się śmiertelnie. Wyniszczyli Cię -- To się nazywa Miłosierdzie. -- -- Przy tym pozostałeś piękny. Najpiękniejszy z synów ludzkich. Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później -- O, jakież trudne to piękno, jak trudne. Takie piękno nazywa się Miłosierdzie.

14 czerwca 1999

...data pierwszej i zarazem ostatniej wizyty Jana Pawła II w Sosnowcu, w mojej diecezji.



Ten bilet jeszcze mam gdzieś do dziś, moja siostra chyba zresztą też, była wtedy ze mną. Pamiętam, miałam najpierw bilety do sektora C, czerwonego, dużo dalej do ołtarza, tuz przed pielgrzymką jednak u księdza w parafii udało mi się je wymienić na te żółte - z bliższego sektora. jednak chust już brakło - tych żółtych - no to miałyśmy czerwone. Pamiętam, ktoś nam nawet zarzucił, że po cichu przeczołgałyśmy się nielegalnie między sektorami...

Urodziłam się już za pontyfikatu tego wielkiego Polaka. szczerze mówiąc, trudno mi było sobie przez lata wyobrazić, że Papieżem mógłby być/będzie ktoś inny. Pamiętam spotkanie 14 czerwca 1999 roku w Sosnowcu. Miałam wtedy dylemat - jechać na nie, czy nie. Byłam wtedy na studiach, pilny egzamin, pierwszy taki prawdziwy polonistyczny - z historii literatury - mnie czekał. Pojechałam jednak, myśląc, że druga taka okazja może się nie trafić - zobaczyć Papieża Polaka i móc kiedyś opowiedzieć o tym dzieciom. Dobrze zrobiłam. Drugiej takiej okazji już nie było... Dziś mam zdjęcia z malutkąutką białą kropką - postacią papieża. Ale najwięcej zostało w sercu.

Ja byłam studentką, on mówił wtedy do ludzi pracy - kompletnie nie do mnie. Ale nie to było najważniejsze - a poczucie wspólnoty, więzi - to był początek czasu, w którym przestałam się wstydzić mojej wiary.



Umiłowani Bracia i Siostry! Dziękuję Bożej Opatrzności, że na szlaku mojego pielgrzymowania po ojczystej ziemi znalazła się młoda diecezja sosnowiecka. Pragnąłem nawiedzić tę ziemię. Tak bardzo chciałem spotkać się z Ludem Bożym Zagłębia, a dzisiaj spełnia się to pragnienie. Dziękuję biskupowi Adamowi i biskupowi pomocniczemu Piotrowi oraz całej tutejszej wspólnocie Kościoła za zaproszenie i gorące przyjęcie. Serdecznie pozdrawiam biskupów gości, kapłanów, osoby konsekrowane, przedstawicieli władz lokalnych oraz wszystkich wiernych tu zgromadzonych i tych, którzy duchowo nam towarzyszą.
Dzisiejsze spotkanie wywołuje w mej pamięci wspomnienie tych uroczystości, które przeżywaliśmy tu, w Sosnowcu, w maju 1967 roku. W kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny - dzisiejszej katedrze - przy udziale Prymasa Tysiąclecia oraz innych biskupów polskich celebrowaliśmy wówczas obchody milenijne. To były trudne czasy. Były trudne szczególnie dla tych, którzy chcieli otwarcie wyznawać swoją wiarę i przynależność do Kościoła.
Pamiętam, jak wielkie znaczenie miało wtedy nauczanie Soboru Watykańskiego II, który dopiero co się zakończył. Pamiętam, ile nadziei i ile mocy niosło zwłaszcza soborowe nauczanie o godności osoby ludzkiej i o jej niezbywalnych prawach. Wówczas zapadało ono głęboko w dusze przygotowane do milenium przez wielką nowennę. Dziś czasy się zmieniły. Jest to wielki dar Bożej Opatrzności. Bogu należy się nasza wdzięczność za to wszystko, co dokonało się w naszej Ojczyźnie. Niech nigdy jej nie zabraknie w sercach ludzi wierzących w Polsce!

2.

daj Mu cześć winną całe ludzkie plemię,
bo litość Jego nad nami stwierdzona,
a prawda Pańska wiecznie uiszczona>
(Ps 117[116], 1-2 - tł. J. Kochanowski).

Tymi słowami Psalmista wzywa wszystkie narody do chwalenia Boga. Szczególny powód do tego chwalenia miał Naród Wybrany. Mówi Mojżesz: (Pwt 2, 7). Wszystkie ludy i narody ziemi uczestniczą niejako w tej wędrówce Izraela. Chociaż tylko niektóre okresy dziejów były nazywane ze względu na szczególne przemieszczenia, jakie się wówczas dokonywały zwłaszcza na kontynencie europejskim, to przecież nawet w warunkach ustabilizowanej egzystencji człowiek nie przestaje być pielgrzymem i narody nie przestają pielgrzymować w przestrzeni i czasie.
Dziejowa pielgrzymka każdego narodu pozostawia po sobie owoce ludzkiej pracy. Na początku dziejów Bóg powierzył ludziom ziemię, aby uczynili ją sobie poddaną (por. Rdz 1, 28). Człowiek zastał ziemię jako teren do twórczego zagospodarowania. Stopniowo zmieniał jej oblicze. Zaczął ją uprawiać, zabudowywać, tworząc osiedla, wsie i miasta. W ten sposób człowiek potwierdzał siebie jako istotę Bogu podobną, obdarzoną nie tylko zdolnością poznawania prawdy, ale także zdolnością tworzenia piękna.
Kiedy zbliżamy się do roku dwutysięcznego, pragniemy spojrzeć wstecz na wszystkie szlaki tej wędrówki, którymi szli przez wieki nasi przodkowie. Pozostawili oni po sobie wielkie dziedzictwo twórczej pracy, które dzisiaj budzi w nas podziw i wdzięczność. Trud pracy i dzieła przeszłych pokoleń stanowią dla nas wyzwanie, aby w dalszym ciągu czynić sobie poddaną tę ziemię, którą Stwórca nam dał w posiadanie i zadał równocześnie.
Podejmując wezwanie wieków, nie możemy zapominać o tej Bożej perspektywie współstwarzania, która nadaje wszelkim ludzkim wysiłkom właściwy sens i godność. Bez niej praca łatwo może być pozbawiona swego wymiaru podmiotowego. Wówczas przestaje być ważny człowiek, który ją wykonuje, a liczy się jedynie jej wartość materialna. Człowiek nie jest już traktowany jako sprawca i twórca, ale jako narzędzie produkcji.
Wydaje się, że w okresie koniecznych przemian gospodarczych w naszym kraju, można dostrzec symptomy takiego zagrożenia. Mówiłem o nich przed dwoma laty w Legnicy. Pojawiają się one wszędzie tam, gdzie w imię praw rynku zapomina się o prawach człowieka. Jest tak na przykład, gdy rachunek ekonomiczny usprawiedliwia pozbawienie pracy kogoś, kto wraz z nią traci wszelkie perspektywy na utrzymanie siebie i rodziny. Dzieje się tak również, gdy dla zwiększenia produkcji odmawia się pracownikowi prawa do odpoczynku, do troski o rodzinę, do wolności w podejmowaniu decyzji o kształcie własnej codzienności. Jest tak zawsze, gdy wartość pracy jest określana nie poprzez wysiłek człowieka, ale poprzez cenę produktu - co powoduje, że wynagrodzenie nie odpowiada trudowi.
Trzeba jednak dodać, że nie dotyczy to tylko pracodawców, ale również pracowników. Także ten, kto podejmuje pracę, może ulegać pokusie traktowania jej w sposób przedmiotowy, jedynie jako źródło materialnego wzbogacenia. Praca może zdominować życie człowieka do tego stopnia, że przestanie on dostrzegać potrzebę troski o zdrowie, o rozwój własnej osobowości, o szczęście najbliższych czy w końcu o swe odniesienie do Boga.
Jeżeli o tym dziś mówię, to po to, by uwrażliwić sumienia. Jakkolwiek bowiem struktury państwowe czy ekonomiczne nie pozostają bez wpływu na podejście do pracy, to jednak jej godność zależy od ludzkiego sumienia. Tu ostatecznie dokonuje się jej wartościowanie. W sumieniu bowiem nieustannie odzywa się głos Stwórcy, który wskazuje na to, co jest rzeczywistym dobrem człowieka i dobrem powierzonego mu świata. Kto zatracił prawy osąd sumienia, może błogosławieństwo pracy uczynić przekleństwem.
Potrzeba mądrości, aby wciąż na nowo odkrywać ów nadprzyrodzony wymiar pracy, zadany człowiekowi przez Stwórcę. Potrzeba prawego sumienia, aby właściwie rozeznawać ostateczną wartość swego działania. Potrzeba ducha ofiary, aby nie składać na ołtarzu dobrobytu własnego człowieczeństwa i szczęścia innych.

