...bo życie składa się z codzienności. Chwil ulotnych, kruchych, przemilczanych, które od Słowa wyszły i czasem warto, by stały się...słowem. Słowami raczej, bo Słowo - jest Jedno.
Tak trudno myśli zebrać czasem. Tak wykluwa się wpis jakiś - tchnąc modlitwą, myślą, refleksją, życiem i ulatuje - zostawiając jakieś przeczucie, jakiś cień, jakąś nić tęsknoty za tym, by jeszcze raz nazwać nienazwane, jakoś spróbować je ogarnąć i uczynić swoim.
"Słowa ulatują, pismo pozostaje"
A może dlatego tak trudno to zwerbalizować, że dotyczy rzeczywistości głębokiej, fundamentalnej, a zarazem takiej, od której człowiek najchętniej by chciał uciec, a jeśli nawet by nie chciał, to i tak mimo woli ucieka. Bo to rzeczywistość taka, co przerasta pojmowanie, siły, nawet najśmielszy zapał, słowem- przerasta całego człowieka. Dosłownie. Kiedy przed laty byłam jeszcze walczącą prawie ateistką - prawie, bo - jak się potem okazało - w gruncie rzeczy sobie ten ateizm wmawiałam- nie pamiętam, co myślałam o chrześcijaństwie poza tym, że sobie bez niego w życiu świetnie poradzę. Już nie wiem, czy uznawałam je za religię łatwą, czy nie. Nie zastanawiałam się nad tym. Pamiętam jednak do dziś zdanie kilku ateistów- że religia jest łatwa, uśmierza ból, tłumaczy śmierć, której się boimy itd. Że służy ułatwieniu życia. Pamiętam, gdy już po świadomym wyborze chrześcijaństwa i nawróceniu znajdowałam się nieraz w konfrontacji z tymi ateistami. Już wtedy przekonałam się o tym, czego doświadczam na co dzień i co pewnie będzie moim udziałem do końca życia. Że chrześcijaństwo naprawdę wymaga niezłomności i mimo strachu nieprzejmowania się, co o nas myślą, a już na pewno poddania się Duchowi Świętemu, który daje odwagę. Otwarcia się na Niego.
Ale jest coś jeszcze. Można być konsekwentnym, po ludzku upadając, rzecz jasna, można uznać w wielu modlitwach Jezusa za Pana i wciąż to ponawiać, aż przychodzi taki moment...
Jezus mówi: "Jesteś szczęśliwy, gdy masz wszystkiego dość! Jesteś szczęśliwy, gdy płaczesz! Jesteś szczęśliwy, gdy cię niesprawiedliwie traktują!" (Mt 5,1-11)
Jakoś brzmi to na nowo, głębiej w tym nowym tłumaczeniu paulistów. "Błogosławiony" - to jakiś taki odległy - na zasadzie: dostaniesz nagrodę gdzieś tam, kiedyś tam. "Szczęśliwy!" No cóż On wygaduje! Toż to bez mała brzmi jak absurd kompletny, by nie rzec - drwina! I w to uwierzyć?! Całe życie poddać Temu, kto to wypowiedział? To coś więcej niż mieć odwagę mówić, że homoseksualizm to choroba, że aborcja i eutanazja to zabójstwo. To pozwolić wywrócić sobie serce kompletnie na drugą stronę. Pozwolić kierować Mu swoim życiem tak, żeby nie złościć się na każde upokorzenie, to naprawdę wierzyć, że szczęśliwi są ci, których On takimi nazwał. Pozwolić w każdym aspekcie życia kierować nim Komuś, Kto tak nieprawdopodobne rzeczy mówi...
No właśnie, nieprawdopodobne. Nie-prawdo-podobne. Niepodobne do prawdy z pozoru kompletnie.
Gdy przychodzi taki moment refleksji, zastanawiać się zaczynam, ile chrześcijaństwa jest we mnie tak naprawdę. Gdy myślę o tym chrześcijaństwie, przyznam szczerze, mam ciarki na plecach...
To Przyjaciel. Ciągle wracasz pamięcią do tego poranka zimą. Tyle lat już wierzyłeś, wiedziałeś na pewno, a jednak nie możesz wyjść z podziwu.
Pochylony nad lampą, w snopie światła wysoko związanym, nie podnosząc swej twarzy, bo po co - - i już nie wiesz, czy tam, tam daleko widziany, czy tu w głębi zamkniętych oczu -
Jest tam. A tutaj nie ma nic prócz drżenia, oprócz słów odszukanych z nicości - ach, zostaje ci jeszcze cząstka tego zdziwienia, które będzie całą treścią wieczności.
Karol Wojtyła - Wybrzeża pełne ciszy (Pieśń o Bogu ukrytym)
Wróciłam. Wróciłam z krainy mojej ulubionej, gdzie wyjeżdżam co miesiąc właściwie, by upajać się ciszą, naturą, normalnością po prostu. By chłonąć miejsce, gdzie nie można przyjść za wcześnie ani się spóźnić - bo tam się godzin nie liczy. Naprawdę.