Stałyśmy wtedy gdzież z przodu po prawej stronie tej drogi przejazdowej


3. (Ps 128[127], 2). Z całego serca proszę Boga, aby te słowa Psalmu stały się dziś i na zawsze orędziem nadziei dla wszystkich, którzy w Zagłębiu, w Polsce i na całym okręgu ziemi podejmują codzienny trud czynienia ziemi poddaną. Jeszcze usilniej modlę się, aby te słowa zrodziły nadzieję w sercach tych, którzy gorąco pragną pracować, a zostali dotknięci nieszczęściem bezrobocia.
Proszę Boga, aby rozwój ekonomiczny naszego kraju i innych państw na świecie szedł w tym kierunku, by wszyscy ludzie - jak mówi św. Paweł - (2 Tes 3, 12). Głośno o tym mówię, bo chcę, abyście poznali - aby wszyscy pracujący w tym kraju poznali - że wasze sprawy są bliskie Papieżowi i są bliskie Kościołowi.

4. (Pwt 2, 7) - te słowa z Księgi Powtórzonego Prawa od wieków niesie Kościół, jako przesłanie nadziei. Gdy człowiek potrafi dostrzec w dziełach swoich rąk znak Bożego błogosławieństwa, wówczas nie zwątpi, iż ten sam Bóg jest - jest blisko - i wciąż opiekuje się ludzką wędrówką, zwłaszcza wtedy, gdy jest to wędrówka po wielkiej pustyni codziennych problemów i trosk. Nie może zabraknąć w dzisiejszych czasach posługi nadziei, jaką do tej pory Kościół w Polsce skutecznie pełnił. Człowiek potrzebuje świadectwa o Bożej obecności! Dziś człowiek, szczególnie człowiek pracy, potrzebuje Kościoła, który z nową mocą o tym zaświadczy. Zmieniają się czasy, zmieniają się ludzie i okoliczności, rodzą się nowe problemy. Kościół nie może tych zmian nie dostrzegać, nie może nie podejmować wyzwań, jakie pojawiają się wraz z nimi. Człowiek jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła, drogą jego codziennego życia i doświadczenia, posłannictwa i trudów. Dlatego Kościół naszej epoki musi być świadomy zagrożeń, świadomy wszystkiego, co wydaje się być przeciwne temu, aby <życie ludzkie stawało się coraz bardziej ludzkie, aby wszystko, co na to życie się składa, odpowiadało prawdziwej godności człowieka; po prostu musi być świadomy wszystkiego, co jest temu przeciwne> (por. Redemptor hominis, 14).

Identyczne ujęcie mam na swoich zdjęciach, tylko ten papież - biała kropka - wyraźniejszy u mnie.


5. Drodzy Bracia i Siostry!

Uczmy się tej wrażliwości na człowieka i na jego sprawy, wpatrując się w życie i posługę patrona waszej diecezji, świętego Brata Alberta Chmielowskiego i Sługi Bożej Matki Teresy Kierocińskiej, zwanej Matką Zagłębia. Oni z wrażliwością odkrywali cierpienie i gorycz tych, którzy nie potrafili odnaleźć swojego miejsca w ówczesnych strukturach społecznych i ekonomicznych i nieśli pomoc najbardziej potrzebującym. Program, jaki oni wytyczyli, jest zawsze aktualny. Również u końca dwudziestego wieku uczą nas, że nie można zamykać oczu na biedę i cierpienia tych, którzy nie potrafią lub nie mogą odnaleźć się w nowej, często skomplikowanej rzeczywistości. Niech każda parafia staje się wspólnotą ludzi wrażliwych na los tych, którzy znajdują się w trudnej sytuacji. Poszukujcie coraz to nowych form dla tej pracy.
Niech będą zachętą dla wszystkich słowa Pisma Świętego: (por. Pwt 15, 10).
Przesłanie o Bożej obecności w dziejach człowieka trzeba nieść zwłaszcza ludziom młodym. Oni takiej pewności potrzebują. Tylko dzięki niej będą mogli odkryć nowe perspektywy dla twórczej realizacji swego człowieczeństwa w dobie przemian. Cieszę się, że Kościół w Polsce w różnych wymiarach podejmuje działalność edukacyjną. Oby to stwarzanie młodym możliwości podnoszenia kwalifikacji wydało swoje owoce. Niech na tym fundamencie rozwija się przedsiębiorczość, niech powstają nowe, dobre inicjatywy w każdej dziedzinie życia.
Świadectwo Kościoła poprzez dzieła miłosierdzia i szkolnictwo nie może jednak zastępować działania ludzi i instytucji odpowiedzialnych za kształt świata pracy. Dlatego jednym z najważniejszych zadań Kościoła w tej dziedzinie jest pełne delikatności i dyskrecji kształtowanie ludzkich sumień, tak aby budzić wrażliwość wszystkich na te problemy. Tylko wtedy, gdy w sumieniu każdego żywa będzie ta podstawowa prawda, że człowiek jest podmiotem i twórcą, a praca ma służyć dobru osoby i społeczeństwa, można będzie uniknąć zagrożeń, jakie niesie praktyczny materializm. Świat pracy potrzebuje ludzi prawego sumienia. Świat pracy oczekuje od Kościoła posługi sumienia.

6. Za chwilę mamy dokonać koronacji łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy z Jaworzna, z Osiedla Stałego. Ten akt ma szczególną wymowę. Z jednej strony jest znakiem wiary robotniczego ludu Zagłębia. Dzięki oddaniu Maryi, dzięki nieustannemu zawierzaniu Jej teraźniejszości i przyszłości Kościoła, ta wiara zachowała się w sercach ludzi pracy mimo wielu prób, jakie przeszła zwłaszcza na przestrzeni ostatniego półwiecza. Z drugiej strony, ten akt koronacji, jest potwierdzeniem, że wspólnota wierzących w Jaworznie i na całym Zagłębiu prawdziwie doświadcza tej szczególnej obecności Maryi, dzięki której ludzkie pragnienia docierają do Boga, a Boże łaski spływają na ludzi.
Niech Matka Boża Nieustającej Pomocy będzie wam przewodniczką na drogach nowego tysiąclecia! Niech nieustannie pomaga wam w pielgrzymowaniu do domu Ojca w niebie.

A miłość Boga Ojca, Boga Stwórcy i Pana, niech przemienia serca i umysły wszystkich, którzy czynią sobie ziemię poddaną.

Amen.


Jan Paweł II - Papież - (podpis)



Sosnowiec, 14.06.1999, godz. 19.30





Pozdrowienie końcowe.



Bóg zapłać za wszystkie dary. Widać, że Zagłębie jest szczodre. Bóg zapłać za waszą szczodrość, Bóg zapłać za waszą gościnność. Szczególne słowo kieruję do kapłanów. Statystyka pokazuje, że jest was w tej gęsto zaludnionej diecezji stosunkowo mało. Wiem jednak, że nie brak wam ducha i że z odwagą i ofiarnością podejmujecie często trudne wyzwania duszpasterskie. Niech Bóg wam błogosławi w tym dziele. Cieszę się, że w Zagłębiu rozwija się życie zakonne. Proszę Boga o dar nowych powołań, aby wspólnoty zakonne rozwijały się i były zaczynem dobra pośród tego ludu. Pozdrawiam młodzież. Dziękuję za liczne zgromadzenie młodych i za to, że dajecie znać o sobie. Pozdrawiam obecnych tu przedstawicieli władz Rzeczypospolitej, władz wojewódzkich i samorządowych, z wojewodą śląskim, z przewodniczącym sejmiku śląskiego i prezydentem miasta Sosnowca. Szczególne pozdrowienie kieruję do ludzi chorych. Miłość tych, którzy was otaczają, niech przynosi ukojenie wszelkiego cierpienia. Proszę też, nie zapominajcie o mnie w waszych modlitwach. Jaworzno specjalnie czekało, czekało ze swoim obrazem Matki Bożej, aż ich biskup zostanie Papieżem, i wtedy go ukoronowali. I ja też dziękuję i wszystkim mówię: "Szczęść Boże!"




Pontyfikat tego wielkiego Polaka nauczył mnie szczególnie dwu rzeczy: -wiary w moc modlitwy - odwagi i bycia bezkompromisowym w tym zagubionym świecie (tego wciąż się uczę). Papież pokazał, że można być krytykowanym, wyśmiewanym, ale warto trwać, bo to "ma sens".








Jak Jezus. Kiedy papież jeszcze żył, nieraz miałam ochotę napisać do niego list z prośbą o modlitwę w szczególnie palących moich problemach. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że doszłam do wniosku, że człowiekowi tak zajętemu, tak schorowanemu, nie mam sumienia jeszcze głowy zawracać. Gdy zmarł, prosiłam go o modlitwę o to, o co prosić nie śmiałam, gdy jeszcze żył. Dziś wiem, że niejedną łaskę mi wyprosił. Między innymi to, że dziś mam syna, więcej, że ten syn żyje i jest zupełnie zdrowy, choć urodził się z poważną wadą. Dla mojego dziecka Jan Paweł II zawsze będzie postacią historyczną, ale chcę mu przekazać, jak wielki wpływ na jego i nasze-rodziców życie miała ta Postać. To jest coś więcej niż historia, niż wspomnienia nawet. To jest Obecność.

13.6.09

Szczypta historii

Tak jakoś wiedziona ciekawością zaczęłam szperać w necie, szukając czegoś o obyczajach związanych z obchodzeniem Święta Bożego Ciała w innych krajach i kręgach kulturowych. Znalazłam za to zupełnie co innego - co nieco historii tej uroczystości. Myślę, że przytoczyć warto - bo Boże Ciało jakoś tak się z nami zrosło, że czasem albo prawie zawsze nawet chyba, nie zastanawiamy się, co, dlaczego, po co. Po prostu jest i już.



A że trwamy wciąż w Oktawie Bożego Ciała, to nie omieszkam tej historii wkleić dziś. Tak na marginesie - ciekawa rzecz, że tę Oktawę to tylko w Polsce mamy...

Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba... otocz Go w koło rzeszo wybrana, przed Twoim Bogiem zginaj kolana". Franciszek Karpiński

Znamy i śpiewamy te słowa czołowego liryka epoki stanisławowskiej, Franciszka Karpińskiego (+ 1825), autora takich znanych pieśni jak: " Kiedy ranne wstają zorze", "Wszystkie nasze dzienne sprawy", "Bóg się rodzi - moc truchleje" - itd. Celowo przypominamy słowa tej modlitewnej pieśni, gdyż one dobrze oddają sens Uroczystości Bożego Ciała: eucharystyczny Chrystus, ukryty "pod przymiotami chleba" zanurza się procesyjnie w swoją "rzeszę wybraną" pomiędzy nasze ulice, domy, pola. Opuszcza jakoby swoje tabernakulum, aby zanurzyć się obrazowo, dydaktycznie i rzeczywiście w sam środek naszego życia, naszych osobistych zdarzeń i zderzeń.


1. Od kiedy świętujemy uroczystość Bożego Ciała?

Aby w pełni zrozumieć potrzebę wprowadzenia i obchodzenia uroczystości Bożego Ciała, należy przypomnieć religijny (teologiczny) klimat poprzedzający epokę zaistnienia w życiu Kościoła omawianej uroczystości. Epoka ta naznaczona była ostrą polemiką z poglądami głoszonymi przez Berengariusza, teologa z Tours w XI w. Zaprzeczał on rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, uważając, że Chrystusa w Eucharystii przyjmujemy jedynie symbolicznie, myślowo, figuratywnie. Poglądy Berengariusza nie byłyby warte przypomnienia, gdyby nie fakt, że ich popularność w wiekach XI i XII była znaczna. Miał on bowiem wielu zwolenników. O Eucharystii w tamtej epoce dyskutowali nie tylko naukowcy - teologowie. Czymś zwyczajnym były dyskusje, dysputy, polemiki na ten temat na placach przykościelnych, na rynkach miejskich, w zajazdach nawet. Literatura dostarcza nam sporo wiadomości w tej materii. Upłynęło nieco czasu, zanim znów przylgnięto do słów samego Chrystusa, który przecież autorytatywnie utożsamił się z eucharystycznym chlebem i eucharystycznym winem, gdy objawiał nam swoją realną w nich obecność słowami: "to jest Ciało moje, to jest Krew moja... to czyńcie na moją pamiątkę". Chrystus mówił nam, że jest w tej materii, a nie, że to zaledwie "symbolizuje" czy tylko "oznacza" Jego obecność.



Bezpośrednią jednak przyczyną powstania i ustanowienia osobnego święta ku czci Eucharystii były prywatne objawienia siostry zakonnej bł. Julianny, augustianki z Mont - Cornillon, z okolic Liege w Belgii. W jej widzeniach, notowanych od roku 1209, powtarzał sie motyw nieobecności w roku kościelnym osobnego dnia liturgicznego, poświęconego czci Najświętszego Sakramentu. Owszem uznawano w Kościele od samego początku wyjątkowy charakter Wielkiego Czwartku, jako dnia ustanowienia w czasie Ostatniej Wieczerzy sakramentu Eucharystii. Usytuowanie jednakże tego liturgicznego dnia w Wielkim Tygodniu, w klimacie zbliżającej się Męki Pańskiej, nie pozwalało na godne zatrzymanie się jedynie na tym eucharystycznym wydarzeniu. Objawienia bł. Julianny padły na bardzo podatny grunt, by nie powiedzieć, że były one wprost oczekiwane. Heretyckie błędy Berengariusza i jego zwolenników otrzymały odpowiedź i zadośćuczynienie za znieważane prawdy, o rzeczywistej obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznego Chleba i Wina. Tym zadośćuczynieniem miało być coroczne święto Najświętszego Sakramentu, ustalone na pierwszy czwartek po (ówczesnej) oktawie Trójcy Świętej.



Było ono obchodzone z rozporządzenia biskupa diecezjalnego Roberta, najpierw w diecezji miejsca objawień, czyli w Liege w roku 1246. Był to jednak dopiero początek trudnego procesu i drogi prowadzącej do ustanowienia tego święta na całym świecie. Każde bowiem dobro, zwłaszcza, gdy dotyczy wiary - domaga się także ofiary. Doświadczyła tego najpierw sama bł. Julianna. Po śmierci bp. Roberta, obchody święta Bożego Ciała zawieszono w diecezji, a ją samą karnie przeniesiono do innego klasztoru. Opatrznościową postacią w omawianej sprawie była osoba archidiakona Jakuba z katedry w Liege. Swoim autorytetem ponownie wprowadził uroczystość Bożego Ciała w diecezji, potwierdzając tym samym osobiste przekonanie o prawdziwości objawień bł. Julianny. Równie opatrznościowym zrządzeniem losu archidiakon Jakub został wkrótce wybrany papieżem, pod imieniem Urbana IV. On to w roku 1264, specjalną bullą "Transiturus", nakazał wprowadzenie święta Bożego Ciała w całym kościele powszechnym. Niestety - zanim zdążono rozesłać bullę do poszczególnych kościołów lokalnych - straciła ona swą ważność, gdyż papież Urban IV zmarł. Zdążono jedynie przygotować piękne teksty liturgiczne formularza mszalnego na tę uroczystość, które wykorzystano już w niedalekiej przyszłości.