To miejsce na końcu świata, mała wieś ze starą chałupą, ze studnią, gdzie czasem jeszcze można spotkać nawet chłopa orzącego pługiem przy pomocy konia. Gdzie bociany na własnym naszym najwłaśniejszym podwórku, gdzie wieczorem trochę strach wyjść, czy dzik zza krzaka z lasu tuż za płotem nie wyskoczy. Wróciłam z miejsca, którego opisać nie potrafię. Na tym wyjeździe lubiłam przesiadywać na dużym, wkopanym od blisko stu lat w ziemię pod progiem - ogromnym kamieniu. Z przyczyn praktycznych - tam najcieplej. Od zroszonej trawy bił chłód mimo słońca, za to kamień już nagrzany. No i wyszłam tak któregoś ranka. I uświadomiłam sobie coś, co czuję od zawsze w tym miejscu na ziemi, choć tego nazwać nie umiałam. Zdziwienie, zachwyt - nie, jakąś mieszaninę tego wszystkiego. Poczucie bycia na miejscu, a w tym poczuciu odnalezienia swojego miejsca na ziemi - poczucie niedosytu zarazem. Jestem u siebie. Ale tak bardzo u siebie, że... pragnę być jeszcze bardziej. I nie chodzi tu o posiadanie. O bycie po prostu.
I nagle jakimś mglistym przeczuciem dotarło do mnie, że to jest właśnie "cząstka zdziwienia, które będzie całą treścią wieczności" - że ta błogość jest niedosytem, bo odsyła do błogości innej. I tak zupełnie spontanicznie zaczęłam się zastanawiać, wyobrażać sobie: Oto Jezus wychodzi przed swój wykuty w skale w Nazarecie dom. Chłonie zapach piasku, gajów oliwnych, meczenie owiec w oddali. Czuje zachwyt. Ale... czy tęskni? Czy przeczuwa niejasno treść tego wiecznego zdziwienia? Czy jako człowiek pamięta tę wieczność, z której jako Syn Ojca wyszedł? Jeśli tak, to jakiż to ból dla Jego serca. Tęsknota.
A może nie pamięta? Może i tu Jego Bóstwo skryło się przed Nim samym, że tylko tęskni, jako człowiek krainy Ojca nie pamiętając? O ile bardziej tęskni od nas? Jak bardzo czuje się tu zadomowionym na tej pięknej skądinąd ziemi? Jak bardzo się czuje wygnańcem?
Zdjęcia tutaj z zasobów internetu - kogo interesują nasze zdjęcia własne - zapraszam TUTAJ (strona co jakiś czas uzupełniana o nowe)
Nie będzie mnie dni kilka, bo pojechałam przyrody się nałykać, nawdychać, naprzeżywać, trochę z dala od cywilizacji i bez dostępu do Internetu. Ale wrócę, wrócę.
Dziś tak niereligijnie zupełnie, ale refleksyjnie za to. Bo i czas refleksyjny taki, i przypomnienia wart. Zresztą, i tak to z religią w jakiś tam sposób powiązane... W końcu gdyby nie papieska pielgrzymka w roku 1979, lawina wydarzeń w Polsce i nie tylko w Polsce prawdopodobnie by nie ruszyła nigdy. Tak przynajmniej, jak podają sondaże, twierdzi ponad 70 procent Polaków, w tym historycy. Coś w tym jest... A o czym mówię? O jakiej dacie? O jakiej lawinie? Dlaczego 4 czerwca?
Młodsi czytelnicy pewnie nieprzeżyli jeszcze takiej radości jak ci z nas, którzy pamiętają 4 czerwca 1989 roku. Po 45 latach rządów marionetek, trzymających się władzy dzięki sowieckim czołgom, komunizm na naszych oczach zdychał.Wybory przeprowadzone tego dnia były tylko częściowo wolne. Komuniści zagwarantowali sobie aż 65 procent miejsc w Sejmie. To był przełom, bo do tej pory obsadzali sto procent miejsc. Jeśli ktoś chciał być w Polsce opozycjonistą, to zamiast w ławach sejmowych mógł sobie posiedzieć co najwyżej w więzieniu. Wielki Brat ze Wschodu przed 20 laty właśnie jednak osłabł. A wtedy przestraszeni polscy komuniści też zmiękli i postanowili dogadać się z polskim społeczeństwem. W czasie obrad Okrągłego Stołu zgodzili się, żeby na pozostałe 35 procent krzeseł do Sejmu oraz na wszystkie fotele do Senatu Polacy wybrali sobie, kogo chcą.
foto www.ekai.pl
Partia: łatwo wygramy Ruszył więc festiwal wolności. Dotąd za rozprowadzanie opozycyjnych pism groziły 3 lata więzienia, teraz można je było sprzedawać i czytać legalnie. Z każdego słupa, przystanku, muru patrzyli na przechodniów kandydaci opozycji, sfotografowani z Lechem. Bo właśnie Wałęsa był symbolem i legendą opozycji. W telewizji, w której dotąd nawet samo słowo „Solidarność” było zakazane, nagle pojawiły się całe programy wyborcze Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Ludzie wytrzeszczali oczy na ekrany swoich czarno-białych telewizorów, na których Jacek Fedorowicz najspokojniej w świecie pokazywał, jak z góry na dół skreślać nazwiska komunistycznych kandydatów.
Komunizm to system, który nie potrafi istnieć bez kłamstwa. Dostęp do informacji, który Polacy nagle uzyskali w 1989 roku, dodatkowo usunął więc komunistom grunt spod nóg. Mimo to ważni działacze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej byli tak pewni swojej siły, że tego nie zauważyli. Choćby towarzysz Zygmunt Czarzasty, szef kampanii wyborczej PZPR. „Martwił się on, aby zwycięstwo PZPR nie było nazbyt przygniatające” – napisał o nim Jerzy Urban, wówczas rzecznik komunistycznego rządu. – „Zastanawiał się, co robić, by do parlamentu przyciągnąć trochę ludzi z »Solidarności«.