Obowiązują one zresztą do dzisiaj. Autorem ich jest najwybitniejszy teolog wszystkich czasów - św. Tomasz z Akwinu (żył w XIII w.). Szczególnie piękny w swej formie, jak też i treści jest znany hymn eucharystyczny, przypisywany temu autorowi, zaczynający się od słów: pangue lingua gloriosi (" Sław języku tajemnicę Ciała i najdroższej Krwi...). Dwie ostatnie zwrotki z tego hymnu, rozpoczynające się od równie znanych słów: " Przed tak wielkim Sakramentem, upadajmy wszyscy wraz..." - śpiewane są na całym świecie przed każdym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem.



W końcu dopiero papież Jan XXII, poprzez ogłoszenie bulli Urbana IV, w zbiorze ustaw zwanym "Klementyny" w roku 1317, oficjalnie rozpowszechnił obchody święta Bożego Ciała na cały świat. Od XIV w. (dokładnie od rozporządzenia papieża Urbana VI w roku 1389) należy ono do głównych świąt roku liturgicznego.
Procesje z Najświętszym Sakramentem dopiero później zaczęły stawać się charakterystyczną cechą obchodów święta Bożego Ciała. Pierwsze ślady takiej procesji spotykamy wg. niektórych historyków pod koniec XIII w. w Kolonii, wg. innych właśnie w stolicy diecezji objawień bł. Julianny - w Liege w Belgii. Inni znów znajdują historyczne uzasadnienie, że to właśnie w Orvieto (w Italii) należy szukać początków tradycji procesji eucharystycznych. Niezaprzeczalnym faktem jest, że w XV w. prawie cała katolicka Europa, łączyła obchody święta Bożego Ciała z procesją, tym bardziej, że o takim zwyczaju, już w 1429 r. oficjalnie mówi papież Marcin V w swej bulli - "Ineffabile sacramentum" . Od samego początku znano podwójny sposób przeprowadzania procesji. Kraje języka niemeckiego łączyły procesje z błaganiami o pogodę i urodzaj. Budowano 4 ołtarze polowe. Czytano (względnie śpiewano) początki 4 Ewangelii i czterokrotnie udzielano sakramentalnego błogosławieństwa. Rzymska procesja była natomiast inna. Był to ciągły pochód ulicami miasta, zakończony błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem na końcu procesji.




Owe procesje od samego początku sprawowano bardzo uroczyście, barwnie, z dużym udziałem wiernych, z wielkim przepychem i nagromadzeniem elementów zewnętrznych, folklorystycznych. Średniowieczna literatura, historycy kultury, etnolodzy itd. opisują nam barwne szaty idących czy jadących w procesji na koniach przedstawicieli władz, uczelni, duchowieństwa, zakonów, cechów, rycerstwa czy później różnych formacji wojskowych, bractw kościelnych, stowarzyszeń świeckich, orkiestr ( -itd.) a zwłaszcza zawsze dużych rzesz wiernych.
Warto tu przypomnieć, że najstarsze dokumenty liturgiczne wspominają, że pierwsze procesje eucharystyczne w Polsce miały miejsce w Płocku pod koniec XIV w. oraz we Wrocławiu. W XV w. były one już powszechne w całym naszym kraju. Szczególnego charakteru nabrały procesje Bożego Ciała w okresie utraty wolności państwowej, w okresie rozbiorów. Podtrzymywały one wówczas świadomość narodową, utraconą państwowość. Dobrze to rozumiał okupant niemiecki w czasie ostatniej wojny światowej - gdy absolutnie zakazywał owych procesji. Niestety w tym duchu działały także władze komunistyczne w Polsce przez ostatnie prawie pół wieku, gdy na różny sposób ograniczały zezwolenia na procesje Bożego Ciała, najchętniej ograniczając je do obejścia kościoła wewnątrz placu przykościelnego, lub co najwyżej zezwalając na procesje bocznymi, obskurnymi uliczkami. Ale to już od kilku lat przeszłość, miejmy nadzieję bezpowrotna.
Obecnie w naszym kraju, na wskutek decyzji Konferencji Episkopatu Polski, od roku 1967, przy każdym z czterech ołtarzy procesyjnych śpiewa się odpowiednie czytania ewangelijne, o tematyce eucharystycznej oraz suplikację "Święty Boże, Święty Mocny".


ks. Jerzy Stefański, źródło

12.6.09

Przymierze

Dzień to niezwykły - ten dzień Bożego Ciała.
Wyszłam ja sobie wczoraj na balkon, coby dziecku to i owo poobjasniać. No i tak się zebrały ciemne chmury.




W chwilę potem - ukazała się przecudna tęcza. I długo zniknąć nie chciała. Gdzie okiem sięgnąć - inny kolor, kształt i- by tak rzec - faktura chmur. No bajka, po prostu bajka. Tu błyskawice, tu lekkie grzmoty w oddali, tu skłębione czarne chmury - w tle -pod czarnymi chmurami dziesiątki kilometrów od nas - jasny pas poprzecinany strugami wody, wyglądającej z daleka jak czarne niteczki. "Ale tam leje", jak to się mówi. Tuż przede mną nad horyzontem - białe i szare chmury, ze złotymi "dziurami w środku", jakby przecisnąć się przez nie chciało słońce. Zadzieram głowę - a tam... widok nie do opisania - niebo błękitne, takie jak w pogodny dzień nad morzem, tylko tu i ówdzie biały obłok - co ja mówie - warstwy obłoków, poukładane z fantazją piętrowo, a między nimi ten błękit. I szybujące niżej ptaki. Szybujące nisko - bo to czas przeddeszczowy, przedburzowy.


Ten błękit, głęboki błękit z obłokami - od dziecka, gdy siadywałam na zupełnie innym wtedy balkonie, czytając książki - zawsze wywoływał we mnie uczucie nieokreślonej tęsknoty. Tak, właśnie nieokreślonej, nie wiadomo skąd się biorącej. I tak sobie dziś myślę (raczej nie tyle myślę, co przyszło mi do głowy) - a jak to jest Tam - nad tymi chmurami? Nigdy nie leciałam samolotem, więc nie wiem - ale nie o to mi chodzi.
Jak jest Tam? Nad chmurami, gdzie odkryje się nie ich fizyczne właściwości, ale tajemnice ich głębi. Tej głębi, którą widać z ziemi i która jakoś ciągnie...I nie chodzi o fizyczne niebo, o duchowe też nie. O jakies inne, które zawiera w sobie tamte dwa. Ale nei tylko dwa. Zawiera w sobie nieb duzo więcej. Pełnię.


z okien samolotu - tam pewnie tęsknota jeszcze większa



Spoglądam na kościół, a właściwie na dwa, bo akurat mam je na co dzień na horyzoncie (no, może ciut bliżej niż horyzont). I widzę, ten kościól do ziemi taki przykuty, a mój wzrok ucieka wciąż wyżej, w to piękno chmur. A On własnie w tym przykutym do ziemi kościele chciał zostać, chce przychodzić tam i przychodzi w Eucharystii co dzień na nowo. A przecież jest Bogiem. Czyż nie bardziej ciągnie Go niebo?
Gdyby nie został, gdyby nie przyszedł, gdyby nie przychodził wciąż na nowo, nigdy nawet marzyc byśmy nie mogli, by zobaczyć, jak jest po tamtej stronie chmur. W Głębi.
Bo po to są chmury. By na Głębię otwierać.



Tęcza wciąż jest. Raz jeden, raz drugi fragment jej łuku, ale wciąż jest.



Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». Rzekł Bóg do Noego: «To jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemi».
(Rdz 9,12-17)




Boże Ciało - ten wieczór, to późne popołudnie....