High Noon, 4 june 1989
Przedstawiał ścisłe, krzepiące serca, optymistyczne obliczenia. Wznosił swoje szczere, przezroczyste jakby oczy, ulokowane w gładkiej twarzy, i mówił: Towarzysze, jestem pewien, gwarantuję, mur beton, daję głowę. Zapewniał więc przed klęską pyszny nastrój w gmachu KC. Był niczym owa orkiestra grająca do ostatka na »Titaniku«. Już wszyscy czuli i widzieli, że woda nas zalewa, a on jeszcze wydawał pyszne dźwięki”. Czarzasty nie był jednak w swoich poglądach osamotniony. Wielu jego partyjnych towarzyszy też bało się, że „Solidarność” poniesie w wolnej części wyborów taką klęskę, że Zachód zacznie podejrzewać fałszerstwo wyborcze. A wtedy nici z kredytów, które komuniści chcieli zaciągnąć na Zachodzie na ratowanie przewracającej się gospodarki...
Przywódcy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” też jednak się pomylili. – Byłoby świetnie zdobyć ponad połowę miejsc w Senacie i dwie trzecie dostępnych dla nas miejsc w Sejmie – marzyli. Ordynacja wyborcza była strasznie skomplikowana. Oczywiście po to, żeby Polacy się pogubili i źle zagłosowali. Nasz kolega redakcyjny Andrzej Grajewski w „Gościu” z 21 maja 1989 roku napisał dla czytelników poradnik „Jak głosować?”: „Wyborca (w Katowicach) otrzyma 7 kartek z listą nazwisk, przy których nie będzie żadnej informacji co do ich przynależności organizacyjnej. (...)
www.fronda.pl
Z kartki wyborczej nie będzie można się dowiedzieć, kto reprezentuje Komitet Obywatelski »Solidarność«, a kto PZPR. Te nazwiska trzeba po prostu znać. Można wziąć ze sobą do lokalu wyborczego ulotkę z wydrukowanymi nazwiskami kandydatów opozycji albo »Gościa Niedzielnego« z tymi nazwiskami, a następnie ustalić, na jakiej karcie wyborczej figurują. Aby zostali oni wybrani, trzeba skreślić wszystkich innych kandydatów” – napisał. Wolne wybory dotyczyły tylko jednej wyborczej kartki do Sejmu. Na pozostałych pięciu lub sześciu listach figurowali wyłącznie ludzie władzy. Już na starcie komuniści i ich sojusznicy zagwarantowali więc sobie aż 299 miejsc w Sejmie. Wolna wyborcza gra toczyła się więc tylko o pozostałe 161 miejsc. No i o Senat.
www.fronda.pl
Kiełbaski Stokłosy Nadeszła wreszcie niedziela 4 czerwca. Ludzie ruszyli do urn. Ktoś zapamiętał starszą panią, która płakała w warszawskim lokalu wyborczym. Zapomniała okularów i zamiast na kandydata „Solidarności” Władysława Findeisena, rektora politechniki, zagłosowała na komunistę Władysława Ferensztajna. Pomysł komunistów, żeby przy nazwiskach kandydatów zabrakło informacji o przynależności do „Solidarności” lub do partii, wydawał się przynosić efekty. Mimo to okazało się, że już w pierwszej turze „Solidarność” zdobyła... 160 ze 161 mandatów, które były do wzięcia w Sejmie. Ostatni mandat też zresztą przypadł „Solidarności”, ale już w drugiej turze 18 czerwca. Zdobył go Andrzej Wybrański z okręgu Inowrocław.
W wyborach do Senatu, które były całkiem wolne, Komitet Obywatelski „Solidarność” zdobył 99 na 100 mandatów. Aby upokorzenie komunistów było pełne, ostatni ze stu foteli w Senacie też nie przypadł im. Zdobył go niezależny, choć związany z komunistami, kandydat Henryk Stokłosa z województwa pilskiego. Satyrycy żartowali z komunistów, że obrady Senatu to „spotkanie Komitetu Obywatelskiego »Solidarność« z niezależnym senatorem Stokłosą”. Stokłosa, bardzo bogaty przedsiębiorca, jako jedyny w całej Polsce pokonał w tych wyborach kandydata Komitetu Obywatelskiego. Kupił poparcie większości wyborców, częstując ich kiełbaskami na wyborczych festynach. Później wygrywał wybory do Senatu jeszcze czterokrotnie. Przed dwoma laty trafił jednak do aresztu w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstw korupcyjnych.
www.fronda.pl
Zdziwieni zwycięzcy 35 czołowych polityków obozu władzy miało w tych wyborach miejsce na liście krajowej. Był wśród nich specjalista od tajnych służb Czesław Kiszczak. Komuniści liczyli, że wyborcy będą listę wrzucać do urn bez skreśleń. Tymczasem oni skreślali komunistów z góry na dół, jak im pokazał w telewizji Fedorowicz. 33 z nich przepadło. Do Sejmu z listy krajowej weszło tylko dwóch polityków: seksuolog i późniejszy marszałek Mikołaj Kozakiewicz z ZSL, ludowego sojusznika komunistów, oraz komunista Adam Zieliński. Wygrali raczej nie dlatego, żeby społeczeństwo kochało ich bardziej niż pozostałych 33 aparatczyków. Nazwisko Zielińskiego znajdowało się po prostu na samym dole listy. Część głosujących, którzy przekreślili listę krajową na krzyż, nie dociągnęło kreski do jego nazwiska... Z kolei nazwisko Kozakiewicza było na zgięciu w środku listy. Podobno komisje miały kłopot z określeniem, czy jest przekreślony, czy tylko „zgięty”.