Bracia: Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką, to jest na tym świecie uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną Krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego zdobywszy wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej Krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. I dlatego jest Pośrednikiem Nowego Przymierza, ażeby przez śmierć, poniesioną dla odkupienia przestępstw, popełnionych za pierwszego przymierza, ci, którzy są wezwani do wiecznego dziedzictwa, dostąpili spełnienia obietnicy. (Hbr 9,11-15)



Tęcza. Jakby Bóg tym znakiem mówił: Jestem. Jestem tym samym Ojcem, który wymyśliłem piękno tęczy jako znaku przymierza. Tym samym, z którym przymierze Krwi wylanej za Was macie na wieki.
Czyż to nie jest rozrzutność i niesamowita Boska fantazja? - Jeszcze w ten dzień dać nam tęczę? Pewnie Bóg patrzył na nią z tamtej strony nieba i się uśmiechał.

Jesteś, Boże. Jesteś.



zdjęcia -zasoby Internetu

11.6.09

"Bierzcie..."

Co prawda o dzisiejszej uroczystości już było, ale... zasłyszałam dziś zdanie, którym absolutnie i koniecznie się muszę podzielić....
No bo to niezrozumiałe, prawie absurdalne, to w głowie się nie mieści, jak cały Jezus może mieścić się w drobnej nawet kruszynie Hostii i kropli wina.


Tymczasem On nie powiedział: "Bierzcie i rozumiejcie", tylko "Bierzcie i jedzcie"...
ks. Piotr Pawlukiewicz

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa


Są takie chwile, gdy się napisać coś pragnie, ale słowa zamierają w pół drogi, zastygają na klawiaturze, w myślach, a czasem nawet jeszcze tuz przed samymi myślami. Bo ta rzeczywistość... nie da się objąć nawet milczeniem. Żadne, najgłębsze, najbardziej wzniosłe rozważania nie wyczerpią tematu, nie pozwolą go ogarnąć, bo to jedna z tych rzeczywistości - moze najbardziej rzeczywistych, bardziej rzeczywista niż cokolwiek - jedna z tych rzeczywistości, do których przybliżyć można się tylko byciem.


Byciem obok albo raczej byciem dla, tak jak i On, ten sam Jezus, który dwa tysiące lat chodził po ziemi, który od wieczności zawsze był w łonie Ojca - jest cały dla nas. Absolutnie cały - tak, że mozna z Nim zrobić absolutnie wszystko - zbezcześcić albo spożyć, jak On tego pragnie.
Tak, tak - zjeść Jezusa. W Jego czasach już budziło to oburzenie ogromne - że to kanibalizm, że absurd, że jak tak można.


Nie wiem, dlaczego Bóg tak to wymyślił, ale wiem, że spożywać warto - i trzeba.


W ciągu 1250 lat, od roku 750 do naszych czasów, w różnych miejscach na świecie odnotowano 132 cuda eucharystyczne, potwierdzające - w tym naukowo, że wino konsekrowane jest rzeczywiście Krwią Pańską, a konsekrowany chleb - Ciałem Pana.

Za pierwsze tego rodzaju zdarzenie uważa się wydarzenie w klasztorze w Lanciano we włoskiej prowincji Chieti nad Adriatykiem w roku 750. Pewien mnich benedyktyński z kościoła San Legonziano w Lanciano, powątpiewający w rzeczywistą obecność Chrystusa w Komunii św., zobaczył w czasie Mszy św., że po słowach konsekracji hostia stała się kawałkiem ciała, a wino - krwią. Przerażony kapłan próbował początkowo ukryć to przed ludźmi, zawijając hostię w kawałek materiału i zakrywając kielich, ale krople krwi kapałyHostia z Lanciano obficie na podłogę i całą sprawa stała się szybko znana w całej okolicy.

Grudki krwi i cząstki ciała są do dzisiaj przechowywane z wielką czcią w pięknym relikwiarzu w miejscowym kościele św. Franciszka z Asyżu. W wyniku badań, przeprowadzonych także w naszych czasach i z użyciem najnowocześniejszych metod naukowych, stwierdzono, że zachowana cząstka ciała jest częścią mięśnia sercowego.

O innych cudach TUTAJ


Serce w Hostii – świadectwo Rona Tesoriero, autora książki „Reason to Believe” – Powód do wiary
, świadectwo ukazało się TUTAJ (na stronie dostępne również inne wersje językowe)

Konsekrowana Hostia zmienia się w ciało. Niewidomy odzyskuje wzrok na pół godziny, by zobaczyć film o Eucharystii. Te i inne współczesne przypadki opisał australijski prawnik Ron Tesoriero. Na Światowych Dniach Młodzieży w Sydney był jedną z osób składających świadectwo.
Ron Tesoriero: Napisałem książkę „Reason to believe”. Jej rdzeń stanowi historia, która moim zdaniem będzie miała szczególne znaczenie dla Kościoła. Wydarzyła się ona w Buenos Aires w Argentynie, gdzie kard. Jorge Bergoglio poprosił profesora, z którym współpracuję, o zbadanie konkretnej sprawy. Chodzi o wydarzenie z parafialnego kościoła w Buenos Aires. Księdzu, który dopiero co skończył odprawiać Mszę, powiedziano, że na podłodze tego kościoła leży porzucona hostia. Podniósł ją z zamiarem spożycia, jednak widząc jej stan, umieścił ją w naczyniu z wodą i włożył do Tabernakulum.



I po dwóch czy trzech dniach zauważył, że hostia zmieniła się w jakąś krwistą substancję, która w ciągu następnych kilku dni jeszcze się powiększyła. W książce zamieściłem zdjęcia ukazujące, że przemiana hostii jest nadzwyczajna: zmieniła się w krwistą, wręcz gęstą substancję. To robi wrażenie.
Kościół zdecydował się podjąć badanie. Pozwolono mi udokumentować pobieranie próbki i przyłączono do grupy, która organizowała badanie tego wycinka. Podsumowując tę historię: substancja okazała się ciałem i krwią, z obecnością ludzkiego DNA. Znamienne, że ten fragment ciała został zidentyfikowany. Amerykański patolog wyspecjalizowany w kardiologii, patrząc w mikroskop, oświadczył: „Mogę dokładnie powiedzieć, co to jest. Materiał ma pochodzenie ludzkie, jest to ciało, a konkretnie część mięśnia sercowego odpowiedzialnego za skurcze serca. I jest to ciało żywe. Mogę coś jeszcze dodać: wokół tkanki jest bardzo wiele białych ciałek.

Hostia z Lanciano


Można to wytłumaczyć dwoma racjami. Pierwsza: to serce żyło w chwili pobierania wycinka. Mówię, że serce żyło, gdyż normalnie białe ciałka obumierają poza żywym organizmem, potrzebują organizmu, aby je ożywiał. I ich obecność wskazuje, że substancja żyła w chwili pobierania próbki”. Dalej, powiedział też, że te ciałka wniknęły w tkankę, co może znaczyć, że to serce cierpiało – np. jak ktoś, kto ciężko był bity w okolice klatki piersiowej.
Proszę sobie wyobrazić, jak to jest, gdy jest się w pokoju z naukowcem, który to mówi, nie wiedząc, skąd jest materiał, a my wiemy o pochodzeniu badanego wycinka. Na Światowe Dni Młodzieży do Sydney przywieźliśmy dokumentację przekazaną przez tego księdza. Przybył i on sam, aby dać świadectwo, że do naczynia włożył normalną hostię, tyle że konsekrowaną. A naukowo udowodniono, że substancja wyjęta z naczynia jest ciałem i krwią. Pomyślmy o tym przez chwilę. To nie jest moje przekonanie czy tego księdza: to jest zdanie naukowca. Z naukowego punktu widzenia ogromne znaczenie ma fakt, że coś takiego się wydarzyło. Żyjemy w świecie bardzo zależnym od nauki. A nauka twierdzi, że może wytłumaczyć każdy obszar naszego istnienia. W ogólnym przekonaniu cuda się nie zdarzają, ponieważ nauka jest bardzo rygorystyczna i zawsze zostawia furtkę, że jeżeli nie ma czegoś dziś, to nie znaczy, że jutro się to nie zdarzy.





Jak dotąd nie ma jednak wytłumaczenia, w jaki sposób kawałek chleba może się zmienić w ciało i krew.
W prezentacji na Światowych Dniach Młodzieży w Sydney opowiedzieliśmy, jak nauka dowiodła tego, co wyznajemy wiarą: że podczas Mszy ofiarowany chleb przemienia się w Ciało Chrystusa. Dzisiejsi katolicy różnie patrzą na przeistoczenie. Moim zdaniem nie każdy wierzy, że to jest prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa. Większość ludzi uznaje obecność Chrystusa w Eucharystii, ale w sposób symboliczny, a nie realny. Ten naukowy dowód natomiast wskazuje nam, że Ciało i Krew w Eucharystii nie są symboliczne, są rzeczywiste, tak jak nauczał Jezus Chrystus. Ukazując to, chcemy zachęcić do pełniejszego rozumienia, że Jezus jest rzeczywiście obecny pod postaciami Chleba i Wina. Nie możemy Go zobaczyć, ale On widzi nas. To właśnie są postacie, które wybrał, aby pozostać z nami do końca czasów. Wydaje mi się, że kiedy ludzie pojmą wartość tego, że Jezus jest prawdziwie obecny i że mają z Nim naprawdę bezpośrednią relację – to zmieni rozumienie Mszy i Eucharystii. Czy mnie to osobiście dotknęło? Oczywiście. Pierwsza sprawa, która uderza, to fakt, jakie miałem szczęście, zostając włączony w tę sprawę.





Pamiętam, kiedy pierwszy raz zaczynałem badać mistyczne doświadczenia w Kościele, kiedy w pokorny sposób zaczęło się moje poszukiwanie. Jestem prawnikiem. Kiedyś do mojego biura przyszedł ksiądz. Wówczas nie praktykowałem wiary. I opowiedział mi, jak się modli, by stała się rzecz niemożliwa. Chciał kawałek ziemi na kościół. Umieścił tam jakiś obrazek i modlił się z nadzieją na cud. I okazało się, że cud się stał. Osoba, która była właścicielem tej ziemi, przyszła do mnie następnego dnia, mówiąc, że chce się jej pozbyć za bezcen. I wtedy zrozumiałem, że jeżeli ludzie się modlą o to, co niemożliwe, to się to staje.
Czy to przypadek, czy raczej Bóg wysłuchuje i działa? Zacząłem wyszukiwać wydarzenia z historii, gdzie Bóg w jakiś sposób interweniował. Czytałem o Fatimie, o znanym z cudu eucharystycznego Lanciano we Włoszech. I mówiłem sobie: jakie to cudowne, że kawałek chleba stał się Ciałem i Krwią, że od IX w. po dziś dzień istnieje. Myślałem: jak fascynującą rzeczą byłoby uczestniczyć w badaniach tego cudu, jak wielką sprawą byłaby możliwość opowiedzenia tej historii, że jest prawdziwa. I zostało mi to dane. Właśnie teraz to robię.



Mam przywilej i możliwość, które podejmuję również w poczuciu odpowiedzialności. Myślę o odpowiedzialności za głoszenie prawdy o tym, co widzieliśmy, co badaliśmy. Chcę też pomóc przedstawić to Kościołowi w taki sposób, aby miało to znaczenie i by można było z tego korzystać.
Takich historii jest wiele. Zrobiliśmy film dokumentalny o Eucharystii w znacznej mierze oparty na tych naukowych odkryciach dotyczących wydarzenia z Argentyny. Chodzi nam o to, aby przedstawić zwłaszcza tym katolikom, których wiara osłabła, naukę Kościoła o Eucharystii. Prezentowaliśmy ten film w kilku miastach Australii. Towarzyszył mi przy tym człowiek, który przez lata był prawdopodobnie najważniejszym australijskim dziennikarzem: Mike Willesee. On się nawrócił, pracując nad jedną z tych historii. Kiedyś prezentowaliśmy ten film o Eucharystii w Adelajdzie dla około dwutysięcznej publiczności. Jak zwykle, zapytaliśmy po projekcji, czy ktoś ma jakieś pytania. Podniósł się pewien człowiek. Był bardzo poruszony, mówił z wyraźnym wzruszeniem: „Jestem niewidomy. Wiedziałem, że ten film to coś wyjątkowego. I modliłem się: Jezu, proszę, pozwól mi ten film zobaczyć”. I kiedy skończył tę modlitwę – jak mówił – odzyskał wzrok. Był w stanie widzieć ten film od pierwszej sceny do końcowych napisów. Potem znów stracił wzrok. Dodał, że to doświadczenie było tak mocne, że nie wie, co byłoby dla niego lepsze: to, że odzyskał wzrok na te 30 minut, czy też odzyskanie wzroku na zawsze. Dla mnie było to wyjątkowo ciekawe zdarzenie. Ten niewidomy był w stanie opowiedzieć, co w filmie widział. Mówił o jednej konkretnej scenie, która szczególnie zapadła mu w serce. Chciałbym dodać, że kiedy realizowaliśmy ten film, nakręciliśmy dużo różnego materiału: np. ludzi przyjmujących Komunię czy młodzież odpowiednio ubraną i przystępującą do Komunii z godnością.




Kiedy filmowaliśmy dzieci, była wśród nich jedna dziewczynka. Pamiętam, że ostrość kadru była doskonała, światło idealne, wyraz twarzy świetny. Uchwyciłem moment, kiedy przyjmowała Komunię na język. To było piękne ujęcie i pomyślałem, że w filmie będzie ważne. I ze wszystkich ludzi, którzy film widzieli, a było ich tysiące, tylko ten ślepy człowiek zwrócił uwagę na wyjątkowość tej sceny. Dla mnie to ewidentny dowód, że on ten film widział.
Wydaje mi się, że jeżeli dzieje się cud, to następne pytanie powinno być: dlaczego? Jeżeli jest to znak od Boga, jeżeli Bóg pozwala hostii krwawić i objawia, że jest to mięsień serca, to musi być jakiś powód. Bóg nie robi rzeczy bez powodu. Jeżeli to jest od Boga, to ma być pomocą dla naszej wiary. Ja już z doświadczenia wiem, że wielu ludzi wróciło do Boga po zetknięciu się z tymi historiami. I tak sobie to tłumaczę, że Bóg je nam daje, aby umocnić naszą wiarę. Nie sądzę, że powinniśmy się ich wstydzić, jeżeli są prawdziwe.





Niektórzy ludzie mają bardzo mocną wiarę i ich nie potrzebują. Ale jest wielu innych, jak chociażby ja sam, który potrzebuję zachęty, dodania odwagi. Dopiero poprzez te poszukiwania i analizowanie tych historii dokonała się we mnie wewnętrzna przemiana w rozumieniu Eucharystii.
Wydaje się, że ludzie są zawstydzeni taką koncepcją cudów, ale przecież w Kościele jest wielu świętych, których heroiczności Kościół dochodził w procesach kanonizacyjnych, pytając o działanie Boga w ich życiu. Cuda nie są wierze katolickiej obce. Nie powinniśmy się więc dziwić, że się dzieją. Ciekawe, że wielu z nas chce wiedzieć, że takie rzeczy są możliwe. A jeżeli są możliwe – to daje nam to zupełnie inną perspektywę życia, niż ta odczytywana z gazet, według których właściwie Boga nie ma. W swej pracy odkryłem, że ludzie są głodni Boga. Potrzebują czegoś, co pozwoli im wyjść ponad negatywizm naszego świata głoszącego, że Bóg nie istnieje, nie działa, nie odpowiada. Gdy rozmawiałem z ludźmi w czasie tych poszukiwań, zauważyłem, że nie wstydzą się mówić, ile radości daje im fakt, że Bóg odpowiada na modlitwy.