fot. PAP
Wyborcy oczekiwali, że strona solidarnościowa po tym sukcesie pójdzie za ciosem. Zaskoczeni przywódcy Komitetu Obywatelskiego wystraszyli się jednak własnego sukcesu. Bali się, że władza, jak dziki zwierz przyparty do muru, unieważni wybory i znów użyje siły. „Na przekór naszym intencjom wygraliśmy wybory, które według ordynacji były nie do wygrania” – wspominał Jacek Kuroń, który prosił nawet kolegów z Wrocławia, żeby nie organizowali demonstracji z okazji zwycięstwa, by nie prowokować władzy. Komitet Obywatelski szybko zgodził się też, żeby 33 nieobsadzone miejsca po liście krajowej, rozdzielili między siebie komuniści w drugiej turze wyborów. Tak też się stało. Sukcesem było jednak, że te miejsca zajęli mniej znani komunistyczni politycy. Główni działacze PZPR i jej przybudówek ZSL i SD, dzięki katastrofie listy krajowej, znaleźli się poza parlamentem.
Czy w tamtych czasach można było przyciskać komunistów bardziej, ugrać więcej? Dziś wiadomo, że tak. „Ogromna część społeczeństwa, ludzi aktywnych politycznie, nie zdawała sobie sprawy ze stopnia gotowości do ustępstw ze strony Związku Sowieckiego. Komuniści o tym wiedzieli, my o tym nie wiedzieliśmy” – wspomina Marek Jurek w nowej książce „Dysydent w państwie POPiS”. Komuniści jeszcze próbowali Polakom grozić. – Nie ma co tak się cieszyć – mówił po wyborach w telewizji jeden z aparatczyków. – Zobaczcie, co się dzieje na Placu Tien An Men – powiedział z naciskiem. Chodziło o to, że właśnie w nocy 4 czerwca, kiedy w Polsce wschodziła wolność, na największym placu Pekinu czołgi komunistycznej armii chińskiej rozjechały domagających się wolności studentów.
Masakra na placu Tien An Men w Pekinie
Na prezydenta nowy parlament wybrał jeszcze generała Jaruzelskiego. Zastanawiające było, że kilku parlamentarzystów ze strony solidarnościowej wstrzymało się przy tym od głosu. Umożliwili w ten sposób wybór komunistycznego generała zaledwie jednym głosem.
Polska 1989, www.polskieradio.pl
Jednak już w sierpniu „Solidarność” przeciągnęła na swoją stronę dotychczasowych satelitów PZPR-u, czyli Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne. Powstał pierwszy niekomunistyczny rząd w sowieckim bloku, z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Komuniści zachowali w nim jednak resorty siłowe. Wielu komunistów poszło też „w biznes”, to znaczy uwłaszczyło się za grosze na państwowym majątku. Dzięki wielkim pieniądzom ludzie ci zachowali wpływy także w rodzącej się nowej Polsce. Jednak budzącej się wolności nie umieli już zatrzymać. W następnych miesiącach, pod wpływem wydarzeń w Polsce, komunizm zawalił się we wszystkich okolicznych państwach. Przemysław Kucharczak, artykuł z "Gość Niedzielny" 22/2009
I na koniec tak popularne, tak znaczące utwory - jedne z nielicznych patriotycznych, które lubię:
Jan Pietrzak, sięgający do samych głębin wieków, do trzewi naszej historii, rzec by można
Żeby Polska...
Z głębi dziejów, z krain mrocznych, Puszcz odwiecznych, pól i stepów, Nasz rodowód, nasz początek, Hen od Piasta, Kraka, Lecha. Długi łańcuch ludzkich istnień Połączonych myślą prostą. Żeby Polska, żeby Polska! Żeby Polska była Polską!
Wtedy, kiedy los nieznany Rozsypywał nas po kątach, Kiedy obce wiatry grały, Obce orły na proporcach- Przy ogniskach wybuchała Niezmożona nuta swojska. Żeby Polska, żeby Polska....
Zrzucał uczeń portret cara, Ksiądz Ściegienny wznosił modły, Opatrywał wóz Drzymała, Dumne wiersze pisał Norwid. I kto szablę mógł utrzymać Ten formował legion, wojsko. Żeby Polska, żeby Polska.....
Matki, żony w mrocznych izbach Wyszywały na sztandarach Hasło: "Honor i Ojczyzna" I ruszała w pole wiara. I ruszała wiara w pole Od Chicago do Tobolska. Żeby Polska, żeby Polska....
Rzecz ciekawa, utwór poniższy to piosenka napisana w 1978 roku przez Jacka Kaczmarskiego do melodii piosenki L'Estaca (Słup) katalońskiego pieśniarza Lluísa Llacha, inspirowana tekstem i osobą autora L'Estaca. [1]
Filip Łobodziński (wówczas student iberystyki) wspominał: "Podczas tego wieczornego spotkania słuchaliśmy płyty Lluisa Llacha. Jackowi Kaczmarskiemu ogromnie spodobała się piosenka pt."L'estaca" (Pal). Wkrótce sam napisał słowa do jej melodii" [2] Wersja Kaczmarskiego bardzo szybko się przyjęła i zaczęła rozbrzmiewać w środowisku opozycji. Kiedy latem 1980 roku narodziła się Solidarność, "Mury" stały się hymnem związkowców. Joanna Kozińska, dziś konsul w Barcelonie, a przed laty uczestniczka grudniowego spotkania mówi: "Mury były dla nas bardziej czytelną metaforą."
J. Kaczmarski: Słuchałem kiedyś płyty Katalończyka Lluisa Liacha, który to śpiewa, a 10 tysięcy ludzi powtarza refren. Tekst tam jest inny, o wyrywaniu pala, do którego są przywiązani ludzie, ale motyw jakby ten sam.[3]
Piosenka Llacha zyskała niezwykłą popularność w Katalonii, była śpiewana na koncertach i manifestacjach jako protest przeciwko dyktaturze Franco. Po tym, gdy jej wykonywanie zostało zakazane przez władze – na demonstracjach nucono samą melodię, co znalazło odzwierciedlenie w tekście Kaczmarskiego ("sama melodia bez słów niosła ze sobą starą treść"), niejako poświęconym w ten sposób Llachowi.
Tak, jak to często bywa z ważnymi pieśniami, "L'Estaca" wymknęła się z rąk Llacha i Kaczmarskiego, by żyć swoim własnym życiem. Śpiewano ją w okresie stanu wojennego. Nielegalna radiostacja Radio Solidarność rozpoczynała swe audycje fragmentem "Murów". Więzieni związkowcy zmienili jej zakończenie, aby brzmiało mniej pesymistycznie. Gorzka, paradoksalna wymowa ostatniej zwrotki bywała powszechnie pomijana przez odbiorców ("A mury rosły, łańcuch kołysał się u nóg"). Zastąpiono to słowami: "A mury runą, runą, runą/ I pogrzebią stary świat". (...)
Piosenka stała się hymnem Solidarności i symbolem walki z reżimem oraz roli poety ("śpiewał, że czas by runął mur... oni śpiewali wraz z nim"). Utwór cechuje bardzo żywiołowa melodia oraz pesymistyczne przesłanie – główny bohater (śpiewak-poeta) porywa ludzi piosenką zagrzewającą ich do walki – po czym traci ją na rzecz zaślepionego rewolucją tłumu.
"Mury" napisałem w 1978 r. jako utwór o nieufności do wszelkich ruchów masowych. Usłyszałem nagranie Luisa Llacha i śpiewający, wielotysięczny tłum i wyobraziłem sobie sytuację – jako egoista i człowiek, który ceni sobie indywidualizm w życiu – że ktoś tworzy coś bardzo pięknego, bo jest to przepiękna muzyka, przepiękna piosenka, a potem zostaje pozbawiony tego swojego dzieła bo ludzie to przechwytują. Dzieło po prostu przestaje być własnością artysty i o tym są "Mury". I ballada ta sama siebie wywróżyła, bo z nią się to samo stało. Stała się hymnem, pieśnią ludzi i przestała być moja.(...)
Piosenka była śpiewana podczas strajków w stoczni, zyskała ogromną popularność wśród internowanych w stanie wojennym. Refren piosenki został sygnałem dźwiękowym Radia "Solidarność".
Ostatnia zwrotka piosenki była wielokrotnie zagłuszana, zaklaskiwana podczas koncertów, a także zmieniana na bardziej optymistyczne przesłanie ("A murów nie ma, nie ma nie ma..."), mimo zdecydowanego sprzeciwu Kaczmarskiego wobec takich praktyk. (za Wikipedia.pl)
Tekst:
Mury
On natchniony i młody był ich nie policzyłby nikt On im dodawał pieśnią sil śpiewał że blisko już świt Świec tysiące palili mu znad głów unosił się dym Śpiewał że czas by runął mur oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat Zerwij kajdany połam bat A mury runą runą runą I pogrzebią stary świat!
Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów Niosła ze sobą starą treść dreszcze na wskroś serc i dusz Śpiewali wiec klaskali w rytm jak wystrzał poklask ich brzmiał I ciążył łańcuch zwlekał świt on wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom...
Aż zobaczyli ilu ich poczuli siłę i czas I z pieśnią że już blisko świt szli ulicami miast Zwalali pomniki i rwali bruk - Ten z nami! Ten przeciw nam! Kto sam ten nasz największy wróg! A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz Milczał wsłuchany w kroków huk A mury rosły rosły rosły Łańcuch kołysał się u nóg...
Patrzy na równy tłumów marsz Milczy wsłuchany w kroków huk A mury rosną rosną rosną Łańcuch kołysze się u nóg...
Są takie chwile, kiedy, jak ja to mówię, dostaje Biblią po głowie. Dziś dostałam Księgą Tobiasza.