Choćby przypadek tego niewidomego, który prosił Boga, aby pozwolił mu ten film zobaczyć i rzeczywiście go widział – dla mnie to ma ogromne znaczenie. Bóg musiał tam być, skoro go wysłuchał. Ślepy nie modlił się niczym dziad do obrazu. Prosił Boga i cud się stał. Bóg odpowiedział.
Ja nie wyszukuję cudów. Jednak kiedy one się zdarzają i Kościół je uznaje, to mamy prawo o nich mówić. Wydaje mi się, że Bogu to się podoba. W książce piszę więc o tym współczesnym przypadku. Sądzę, że jest to historia ważna, dzięki której wiara ludzi się umocni. To nie jest tak, że gonię za cudami. Ale kiedy się dzieją i jestem w nie w jakiś sposób włączony, to mam obowiązek o nich mówić. Wysłuchał i spisał Józef Polak SJ


(zdjęcia - zasoby Internetu)

10.6.09

Kobieta o pięknym głosie i nazwisku

Dziś miałaby 59 lat. Nazywała się Szmeterling. Z niemiecka to "motyl" - w fonetycznym zapisie po polsku oczywiście. Pięknie, zwiewnie, ulotnie, prawda? Dziś jednak mało kto ją zna pod tym właśnie nazwiskiem.
Anna Jantar (ciekawa rzecz zresztą, że pochodziła z mojej ukochanej Wielkopolski).

Któż, będąc choć raz na polskim weselu, tego nie słyszał?



Przetańczyć z tobą chcę całą noc I nie opuszczę cię już na krok Czekam jak we śnie, abyś ty objął mnie Więc teraz już wszystko wiesz Przetańczyć z tobą chcę całą noc Niech na nas gapią się, no i co? Już każdy wie, że ty kochasz mnie Więc wszystkim na złość przetańczmy tę noc Bo życie tak krótkie jest Ja za tę noc chętnie oddam pięć najpiękniejszych lat Nie liczy dni kto szczęście swe śnił Stąd taki gest dzisiaj mam Przetańczyć z tobą chcę całą noc Wirować jak twój cień cały rok Niech inni idą spać, a my tak razem w takt Wraz z nocą odchodzimy w świat Ja za tę noc chętnie oddam pięć najpiękniejszych lat Nie liczy dni kto szczęście swe śnił Stąd taki gest dzisiaj mam Przetańczyć z tobą chcę całą noc I nie opuszczę cię już na krok Czekam jak we śnie, abyś ty objął mnie Więc tak jak chce los, przetańczmy tę noc Bo życie tak krótkie jest



Piosenki jej takie niedokończone, ulotne, na jakąś głębię otwierające, choć tak popularne, wpadające w ucho - jak mówił jej brat.




Nasz zalatany świat z siedemdziesiątych lat niewiele czasu sam dla siebie ma. A po zamknięciu bram po dyskotekach gra. Bo młody rytm, beat, nie beat, porywa go. Skąd on to zna? Co wieczór to przynosi z dnia. Staruszek świat nie wygląda na tyle lat Staruszek świat jeszcze w klapie by nosił kwiat. Staruszek świat lubi wspomnieć niemodny czas, choć spieszno mu, choć mu pilno do gwiazd. Nasz zwariowany świat z siedemdziesiątych lat zatańczy walca raz na jakiś czas. l pójdzie z rąk do rak za neonowy krąg. I raz, dwa, trzy, raz, dwa. trzy, pomiesza dni, pomyli sny. Staruszek świat nie taki zły. Staruszek świat nie wygląda na tyle lat Staruszek świat jeszcze w klapie by nosił kwiat. Staruszek świat, z nim na dobre i z nim na złe, z nim za pan brat, z nim na noce i dnie

Tylko ciebie mam to miło że tak jest ktoś nie mógł być już sam do swego celu biegł. Nie rozstaniemy się to najpiękniejsza z prawd więc uwierz sercu gdy ci daje znak Jeszcze raz pozwolił los dwojgu ludziom spotkać się łaskawy los to prawo dał. Znaleźć się, zrozumieć się, miał sto innych dla nas szans lecz dał największą, ufał nam łaskawy los, szczęśliwy los szczęśliwy los Lubię dłonie twe i uśmiech, i twój wzrok, i co czujesz wiem, i tak mnie wzrusza to. Jest tyle ciepła w nas i dobre chwile są a serca nasze powtarzają wciąż: Jeszcze raz pozwolił los dwojgu ludziom spotkać się łaskawy los to prawo dał. Znaleźć się, zrozumieć się, miał sto innych dla nas szans lecz dał największą, ufał nam łaskawy los, szczęśliwy los szczęśliwy los



I moja ulubiona...




Dzień - wspomnienie lata Dzień - słoneczne ćmy Nagle w tłumie w samym środku miasta Ty po prostu ty Dzień - godzina zwierzeń Dzień - przy twarzy twarz Szuka pamięć poplątanych ścieżek Lecz czy znajdzie nas Tyle słońca w całym mieście Nie widziałeś tego jeszcze Popatrz o popatrz! Szerokimi ulicami Niosą szczęście zakochani Popatrz o popatrz! Wiatr porywa ich spojrzenia Biegnie światłem w smugę cienia Popatrz o popatrz! Łączy serca wiąże dłonie Może nam zawróci w głowie też Dzień - powrotna podróż Dzień - podanie rąk Ale niebo całe jeszcze w ogniu Chcę zatrzymać wzrok Tyle słońca w całym mieście Nie widziałeś tego jeszcze Popatrz o popatrz! Szerokimi ulicami Niosą szczęście zakochani Popatrz o popatrz! Wiatr porywa ich spojrzenia Biegnie światłem w smugę cienia Popatrz o popatrz! Łączy serca wiąże dłonie Może nam zawróci w głowie też
I tak sobie myślę - gdzież dziś spotkać o lecie taki tekst u młodej piosenkarki - piękny, radosny, bez podtekstów o negliżu czy chwilowej miłości na jedna noc...Rzadkość to, rzadkość dziś. Jak było wtedy, nie wiem, bo mnie na świecie jeszcze nie było.

Dlaczego dziś w blogu o niej akurat? Rocznica jej urodzin, wiadomo. Ale dlaczego w blogu o takiej tematyce - refleksyjnej przecież - ta postać?
Otóż kilka miesięcy temu czytałam tekst o Annie Jantar taki, który pokazał mi ją w świetle zupełnie dla mnie nowym. Nigdy bym nie pomyślała, że ta gwiazda lat 70 miała takie podejście do życia!
Jakie?


Teraz jest w świecie, co wiecznie trwa

Z ks. prof. Andrzejem Witko – autorem książki pt. „Anna Jantar” – rozmawia Lidia Dudkiewicz


Mija kolejna rocznica tragicznej śmierci Anny Jantar, która zginęła 14 marca 1980 r. w katastrofie lotniczej, gdy miała zaledwie 29 lat i była u szczytu sławy jako wybitna polska wokalistka. Odeszła nagle, ściskając różaniec w dłoni. Nie mogła spotkać się przed śmiercią z księdzem, ale kapłan doprowadził do niezwykłego spotkania z nią po latach. Napisał wyjątkową książkę, będącą pośmiertnym wywiadem rzeką z Anną Jantar. I sprawił, że czas jakby się zatrzymał. W czym tkwi sekret nieprzerwanej popularności Anny Jantar, chociaż upłynęło już prawie 30 lat od jej przejścia na drugą stronę życia? Jakim była człowiekiem? Na te pytania próbuje odpowiedzieć ks. prof. Andrzej Witko na kartach książki pt. „Anna Jantar”, będącej zapisem niezwykłej rozmowy niezwykłych ludzi.