O co chodzi? Ot czasem poraża mnie adekwatność pewnych fragmentów do mojego życia - sytuacji duchowej czy w ogóle życiowej właśnie. Tak było i dziś. Wstaję rano, a tu się okazuje, ze w liturgii Księga Tobiasza. Jedna z moich ulubionych, niezwykle pojemna, głęboka, wciąż mnie do siebie przyciągająca przez lata w rozmaitych swoich aspektach. Nie sposób tu opisać wszystkiego, bo wiele z tego, co mi ta Księga pokazuje, jest zbyt osobiste. Ale, jak to z Biblia bywa, nie ma nic osobistego, co nie przekładałoby się na pewne uniwersalności. No bo tez i Bóg jest jeden przecież. Zaskakująca jest ta księga, nie sposób jej przytoczyć tutaj, ale przeczytać warto całą.
Rembrandt van Rijn- Tobiasz
Dziś Tobiasz i Sara w liturgicznym fragmencie ukazują nam się jako jednocześnie się modlący, choć nie znający się zupełnie, co więcej, będący w dwu zupełnie różnych, odległych od siebie miejscach.
Tobiasz wydawszy westchnienie zaczął modlić się ze łzami, mówiąc: "Sprawiedliwy jesteś, Panie, i wszystkie Twoje sądy są sprawiedliwe, a wszystkie drogi Twoje są miłosierdziem, prawdą i sprawiedliwością. A teraz, Panie, Twoje kary są wielkie, ponieważ nie postępowaliśmy według Twoich przykazań i nie chodziliśmy szczerze przed Tobą. Teraz, Panie, uczyń ze mną według woli Twojej i rozkaż, aby duch mój był wzięty w pokoju; lepiej jest bowiem dla mnie umrzeć aniżeli żyć".
Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza
Przytrafiło się, że tego samego dnia w Rages, mieście Medów, Sara, córka Raguela, słuchała zniewag od jednej ze służebnic swego ojca. Była ona bowiem kolejno wydana za siedmiu mężów, a szatan imieniem Asmodeusz zabijał ich, skoro weszli do niej. Gdy więc ona zgromiła ową służebnicę za pewne przewinienie, ta odpowiadając rzekła: "Więcej nie zobaczymy z ciebie na ziemi syna ani córki, morderczynio mężów swoich. Czy i mnie chcesz zabić, jakeś zabiła siedmiu mężów?" Na to słowo Sara weszła do górnej izby w swoim domu i pozostawała przez trzy dni nie jedząc i nie pijąc. Pozostając na modlitwie, ze łzami błagała Boga, aby ją od tej zniewagi uwolnił. Obydwie modlitwy były wysłuchane w jednym czasie przed chwałą Boga Najwyższego. I został wysłany anioł Pana, święty Rafał, aby uzdrowić Tobiasza i Sarę, których modlitwy zostały w jednym czasie przedłożone przed oczami Pańskimi.(Tb 3,1-11.24-35)
Archanioł Rafał
Ciekawe to zdarzenie - z tą modlitwą. Po niej oboje schodzą - jedno z podwórza, drugie z górnej izby(o czym czytamy w księdze dalej). Wracają do swoich domów, miejsca pracy i krzątaniny, do swoich spraw, wszystko zostawiając Panu. O co się modlili? O śmierć. I o święty spokój. Ciekawe, że Tobiasz nie modli się o uzdrowienie ze ślepoty, którą został dotknięty jego ojciec. Boi się, nie wierzy? Nie ma odwagi? wstydzi się Boga? Trudno powiedzieć. Wylewa przed nim swój żal, "wywala" mu wszystko, jak ja to mówię. I bardzo ważna rzecz - nie obwinia Go. Ma dość oszczerstw, prześladowań z powodu tego, że jest wierny prawu, ma dość sprzeciwiania się władz temu, ze chowa umarłych zamiast pozwolić na zhańbienie ich zwłok. To dlatego chce umrzeć. Sara też ma dość bycia obwinianą za to, że mordowała rzekomo swoich mężów. Była niewinna. Prosiła, by Bóg ją od obelg uwolnił. Co Bóg na taką modlitwę odpowiada?
Ja jestem Rafał, jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański" (Tb 12,15). Aż ciarki przechodzą. Ci archaniołowie to jednak potężni są.
Odnosi się do czegoś zupełnie innego niż treść tej modlitwy właśnie. Tobiasz, ojciec naszego bohatera, słyszy od archanioła Rafała: Rafał rzekł do niego: «Niech cię spotka wiele radości!» Odpowiadając na to Tobiasz powiedział do niego: «Z czego mam się radować? Jestem człowiekiem pozbawionym wzroku i nie widzę światła nieba, ale siedzę w ciemnościach, jak umarli, którzy już nie oglądają światła. Żyjąc, przebywam wśród umarłych, słyszę głosy ludzi, ale żadnego nie widzę». A ten mu odpowiada: «Ufaj, bliska jest już u Boga [chwila], aby cię uzdrowić, ufaj!» (Tb 4,10) A jakiś cza spotem Tobiaszowi zostanie dana za żonę Sara, a duch Asmodeusz opuszcza jej łoże raz na zawsze - dzięki modlitwie Tobiasza, jej męża.