Lidia Dudkiewicz: – „Twoich śladów szukam wciąż” – to wyznanie Natalii Kukulskiej, wyśpiewane w piosence, którą napisała dla swojej Mamy – śp. Anny Jantar. I oto ks. prof. Andrzej Witko – po upływie ponad ćwierćwiecza od tragicznej śmierci tej wybitnej Wokalistki lat siedemdziesiątych XX wieku – wydaje niezwykłą książkę, będącą zapisem pośmiertnej rozmowy z Anną Jantar. To z pewnością wyjątkowy dar, przede wszystkim dla jej ukochanej córki Natalii, męża Jarosława Kukulskiego, matki Haliny Szmeterling, brata Romana i całej rodziny oraz przyjaciół, ale również dla nas – możemy bowiem znaleźć się blisko tej wyjątkowej Artystki.
Księże Andrzeju, w jakich okolicznościach zrodził się pomysł na książkę „Anna Jantar”, która niedawno ukazała się w krakowskim Wydawnictwie PETRUS? Kiedy powstała myśl o napisaniu tej książki?

Ks. prof. Andrzej Witko: – Książka zawdzięcza swe powstanie maleńkiej Anuli, wnuczce Anny Jantar. 15 sierpnia 2005 r. – w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, w dniu, w którym ochrzciłem to Maleństwo, szczęśliwa mama – Natalia Kukulska poprosiła mnie nieśmiało, czy nie zechciałbym napisać czegoś o Ani Jantar na stronę internetową. Ułożyłem wówczas zaledwie kilka słów: „Z perspektywy lat wciąż wyraźnie widać, ile Ania miała w sobie dobra, piękna, ciepła i jakiegoś metafizycznego smutku przemijania. Jej przedwczesne odejście paradoksalnie przyczyniło się do Jej unieśmiertelnienia, sprawiając, że pozostała z nami właśnie taka, jaka była – młoda i pełna uroku, serdeczna i przyjacielska. Jej głos z pewnością spodobał się Stwórcy, który nie mógł się doczekać, by rozbrzmiewał w rzeczywistości, co wiecznie trwa”. Słowa te spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem i wielu ludziom pomogły zrozumieć tajemnicę śmierci Ani. Ugruntowało mnie to w przekonaniu, że jesteśmy winni pielęgnowania jej pamięci i utrwalenia jej śladów.

– Jak wyglądała praca nad książką? Jako wyjątkowy jej zwiastun możemy pewnie dzisiaj potraktować festiwal „Pejzaż bez Ciebie”, który miał miejsce w Bydgoszczy w 2007 r. Jego koncert galowy bowiem był dedykowany pamięci Anny Jantar. Ksiądz nie tylko przygotował scenariusz, ale osobiście wystąpił w tym koncercie, dając głębokie świadectwo o życiu duchowym Anny Jantar, a w „teatrze cieni” mogliśmy wtedy usłyszeć różne jej wypowiedzi. Konwencja książki jest bardzo podobna do tego koncertu...

– Publikacja ta nie stanowi klasycznej biografii, lecz jest zapisem niezwykłego dialogu z Anią, bazującego na jej autentycznych wypowiedziach z prasy, radia, telewizji, a nawet na osobistej korespondencji. Przedstawia jednak dokładne dzieje życia Artystki, zrekonstruowane na podstawie licznych rozmów z jej najbliższymi, zwłaszcza Mamą, Mężem, przyjaciółmi, kolegami z branży. Prezentuje również bogaty materiał ilustracyjny, ukazujący Anię jako wokalistkę i zwykłego człowieka, córkę i matkę, przeżywającą szare chwile codzienności i celebrującą różne uroczystości, jak Pierwsza Komunia św. czy ślub kościelny.


– Jarosław Kukulski powiedział o Annie Jantar, że „była samą muzyką”. Inny świadek jej życia uważa, że urodziła się po to, aby śpiewać. A my – m.in. dzięki materiałom zgromadzonym przez Księdza – możemy powiedzieć, że umiała nie tylko pięknie śpiewać, ale i pięknie żyć. Jakim człowiekiem była Anna Jantar? Dlaczego jest nam tak bliska i nadal chętnie słuchamy jej piosenek, chociaż tak dawno odeszła?

– W jednym ze swoich ostatnich wywiadów, udzielonym tuż przed niefortunnym powrotem do domu, Ania powiedziała z przekonaniem: „Pragnę, aby zdobiło mnie przede wszystkim moje serce, które stoi otworem dla wszystkich ludzi”. I to właśnie z jej wnętrza wypływała wielka miłość, zarówno do Boga, jak i do ludzi, tych najbliższych, najukochańszych, ale także milionowej rzeszy wielbicieli, którzy w każdej piosence z łatwością odnajdowali mowę jej serca.

– Natalia Kukulska niedawno w wywiadzie dla „Niedzieli” wyznała: „Gdy dowiedziałam się o pomyśle książki w formie wywiadu z Mamą, przeszedł mnie dreszcz. Z drugiej strony potraktowałam to jako prezent dla mnie. To moje intymne z Nią spotkanie”. Księże Andrzeju – obok rodziny Anny Jantar – my również pragniemy wyrazić wdzięczność przede wszystkim za odkrycie pięknego wnętrza tej wyjątkowej gwiazdy polskiej piosenki i ukazanie tylu nieznanych nam śladów jej krótkiego ziemskiego życia.

Rozmowa z Anną Jantar*


Aniu, jaki był najszczęśliwszy dzień w Twoim życiu?

– Dzień, w którym zostałam mamą!

– Jak postrzegasz macierzyństwo?

– Macierzyństwo to coś niesamowitego. Nie masz pojęcia, jak wspaniale jest urodzić dziecko, to jakiś cud zmieniający wszystko, ale to coś małego i bardzo żywego, wrzeszczącego jest nierozerwalnie moje, najukochańsze, najważniejsze...

– Pamiętasz, co zapisałaś w swej agendzie pod dniem 3 marca 1976 r.?

– Pamiętam dokładnie: „Godz. 21.30. Urodziła nam się córeczka. Jest cudna. Jestem najszczęśliwsza na świecie”. Urodziłam córkę – małego człowieczka. Będzie miała swoje potrzeby, swoje pomysły na życie, a ja będę chciała ją chronić od wszystkich zasadzek, jakie przyniesie jej życie. Już teraz się o nią boję i zarazem cieszę, bo będę zawsze przy niej.

– Wiem, że w czasie swoich tournée rozkładałaś w hotelowych pokojach na poduszce sukieneczki Natalki, wyobrażając sobie, że zasypiasz przy córeczce.

– Tęsknię za nią podczas wyjazdów, ona także coraz bardziej odczuwa moją nieobecność. Chciałabym z nią być częściej, ona również ze mną. Bardzo za mną tęskni i cierpimy obie.

– Co chciałabyś dziś powiedzieć swej córce Natalii?

– Córeńko moja najukochańsza... Wszyscy cieszyliśmy się bardzo Twoim przyjściem na świat. Jestem pewna, że co najmniej tak samo jak wtedy, gdy taka śliczna malutka kruszynka imieniem Natalia znalazła się już na zawsze z nami, będziemy cieszyć się Tobą przez całe życie. Niestety, nie zdążę przyjechać na Twoje święto do domku, ale na pewno serce moje będzie w tym dniu razem z Twoim serduszkiem. Ponieważ ja kocham Ciebie na całym świecie najbardziej, więc właśnie Tobie składam najpiękniejsze życzenia, żebyś urosła nam duża, wspaniała, żebyś zawsze była zdrowa, piękna i taka kochana jak teraz. Całuję Cię w Twój śliczny pyszczek i niedługo wrócę do Ciebie. Bardzo za Tobą tęsknię. Wysyłam Ci ślicznego kotka na karteczce. Nazwij go Puszek, patrz na niego czasami, a ile razy spojrzysz – myśl o mamusi. Ja już niedługo wrócę – zobaczysz jak to prędko będzie. Bądź grzeczna i nie gniewaj babci. Całuję Cię bez końca w Twój najpiękniejszy na świecie buziaczek. Mama. Pa, córeczko!

* Fragmenty autentycznych wywiadów z Artystką pochodzą z książki pt. „Anna Jantar”, autorstwa ks. prof. Andrzeja Witko, która ukazała się w krakowskim Wydawnictwie PETRUS.


Teksty cytowane oraz zdjęcia - stąd