Prosili o śmierć i spokój. Dostali dużo więcej - uzdrowienie, miłość, małżeństwo, radość. Bo Bóg jest rozrzutny. Uwielbia dawać, obdarowywać, obdzielać.. Uwielbia czynić nas szczęśliwymi, naprawdę szczęśliwymi, nawet wtedy, gdy nam się wydaje, że jedyną receptą na szczęście jest śmierć. I z jaką fantazją On obdarowuje! Mógłby przecież każdemu dawać tyle samo, w taki sam sposób, wszystkich ludzi uczynić jednakowymi itd. Ale nie. On za każdym razem robi wszystko inaczej, innym sposobem, jakby na nowo. Pewnie sprawia Mu to radość. Ogromną radość. Czyż to nie jest oszałamiająca fantazja i finezja, rozrzutność?! On uwielbia przekraczać nasze oczekiwania. Co więcej, pokazuje, że w całej Biblii NIKT, absolutnie NIKT, kto Mu ufał, nie doznał zawodu. czasem albo nawet często coś działo się nie po myśli tego czy tamtego człowieka, ale w ostateczności był niesamowicie szczęśliwy potem, tak szczęśliwy, że nawet wymarzyć by sobie tego nie potrafił. I w życiu też tak jest. Widzę po własnym życiu, choć moja ufność Jemu tak daleka od doskonałości. A więc
Wszystkie dzieła Pańskie błogosławcie Pana, Aniołowie Pańscy błogosławcie Pana, I wy, niebiosa, błogosławcie Pana, Wody ponad niebem błogosławcie Pana, Wszystkie potęgi błogosławcie Pana, Słońce i księżycu błogosławcie Pana, Gwiazdy nieba błogosławcie Pana, Deszcze i rosy błogosławcie Pana, Wichry niebieskie błogosławcie Pana, Ogniu i żarze błogosławcie Pana, Chwalcie Go i na wieki wysławiajcie. Chłodzie i upale błogosławcie Pana, Rosy i szrony błogosławcie Pana Mrozy i zimna błogosławcie Pana, Lody i śniegi błogosławcie Pana, Dni i noce błogosławcie Pana, Światło i ciemności błogosławcie Pana, Błyskawice i chmury błogosławcie Pana, Cała ziemio błogosław PanaGóry i pagórki błogosławcie Pana, Rośliny ziemi błogosławcie Pana, Chwalcie Go i na wieki wysławiajcie. Wszystkie źródła błogosławcie Pana, Morza i rzeki błogosławcie Pana, Wszystkie ryby morskie błogosławcie Pana, Ptaki powietrzne błogosławcie Pana Dzikie zwierzęta błogosławcie Pana, Synowie ludzcy błogosławcie Pana, Cały Izraelu błogosław Pana,Kapłani Pańscy błogosławcie Pana, Słudzy Pańscy błogosławcie Pana, Dusze sprawiedliwych błogosławcie Pana, Wszyscy święci błogosławcie Pana, Chananiaszu, Azariaszu, Miszaelu błogosławcie Pana Chwalcie Go i na wieki wysławiajcie. Bo wybawił nas z otchłani I z mocy śmierci nas ocaliłWyrwał nas z płonącego ognia Wychwalajcie Pana bo łaskawy Bo na wieki Jego łaskawość Wszyscy bogobojni Błogosławcie Pana, Boga bogów Chwalcie i wysławiajcie Bo na wieki Jego łaskawość
Marzenia. Któż ich nie ma? I ja mam swoje. Rodzinne przede wszystkim. Bo też i rodzina jest w pierwszej trójce moich życiowych priorytetów.
zdjęcie z www.czterykaty.pl (nie żeby mi się taka kuchnia marzyła, nie, stół tez nie. Stół owszem, ale w symbolicznym wymiarze. Jako alegoria rodziny...)
Wczoraj jednak zetknęłam się z czymś wpierw przerażającym, zasmucającym nawet, ale jednak dającym nadzieję. Głęboką nadzieję. Ciekawa rzecz, że w Nowym Testamencie słowo marzenia nie pojawia się wcale. Za to w Starym - i owszem, kilka razy. Zawsze w odniesieniu do złud i majak sennych. Marzenie to omam i jest traktowane negatywnie. Czy to znaczy że nie wolno mieć marzeń? Tych pięknych, dobrych nawet? Tych rodzinnych na przykład?
Usłyszałam wtedy w jednej z ciekawych wypowiedzi w mediach, że chrześcijanin nie jest człowiekiem marzeń. Jest człowiekiem obietnicy. A może powinnam napisać Obietnicy? Bóg pozwala pragnąć, owszem. Chodzi jednak o to, by z marzeń nie robić Boga. Nie żyć nimi. Nie uciekać w nie. To tak jakby Bóg mówił: "Nie chodź z głową w chmurach, byś nie przeoczył tego, co mam dla ciebie.
Zaufaj. Mam dla ciebie w planach więcej niż jesteś w stanie sobie wymarzyć. Nie zatrzymaj się na poziomie marzeń by nie uciekło ci to co jest większe niż twoje marzenia."
jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9b)
Co ciekawe, nie tylko umysł nie zdołał pojąć, nie. To jeszcze by było jakoś zrozumiałe, dało się ując w jakieś kategorie. A tu - nie. Tego nie pojmuje nawet serce. Nawet intuicja, nawet uczucie. nawet to, co w człowieku najgłębsze, najbardziej Boże i do Boga podobne. To dla mnie zaskakujące, wprawiające w osłupienie. Dla mnie - kobiety, wiele rzeczy jako kobieta pojmującej w kategorii serca (jako woli, jako nakierowania na Kogoś, jako decyzji - nie uczucia) - wręcz ogłuszające. wprawiające w milczenie po prostu, w niemożność jakąś.
Zaiste jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące (Ps 84,11)
A ja to bym wszystko chciała widzieć, słyszeć, wiedzieć, pojąć. a jeszcze lepiej - skontrolować Pana Boga. Albo przynajmniej wyobrazić sobie, być pewna, że to jest tak i tak... I czyż to nie jest jedno z podświadomych choćby marzeń, które mają prawo, a nawet obowiązek się nie spełnić? Bóg jednak wie, co robi.
W trzecim dniu odbywało się w Kanie Galilejskiej wesele i była na nim Matka Jezusa. Na wesele zaproszono również Jezusa wraz z uczniami. Gdy zabrakło wina, Matka Jezusa szekla do Niego: Nie mają wina. Jezus odpowiedział; Kobieto, czy to należy do mnie lub do ciebie? Jeszcze nie nadeszła moja godzina. Wtedy Jego Matka zwróciła się do służących: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. A znajdowało się tam sześć kamiennych naczyń na wodę, które służyły do żydowskich obmyć rytualnych. Każde z nich mieściło po dwie lub trzy miary.
I napełnili aż po brzegi. Następnie powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście przewodniczącemu uczty. I zanieśli.
Kana Galiliejska, w Kościele Cudu (źródło - encyklopedia interia)
Skoro gospodarz skosztował wody przemienionej w wino, a nie wiedział skąd było - służący natomiast, którzy zaczerpnęli wodę, wiedzieli - poprosił pana młodego i rzekł mu: Każdy podaje najpierw dobre wino, a gdy goście sobie popiją, gorsze. Ty przechowałeś dobre wino aż dotąd. Taki początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej i tak objawił swoją chwałę, a Jego uczniowie uwierzyli w Niego (J 2,1-11)
Stągiew kamienna z Kany Galiliejskiej
Dziś, kiedy krótko po obudzeniu się, odkryłam, że w Liturgii jest ten fragment, poczułam się, jakbym dostała nagle i kompletnie niespodziewanie, prezent. Ha, właśnie mi się przypomniało, że to przecież Dzień Dziecka, więc i Bóg takie prezenty swoim dzieciom robi pewnie :) Od kiedy jestem dorosła, zupełnie nie pamiętam, ze i tak wciąz jestem dzieckiem i dziś mam też święto ;)
Kana Galiliejska dziś
Lubię ten fragment, lubię go od lat. Taki ludzki, a i głęboki zarazem, dotykający też mnie bardzo, bardzo osobiście. Kto osobiście mnie zna, ten wie i czytając ten wpis się domyśli. Ale doszłam do wniosku, że te osobistości warto uogólnić. Pamiętam niegdysiejsze kazanie jednego z dobrze znajomych mi księży, dziś przyjaciela mojej rodziny. I słowa, które wtedy padły. Do dziś, mimo upływu lat pamiętam wymowę tego tekstu. Te stągwie, które napełniano woda, to było jakieś... w przeliczeniu na nasze 600 litrów. 600 litrów wody słudzy musieli przynieść. Jezus mógł przecież uczynić cud bez wody. a jednak nie. jednak potrzebny był ich ludzki wysiłek, mozolny, pozornie bezsensowny. Jezus nie powiedział im: Przynieście wodę, ja z niej zrobię wino. ba, słudzy w ogóle nie wiedzieli, po co ta woda. Ot, jeden z gości na weselu kazał przynieść 600 litrów wody, a wcześniej Jego Matka stwierdziła, że mają absolutnie Go słuchać, choć oni chyba pojęcia nie mieli, że Matka z Synem rozmawiała o braku wina właśnie. Jezus kazał im zrobić coś pozornie absurdalnego - zrobili bez szemrania, nie wiedząc kompletnie po co. Wkrótce zobaczyli.
Jezus przemienił ich wysiłek. Tyle kazania sprzed lat. Ciekawe, że ta przemiana się dokonała w ciszy, dyskretnie. Nie wiadomo kiedy. Po prostu - woda stała się winem. I już. Mało tego, winem najlepszym. I druga rzecz znamienna - od wysiłku sług nie zależy jakość wina, a jedynie jego ilość. Jakość zależy od Pana. A On jest rozrzutny, jak widać. A mnie, jak już robię czasem wszystko, co w mojej mocy, wciąż się wydaje, ze skoro Bóg nie wysłuchuje, to znaczy, że zrobiłam za mało... A stąd juz tylko krok do kontrolowania Boga w tym, co jest i być powinno Jego domeną. I na koniec - tu chodzi o wino. A wino jest synonimem radości. Tak, Bogu zależy na naszjj ludzkiej radości nawet... Nawet na tym, by gospodarzom po ludzku przed gośćmi nie było wstyd, że wina zabrakło.
Nie mogę w to uwierzyć. Miałam kiedyś namacalny symbol tej radości, będący zarazem jakby modlitwą o nią. - Malusieńką ampułkę wina zrobionego w Kanie Galilejskiej, przywiezioną z Lednickiego Spotkania Młodych w 2002 roku.
Długo stała, przez ciut nieszczelny korek wyparowało dość sporo tego wina, potem gdzieś przy przeprowadzce ampułka mi zginęła. A jak jest z radością od Pana, przemienioną z naszego trudu? Ta wieczna nie ginie, nie wietrzeje na pewno. A ta doczesna, ale też od Pana? Nie wiem. Pytam wiarą i życiem swoim. Bo wciąż tak trudno uwierzyć że Jego to naprawdę obchodzi...